piątek, 4 sierpnia 2017

Szaman Galicyjski i sprawa milczenia

Strasznie długo nie pisałem.
      Chciałbym przeprosić, ale chyba wszyscy regularni czytelnicy dawno o tym blogu zapomnieli i czytają innych, nie tylko dużo lepszych ale i dużo bardziej piśliwych*).

     Się wytłumaczę, jeśli pozwolicie.

     Otóż najsampierw odszedł z mojego życia ktoś bardzo dla mnie ważny. Dość nieoczekiwanie i dość szybko. I jak zawsze w takich wypadkach poza ogólnym wspominaniem jak to było być razem choć daleko, przychodzą myśli "co by było gdyby?...", "a gdybym powiedział to... albo tamto?...", "a gdybym zapytał o to... albo o tamto?...". Choć wiem, że nigdy nie znajdę odpowiedzi na te pytania, to tkwią one we mnie i pewnie już pozostaną na zawsze.

     Zaraz potem moja Firma zamknęła mój szpital, bo nie doszli do porozumienia z tutejszym odpowiednikiem NFZ i kasa się im nie zgadzała. Zatem zostałem się za bezrobotnego anestezjologa.

     Postanowiłem trochę odpocząć po tych przeżyciach i zaplanowałem, że do pracy wrócę w lipcu. Co ogólnie rzecz biorąc było uczciwe, bo Firma zapłaciła mi za trzy miesiące wypowiedzenia. Wielkanoc w Polsce w kwietniu, w maju jakiś mały zaległy kurs i appraisal, w czerwcu może jakiś wyjazd? Milusio.

     Wiecie, co się dzieje z najlepiej opracowanymi planami? Naszym ostatnim dniem pracy w Firmie był piątek. Potem wspólne piwko w pubie z koleżeństwem, weekend w domu i w poniedziałek kocyk w ogródku, piwko i telefon do Kolorectala: "może byś acan wpadł, upodlim się piwem na bezrobociu?"
"Zwariowałeś, ja jestem w pracy!"
Ja rozumiem nacisk morgage'u ale żeby tak od razu? Bez oddechu?
Dzwonię do Litwina.
"Dzięki, ale wiesz... ja właśnie jadę do pracy."
Noż qurwasz-pałasz. Następny.

     Pomyślałem, że jakiś odmieniec jestem i muszę też do reszty dołączyć. Znalazłem nieopodal, w sąsiednim hrabstwie szpital, który potrzebował anestezjologa, od maja zacząłem.
     Nie szło mi najlepiej, niestety. Bo najpierw, tzn. po miesiącu wymyślili, że nie mam jednego kursu, bez którego nie mogę w ogóle pracować. "Ale na rozmowie wstępnej nie mówiliście, że mam mieć...?". "No, bo to wyszło później." Dobra, zrobiłem kurs (£450 + 699 mil).
     Za dwa tygodnie znowu coś: "bo nie robisz bloków pod usg." To akurat fakt,  nie robię, ale powiedziałem o tym na rozmowie wstępnej. Kolejny kurs (£400 + pociąg + hotel). Przez następne dwa miesiące miałem okazję zrobić dwa(!) bloki. "Nadal nie masz doświadczenia." To akurat fakt, nie mam. Z tym, że skąd mam mieć? Dwa podejścia to jakby trochę mało.
     Sam czułem się jak przy taśmie. Taki Chaplin z dwoma kluczami. Zespół anestezjologiczny liczył cztery osoby. Nie mieliśmy najmniejszego skrawka podłogi, który można by nazwać naszym. Były dni, w których jedyny mój kontakt z koleżeństwem polegał na minięciu się na korytarzu i rzuceniu obowiązkowego "hello, how are you?" czasem bez szans na wysłuchanie odpowiedzi. Generalnie lud był miły i pomocny, gdy trzeba. Z tym, że donosicielski, jak to w UK. Każdy mój moment zastanowienia czy zawahania był skrzętnie donoszony szefostwu.

