niedziela, 15 listopada 2009

Szaman Galicyjski i sprawa pewnego donosu

Dyżury, złaszcza te pierwsze, w Ukeju spędzałem w napięciu, przeglądając różne wytyczne i opisy procedur. Każdy dzwonek telefonu przyprawiał mnie o szybsze bicie serca, nie dlatego, że "co to może być?" tylko "co ona do mnie mówi?"

Jak żywa stała mi w pamięci opowieść kolegi anestezjologa, któren wyjechał był do Niderlandów na sześciotygodniowe saksy. Otóż drugiego dnia pobytu dostał on telefon, że bardzo proszą go o znieczulenie na bloku operacyjnym im. tu niesamowity bulgot z nieprawdopodobnym zestawieniem głosek*) o godzinie 21:00. Nazwa zabrzmiała w telefonie w taki sposób, że kolega nie do końca był pewny, czy wie, o którą salę chodzi. Zaczął więc konstruować pytanie, ale zanim udało mu się przypomnieć sobie, jak po niderlandzku brzmi "Obawiam się, że nie do końca panią zrozumiałem..." milusia panienka już zdążyła odłożyć słuchawkę. Popędził więc o 20:45, żeby się nie spóźnić, jak mu się wydawało w kierunku sali o nazwie podobnie brzmiącej i... ciemno, głucho, nikogo. Porozglądał się więc wokoło, nerw go szarpał straszny, że pomylił sale, rozpaczliwie próbował sobie przypomnieć z jednej strony**) ów bulgot, z drugiej strony plan szpitala i dopasować jedno do drugiego. Patrzy na zegarek - 20:55. Dalej wkoło ciemno. Nerw coraz bardziej go szarpie. Gdzie tu pędzić? Kogo pytać? I jak zapytać, kiedy nie umie powtórzyć czego szukać? Zegarek! 20:57. Rany boskie! Jak nic wyleją, a przedtem (i potem) będą się śmiać, że Polaczek się zgubił w holenderskim szpitalu. Zgroza! 21:00! I nagle...

FIAT! Niech się stanie światłość! Zajarzyły świetlówki, drzwi otwarte, wózek z chorym wtacza się wraz z personelem (tzn. personel się nie wtacza). Jedziemy z tym koksem! Kiedy już było po zabiegu, kolega złapał oddech, uspokoił rozedrgane nerwy, to przyznał się do swoich nerwów przez piętnaście minut. Ogromne zdziwienie? Za piętnaście dziewiąta? Po co? Umawialiśmy się na dziewiątą. I o dziewiątej wszyscy byli na miejscu. Po co wcześniej?

Ja miałem trochę więcej szczęścia. Lud irlandzki miły jest i wie, że są na tym pięknym świecie ludzie, którzy go nie rozumieją. Zgodnie z naukami wyciągniętymi z filmów (w całym Wszechświecie, jeśli ktokolwiek cię nie rozumie, należy mówić po angielsku po prostu głośniej i wolniej) mówią powoli. Telefon zadzwonił o dwudziestej trzeciej. Panienka poprosiła w tutejszym narzeczu, żebym przyszedł i rzucił okiem na pacjentkę na chirurgii. Poszłem***).

Dziewczę lat około trzydziestu, typowa kandydatka do wycięcia pęcherzyka żółciowego. Leży spokojnie na łóżku, wokół którego kłębi się nerwowo kilka pielęgniarek.
- W czem rzecz? pytam.
- Ano, pacjentka śpi.
- Generalnie to chyba nic zdrożnego o tej porze? Nawet fajnie, będzie wypoczęta na rano.
Kłąb się bardziej skłębił, nerwowość jakaś zaiskrzyła, widać, że z mojej odpowiedzi niekontente. Jedna wyrwała się z kręgu, dopadła pacjentki i nuż ją klepać po dłoni.
- Janet, Janet. How are you? /Jak się czujesz?/
Janet otwarła oczki, spojrzała dość sennie i udzialiła odpowiedzi: very well /bardzo dobrze/.
Wyraz jeszcze większego niukontentowania pojawił się na twarzach pielęgniarek i natychmiast próbowały ją zagłuszyć.
- Ona przecież nieprzytomna jest.
- Jakżeż nieprzytomna, kiedy odpowiada i to sensownie?
- Musisz ją wziąć na intensywną. Bo my się z nią nie możemy dogadać.

Aaaa! Tum was czekał z mokrą ścierką! To o to chodzi!
- Ale mam pełny skład. A poza tym nie widzę powodu.
Jedna zniknęła za przepierzeniem, reszta na wyprzódki, że nieprzytomna i zaraz mam ją zabrać.
- No jak nieprzytomna, kiedy nie? broniłem się ze wszystkich sił.

Przyszedł dyżurny chirurg, SHO, czyli młodszy, jakiś beżowy, który wolał nie dyskutować i wtrącał tylko pojedyncze "oczywiście" i "tak" nie zwracając uwagi kogo w danym momencie popiera. Pojawił się SHO z interny, bo skoro pacjentka jeszcze nie operowana, to może da się cuś ukręcić z interną. Zwlókł się starszy dyżurny chirurgii, staff grade jak ja, ponad dwumetrowy Litwin, wysłuchał babskiego rejwachu i zadecydował, że jego kolega z Polski ma rację. Jakby kij wsadził w mrowisko. Rój rozpoczął od nowa kłębienie się wokół pacjentki, potrząsanie za rękę i pytania "jakże ci?" przybrały na częstotliwości, wrogie spojrzenia pod moim adresem były tak ostre, jak posypane tłuczonym szkłem. Na całe szczęście dla mnie rzuciły się na "swojego" doktora, tak, że miałem czas przejrzeć w spokoju dokumentację i znaleźć przyczynę tajemniczej senności. Otóż, mój kolega, Tomasz, wizytując przedoperacyjnie chorą, zalecił jej lek nasenny na noc. Ponieważ wierzy w uzdrawiającą moc snu, dał jej górną dawkę. Jakoś umknęło jego uwadze, że pani ma astmę i bierze na nią leki, które nasilają działanie leków nasennych. Oba zażyte wieczorem dały obraz, jaki przyszło nam podziwiać. Wpisałem co uważałem, zleciłem podanie odwracacza, powoli, frakcjonowane dawki, w kroplówce, żeby nam pacjentka jednak spała, ino mniej i poszedłem do siebie zostawiając Litwina i beżowego na pastwę NHS'u.

Moja radość, że tak ładnie mi poszło trwała tylko godzinę. O północy kolejny telefon wezwał mnie na chirurgię. Poczłapałem, bo czytanie o procedurach w NHS ma cudowne właściwości nasenne. Niebieskie ptaki znowu krążyły wokół łóżka pacjentki, co rusz któryś przysiadał klepiąc ją w dłoń i pytając z troską, jakże się ma.
- Co teraz? zapytałem łagodnie.
- Dalej śpi. Musisz ją zabrać na intensywną.
- Nic z tego. Mam komplet, a poza tym nadal nie widzę powodu.
Tym razem napad był frontalny i bezlitosny. We trzy naraz rzuciły się na mnie nie dając mi dojść do głosu. Ratunek przyszedł z niespodziewanej strony. Czwarta, co zniknęła za przepierzeniem, wyszła za chwilę i zaczęła dawać znaki pozostałym, żeby dały spokój. Jak na chwilę przycichły potwierdziła, że mam komplet (zdążyła zadzwonić) i że najlepszy mój pacjent jest dużo gorszy od tej ich Janet, tak, że wymiana nie wchodzi w grę. Trochę napięcie opadło, ale nie mogły tak przegrać bez walki.
- A ja słyszałam jak tu szedłeś. - wystartowała jedna. Ja pracowałam w Australii i RPA. Tam, jak się wezwało anestezjologa to on biegł, a ty tak powolutku...
Do bzdetów nie biegam, z zasady. Ja też nie zamierzałem poddać się bezkrwawo.
- Pracowałaś w Australii i RPA, świetnie. A czytać umiesz?
- No... umiem... - takiej jazdy po bandzie się nie spodziewała. Tutejszy doktór bałby się oskarżeń o niestosowne zachowanie, molestowanie, poniżenie, wyszydzanie. Ja byłem wtedy jeszcze naiwny.
- To dlaczego nie przeczytałaś moich zleceń i nie wykonujesz poleceń? - oj, naiwny, naiwny, naiwny, dziecko w kwiecie sił. Zdwało mi się, że pielęgniarki, jak w Polsce, wykonują zlecenia wpisane w kartę. Otóż nic właśnie! Chyba, że wpisze konsultant. Inne zlecenia to tylko sugestie, ewentualnie materiał do przemyśleń i dyskusji w dyżurce pielęgniarskiej, nic więcej.
- Bo ty tam napisałeś takie lekarstwo, co ja go nie znam! - przygwoździć mnie chciała.
Podszedłem do szafki z lekami i mówię: otwórz. Otwarła.
- Tu leży, proszę. Wyjąłem pudełeczko. Krew najpierw napłynęła jej do twarzy, potem spłynęła w dół, na szyję i pewnie gdzieś na dół, nie wiem. W oczach czaił się mord. Zdecydowanie.
- Ale ty go kazałeś w kroplówce! Kiepska obrona. Widzę, że garda opada nieco, więc unik, zwód i cios z prawej.
- BNF****) ma? Ma. Pokaże. Pokazała.
- Tu proszę jest opisana cała metoda, którą ja napisałem w zleceniach. Ponawiam pytanie: czytać umie?
Zawiesiwszy to pytanie w powietrzu jak miecz Damoklesa poszłem*****) do siebie.