     Dla naprzykładu: pacjent przed zabiegiem zaprezentował w ekg zwolnienie akcji serca do 30 na minutę. Nie więcej się nie działo, przytomny, w kontakcie, bez dolegliwości. Podałem stosowne leki, zawołałem chirurga i mówię, że jest sprawa. Jak zobaczył ekg powiedział, że operacji nie będzie. Jego prawo. Dopilnowałem, żeby wpisał co trzeba i podpisał, że to on podjął taką decyzję. Zawiozłem pacjenta na wybudzeniówkę, sprawdziłem, że podane leki działają jak trzeba, tętno wróciło do normy. Wydałem zalecenia co do obserwacji i odesłania do domu. Sądziłem - case closed. Ze dwa dni później spotykam szefową, która nawraca do sprawy.
"Bo nursy źle się czuły."
 ???
"Bo nie wiedziały, czy ty wiesz, co masz zrobić."
 ??? ???
Poprosiłem grzecznie o notatki z zajścia. Otwieram i pytam:
Czytałaś?
 "Tak."
Coś zrobiłem źle?
 "No..., nie...."
To w czym rzecz?
 "Bo nursy nie miały pewności..."
     Otwarłem książkę, kolorową, z mnóstwem obrazków, w tym z algorytmem postępowania w przypadku zwolnienia rytmu serca bez objawów niewydolności krążenia. Pokazałem zadziwiającą zbieżność pomiędzy algorytmem i tym, co zrobiłem a co stało w notatkach z zajścia.
"Ale wiesz, bo nursy..."
     Może zatem problemem jest to, że nursy nie czytały tej kolorowej książki z mnóstwem obrazków, w tym z algorytmem postępowania w przypadku zwolnienia rytmu serca bez objawów niewydolności krążenia - zasugerowałem - ale to ich problem, nie mój.
     Choć rozmowa toczyła się w cztery oczy nagle poczułem, jak lód pod moimi stopami zaczyna trzeszczeć i pękać, bo to bardzo kruchy lód był.

     Summa summarum po trzech miesiącach wstępnie ustalonych umowy mi nie przedłużono. Zatem stałem się już drugi raz w tym roku bezrobotnym anestezjologiem.

     Mam nadzieję, że wybaczycie mi milczenie przez te pół roku.

__________________________________
*) znaczy, takich co piszą częściej niż ja, o co chyba nietrudno

piątek, 3 marca 2017

Szaman Galicyjski i sprawa pewnych standardów

Jest taka dyscyplina sportu, uznawana przez Międzynarodowy Komitet Olimpijski za sport, która jest owego sportu zaprzeczeniem. Sport bowiem kojarzy się z ruchem, świeżym powietrzem i temu podobnemi rzeczami. Tu co prawda ruchy są, ale powolne i oddzielone od siebie długimi okresami bezruchu. Mam na myśli szachy. Kiedyś, jeszcze w czasach licealnych i studenckich, bardzo lubiłem w nie grać. I sympatia pozostała do dziś.

Ucieszyłem się więc, że polska zawodniczka, Monika Soćko, bierze udział w mistrzostwach świata w Teheranie. Zawszeć to miło usłyszeć, że gdzieś w świecie jakiś Polak lub Polka robi coś dobrego na dobrym poziomie. W końcu mistrzostwa świata to nie w kij dmuchał.

Nie wszystkim jednak występ naszej rodaczki przypadł do gustu. Wiem, że na Facebooku żyją trolle, ale żeby tak od razu:
"Nie ma to jak dać się poniżyć dla garści srebrników. Turniej szachowy w kraju, w którym kobiety uważa się za niepełnosprawne umysłowo. Życzę przegranej"
"Wstyd, wstyd i jeszcze raz wstyd. Obelga dla wszystkich wolnych kobiet. Jako Polce, jako kobiecie wstyd mi, że ta pani reprezentuje mój kraj."

A o co poszło? Że zgodnie z regułami tamtejszego turnieju zawodniczki grają w hidżabach, czyli chustach przykrywających włosy i szyję.

A pani Monika w hidżabie wygląda tak.