Do rana był spokój. Zbudziłem się wcześnie, świt był śliczny, mroźny, ale słoneczny. Po małej kawce zacząłem się zastanawiać, co począć z tak pięknie rozpoczętym dniem. Dyżur kończę o dziewiątej, mam dwie godziny dla siebie. I mnie, jak Abnegatowi, pojawiają się czasem avatary. Tym razem był to ktoś z dalekiej przeszłości, ktoś mówiący o lenistwie.

Pewnego razu w więzieniu spotkało się pod celą dwóch osadzonych.
Za co siedzisz? Za kradzież, a ty? Za lenistwo. Coś ty, za lenistwo wsadzają w tym kraju? Tak. Jakże to było? Było przyjęcie, a na nim alkohol. I taki facet, co opowiedział dowcip polityczny. To ja też. To on lepszy. To ja jeszcze lepszy. To on cięty. To ja jeszcze bardziej. A po przyjęciu poszedłem do domu. I myślę: zadzwonić do SB? Ee, napity jestem, trzecia w nocy... rano zadzwonię. A on się nie lenił.


Wyjąłem więc papier, wsadziłem do drukarki i popełniłem pierwszy w życiu donos. Że ja, anestezjolog z Polski, jestem rozczarowany i zdegustowany pracą pielęgniarek z oddziału chirurgii, które nie dość, że zawracają d..ę bzdetami, to w dodatku nie znają leków stojących w szafce na oddziale i nie potrafią ich prawidłowo zastosować (co stanowi zagrożenie dla pacjentów) oraz nie wykonują poleceń (co tym bardziej stanowi zagrożenie dla pacjentów), nie potrafią określić stanu nieprzytomności u pacjentów (co dodatkowo stanowi zagrożenie dla pacjentów), i że takiego braku profesjonalizmu nie widziałem od stepów akermańskich aż po klify Donegalu. I że zapytuję uprzejmie, czy ja mam to zgłosić do NMC*****) czy też derekcja sama w swoim zakresie to uczyni?

Przekazałem kopię Mateuszowi, niech wie chłopina co się na dyżurach wyrabia. Pokręcił nosem, że się czepiam, ale przyjął.

Dwa dni później przyszedł, uśmiechnął się do mnie szeroko i mówi: ty się tu przyjmiesz, Szaman.
- To wiem, ale czemu?
- Bo one też napisały donos na ciebie, ale dzień później. I twoje na wierzchu.

Nie leńcie się. Wpadnijcie jeszcze.

________________________
*) w Europie Zachodniej wiele szpitali, oddziałów i sal operacyjnych nosi nazwy od zasłużonych lekarzy czy innych działaczy lub świętych.
**) polski anestezjolog!
***) poszłem, bo było blisko, jakby było daleko to "poszedłem"
****) British National Formulary - biblia leków i zastosowań.
*****) patrz ***)
******) odpowiednik Izby Pielęgniarskiej

8 komentarzy:

Anonimowy pisze...