Powiem Wam, że kobiety w takich chustach widywałem na ulicach Polski w czasach odległych, w porze jesienno-zimowej, a nie miały one (ani ulice ani kobiety) nic wspólnego ze Wschodem bliższym czy dalszym. Zresztą, pewnie zapytane o to co to jest hidżab nie potrafiły by odpowiedzieć.

Tu nawiążę do tytułu dzisiejszego wpisu. Podwójny standard obowiązuje - jak muzułmanka przyjeżdża do Europy i chce chodzić w hidżabie, to są tacy, co krzyczą NIE!, to zniewaga dla kobiet, wracaj tam, gdzie się tak ubierają, tu jest Europa, musicie przestrzegać naszych obyczajów.

Ale jak Europejka jedzie do Teheranu i zasady mistrzostw nakazują noszenie hidżabu, to już lokalne zwyczaje nie mają zastosowania - zniewagą dla kobiet jest właśnie ich przestrzeganie.

Jak w zrozumiałym dla trolli języku będzie: "ogarnijcie się, frustraci i malkontenci"?


poniedziałek, 27 lutego 2017

Szaman Galicyjski i sprawa pewnej podróży

W dzieciństwie lub we wczesnej młodości przeczytałem książkę Lucjana Wolanowskiego "Poczta do Nigdy-nigdy", którą przy okazji polecam, choć dziś może już trącić myszką. Były to reportaże z podróży do Australii. Z tego sentymentu jeszcze jeden wpis tyczący stosunków tam panujących.

Pani Bronwyn Kathleen Bishop, z partii Labourzystów, członek Izby Reprezentantów, Speaker of the House of Representatives*), żeby zrobić większe wrażenie na publice poleciała na organizowane przez jej partię charity meeting helikopterem, za pieniądze podatników. Około 5000 AU$. 80 kilometrów. Zamiast pojechać za parę stów samochodem.

Musiała zwrócić kasę i przegrała następne wybory.

Oni naprawdę nogami do góry...

_____________________
*) obowiązki ma takie jak marszałek sejmu prowadzący obrady sejmu w czasie tych obrad

piątek, 24 lutego 2017

Szaman Galicyjski i sprawa prezentów

Jakoś tak zeszło mi w poprzednim wpisie, że zajechałem aż do Australii.
I tam znalazłem ciekawostkę dotyczącą premiera Nowej Południowej Walii, niejakiego Barry'ego O'Farrella.

Premier ów złożył sprawozdanie o stanie swojego majątku i przeoczył prezent, jakim była butelka wina od Mr Nicka Di Girolamo, szefa spółki wodnej. Butelka musiała być cenna, rocznik 1959, rok urodzin pana premiera, zatem wypadło mu to z głowy. W końcu człowiek ma prawo do butelki wina, nie? A że ta akurat kosztowała prawie 3000 AU$ to co? Cienkusza przecież panu premierowi się nie daje.

Natomiast pan premier, jako że grzeczny, napisał liścik z podziękowaniem za prezent. Liścik wpadł w ręce dziennikarzy (NB ciekaw jestem jak?) i zrobiła się afera. W wyniku tej afery pan premier złożył rezygnację.

W tej Australii to naprawdę ludzie chodzą do góry nogami, nie?

wtorek, 21 lutego 2017

Szaman Galicyjski i sprawa pewnego sędziego

Napisałem coś o pewnym sędzi i pendrive'ach. Ciekaw jestem jak to się wszystko skończy.

Dla naprzykładu chcę przytoczyć tu pewną historię z odległego nie tylko kraju, ale i kontynentu.
Był sobie tamże pewien sędzia nazwiskiem Marcus Richard Einfield. Wielce utytułowany on był. Był sędzią Federalnego Sądu Australii, Najwyższego Sądu Nowej Południowej Walii i Zachodniej Australii, a także Prezydentem Komisji Praw Człowieka i Równych Szans oraz ambasadorem UNICEF'u.
Owóż ów sędzia w sierpniu 2006 roku, żeby nie załapać paru punktów karnych i nie zapłacić mandatu w wysokości 77 AU$ za przekroczenie prędkości skłamał słownie i na piśmie, że pożyczył auto znajomej. Z tym, że okazało się, że owa znajoma zginęła w wypadku drogowym w USA trzy lata wcześniej.
I gościu poszedł siedzieć na trzy lata. Nie pomogło, że sędzia sądu najwyższego, że utytłany w poważnych organizacjach, że miał wtedy 68 lat.

Trzy lata i serwus.

I to jest praworządny kraj. A raczej cały kontynent.

niedziela, 19 lutego 2017

piątek, 17 lutego 2017

Szaman Galicyjski i sprawa edukacji

Kontynuując niejako poprzednie wpisy o demokracji prowadzącej do upadku dziś o pewnym wpisie prof. Środy na temat relacji Macierewicza i Miśkiewicza. Wpis jest co prawda z zeszłego tygodnia, ale jam nierychliwy.

Otóż pani prof. Środa napisała, że panów tych łączy miłość platońska. Pełny wpis: "Bardzo, ale to bardzo nie podoba mi się atak na wielką przyjaźń, by nie powiedzieć szlachetne i głębokie uczucie między ministrem Macierewiczem a jego pupilem panem Misiewiczem. Dawno nie widzieliśmy w sferze publicznej takiego przywiązania, takiego bezkompromisowego oddania, takiej wierności. Chciałoby się powiedzieć, jeden nie może bez drugiego. Tyle narzekamy na polityczny cynizm, na konformizm, brak lojalności, interesowność, a tu - proszę! - relacja, głęboko bezinteresowna, czysta jak łza i to w takim złym świecie. Naprawdę imponuje mi to. Piękne! Platońskie uczucie, rzadkie.... Ludzie nie czepiajcie się!".

Na co zareagował Kamil Durczok: "Nie ma to jak sugestyjka, "dowcip", puszczenie oka... A tak naprawdę ordynarny seksistowski tekst./.../ Opinię o aferze mam jasną. Ale sugestie o homoseksualnym wątku sprawy i kpiny z nadwagi BM to zwykłe chamstwo."

Czytam i czytam Kamila i nijak nie mogę pojąć skąd on te swoje uwagi wziął. Gdzie tu seksizm? Gdzie nadwaga BM? Gdzie chamstwo?

Wikipedia: miłość platońska -  miłość wzniosła, wyidealizowana, wolna od seksu i zmysłowości, przyjacielska, bezinteresowna, lojalna i wierna. Stanowi motyw w literaturze i sztuce od czasów renesansu.

Nawet Kamil patrzy przez jakieś sobie wiadome pryzmaty. Ot, upadek edukacji.

A wydawał się taki oczytany...


wtorek, 14 lutego 2017

Szaman Galicyjski i sprawa pewnej komisji

Ostatni wpis sprawił, że postanowiłem wzmocnić jakoś moje twierdzenie o upadku obyczajów.

Można oczywiście zacząć od góry czyli od afer w Komisji Europejskiej (tytoniowa i helikopterowa), premiera Włoch, wicepremiera Czech, wicepremiera Belgii i tak iść sobie coraz niżej i niżej, aż do tego sędziego we Wrocławiu.

Ja jednak zajrzałem do spraw mniejszego kalibru, nie stanowiących materiału do scenariuszy filmów kryminalnych.
Otóż jest w Sejmie RP Komisja Etyki. Wydawało mi się, że to takie ciało, które sprawdza projekty ustaw pod kątem zgodności z etyką, podobnie jak jakaś komórka prawnicza sprawdza ich zgodność z prawem. Albo powinna sprawdzać. I miałem rację - wydawało mi się!