:-)))) Kto mieczem wojuje od miecza ginie - ale akurat dotyczy to tamtych pielęgniarek :-D
Sehr gut, mają baby za swoje :-))) nika

Anonimowy pisze...

Mistrzostwo świata Szaman:D

Opluwszy się soczyście, nadal ze śmiechu zdycham:D

Jak widać na załączonym obrazku, z pisaniem donosów też się trzeba na zakrętach wyrabiać;)

GoS

abnegat.ltd pisze...

A mnie rozbolał brzuch. I zdecydowanie nie ze smiechu. Ja przez te k....obiety bede żył 10 lat krócej. Głupota walcząca o lepsze z bezczelnością.

Moja metoda była inna - nie przyjmuję, a jeżeli macie wątpliwości, dzwońcie do Tomasza :DDD I dyskusji był koniec.

abnegat.ltd pisze...

Tak na marginesie:
NHS - Nurses Handled Service.
I to wcale nie jest żart.

Joanna pisze...

Razu pewnego poszła beżowa (kupuje to Szaman od Ciebie) nurse krew pobrać.Jedna na trzy tylko mogła,bo pozostałe nie miały jeszcze venopuncture course.Ja myślała naiwnie,że tego uczą w szkole,ale nieeeeee.Chryste Panie co też się działo.Mnie kazała pacjenta trzymać.Pacjent niekooperatywny,dobra,potrzymam.Dobrze,ze sobie rekawiczki zawdziałam (ona nie,bo w rekawiczkach nie umie),krew bowiem lała sie strumieniami wszędzie,tylko nie tam gdzie trza.Wk... się,chociaż szkołe skończyłam dawno,a wogóle to mi nie wolno,ale żal mi sie pacjenta zrobiło,kazałam se przynieść igłę (tu nastąpiła szok,jak to igłę? one tylko motylkiem umią,nie ma motylka,nie ma upuszczania krwi) i zrobiłam jak się należy.Przesz jeszcze chwila i by się chyba pacjent wykrwawił był...I nawet zrobiłam w rękawiczkach.Kręciły beżowymi łbami z niedowierzaniem.Czarownica,czy cuś...

kiciaf pisze...

Ha. Bo to tak czasem jest. Odpuścisz coś, co generalnie ci wisi, no może spowodowało lekką niedogodność, a potem zbierasz bęcki, bo sprawy jednak nie dokończyłeś. I trudno to potem odkręcić. Po wielokroć już doświadczyłam faktu prawdy odpowiednio opisanej (nie mylić z prawdą obiektywną). Najlepiej na tym wychodzę jak to ja opisuję. Cokolwiek to by nie było.
A historyjka przednia. :)))

madziaro pisze...

Co do mówienia wyraźnie i powoli to niektórzy Polacy też tak mają ;). Ale faktycznie, ostatnio doświadczyłam tego na sobie, jak zajmowałam się dzieckiem kuzynki, mały podpalany w połowie ;), a w połowie krajan nasz. Niestety po polsku mówi nie bałdzo, jego głównym językiem jest angielski niestety. No i coś ode mnie chciał. Jak powiedziałam, że nie rozumiem, to mi wyjaśnił wolno i wyraźnie... po angielsku oczywiście 8| i tak jeszcze 6 razy, bo nie mógł zrozumieć, że moje "nie rozumiem" nie dotyczy wyrazistości przekazu, a przedziwnego słowa, którego nie rozumiałam ani ja, ani mój małż, który angielskim posługuje się biegle, bo skończył tu szkoły wszystkie poza podstawową.

A historyja świetna, faktycznie czasami jak coś nie gra to trzeba szybciej naskarżyć :)

Anonimowy pisze...

Do Madziaro: nie rozumiem tego podpalany w polowie...to niby dowcipnie mialo byc??? to,ze nie rozumiesz po angielsku nie ma nic wspolnego z kolorem skory tego dzieciaka, podkreslanie tego, swiadczy o ignorancji piszacego, nie mowiac juz o rasizmie.