Komisja Etyki w ubiegłym roku nie otrzymała żadnych ustaw, uchwał czy innych przedłożeń (fajna nazwa zresztą - przedłożenie*). Komisja uchwaliła trzy opinie, w tym jedną, że nie ma opinii, a pozostałe z błędami, za które w szkole podstawowej dostaliby pałę z klasówki. Podjęła jednak 15 uchwał. Głównie w temacie, że jeden poseł powiedział o drugim "ty złodzieju" i to publicznie, w TV. Pozostałe 14 w tym typie. Że jeden pan drugiemu panu, albo też pani jakiemuś panu pokazała środkowy palec.

I tu popadłem w przydum, jak to określa Abnegat. Specjalna Komisja do stwierdzenia, że nie należy się tak zachowywać? Toż to wynosi się z domu! U nas, w Galicji, nazywało się to kindersztuba.

Dlatego uważam, że demokracja prowadzi do upadku obyczajów. Też. Bo trzeba specjalnej komisji, żeby tłumaczyć, jak zachować się przy stole. I jak jeść tradycyjnym, polskim widelcem.

___________________-
*) może chodzi o "przedłużenie". Dostaję czasem takie emaile, żebym sobie przedłużył. Może oni też. A, nie, oni nie dostali nic.

piątek, 10 lutego 2017

Szaman Galicyjski i sprawa pewnego pendrive'a

Pisałem kiedyś, że największym nieszczęściem dla Europy była Wielka Rewolucja Francuska. Zburzyła porządek społeczny, wprowadzając w jego miejsce chaos i upadek obyczajów.

Sędzia Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu przyłapany na prawdopodobnej kradzieży pendrive'ów z marketu. Jasne, Media Markt nie dla idiotów. Przez chwilę uwierzyłem. Sędzia też człowiek, pendrive się przyda, nawet kilka, a poza tym humani nihil a me alienum...

Quis custodiet ipsos custodes?

Sam sędzia zaprzecza, co wydaje się być oczywistem.

Ale w miarę napływania wiadomości coś mi zaczęło mi brzydko pachnąć. Nie wiem co.

Kiedy jeden pan popełnił brzydki czyn z udziałem samochodu, w naszej bogobojnej ojczyźnie napisano, że Przemysław W., syn byłego prezydenta Lecha Wałęsy.... i tp. oczywiście celem ukrycia nazwiska sprawcy.

Kiedy jeden z ministrów miał coś do opieki zdrowotnej i pewien doktor został aresztowany, mówiło się o dr Mirosławie G.

A tu, proszę: "Sędzia Robert Wróblewski kradł w Media Markecie". Jasnym, otwartym tekstem, dużą czcionką, bo to tytuł. Znaczy - czemu tak bez woalki? Czemu nie Robert W.?

Takie mnie naszły wątpliwości.

środa, 8 lutego 2017

Szaman Galicyjski i sprawa pewnej zdrady

Nie było mnie długo, jak to mówią "z przyczyn rodzinnych". Z tym, że te przyczyny nawet miłe były, zatem nie narzekam. Przynajmniej głośno.

Porobiło się na tym świecie, że hej! Ogólnoświatowy Marsz Głupoty i Populizmu idzie na całego, nawet w Stanch Zjednoczonych. Prezydent Donald Trump i Vice-prezydent Mike Pence. Nawet Disney nie wymyślił, żeby Donald i Mickey rządzili razem Ameryką.

Wpadłem ostatnio w internecie na artykuł, w którym Pani Poseł Pawłowicz pluje na Panią Kanclerz Merkel, że zaplanowała spotkanie z Grzegorzem Schetyną i Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem. Pisze, że to "nietakt ze strony Niemców, skandal zdrady swego państwa przez polską targowicę, kolejna odsłona."

Pani Kanclerz przyjeżdża spotkać się z polskimi Prezydentem i Premier, a przy okazji z wyżej wymienionymi.

Straszne, że Pani Kanclerz się z nimi spotka.

BTW Kanclerz Merkel spotka się także, w hotelu Bristol, z prezesem PiS Jarosławem Kaczyńskim. Ale to już nie jest zdrada i targowica. To należny hołd - jak mniemam - jaki szefowa Niemiec złoży Najważniejszemu Prezesowi. Malutka powtórka z dnia 10 kwietnia 1525 roku.