poniedziałek, 2 listopada 2009

Szaman Galicyjski i sprawa Zaduszek

Jest taki jeden dzień w roku, kiedy wracamy pamięcią do tych, których już nie ma.
Idziemy na cmentarze, zapalamy znicze, troskliwie osłaniamy wątłe płomyki przed wiatrem. Zmiatamy złoto-czerwone jesienne liście z nagrobków, choć może właśnie tam jest ich miejsce? Wtulamy nosy w futrzane kołnierze i szaliki cicho mrucząc "Zdrowaś Mario..." i "Wieczne odpoczywanie...". Dzieci kopią kasztany spadłe na ścieżki. Kiwamy z powagą głowami dawno niewidzianym krewnym, którzy przyjechali z daleka, aby odprawić ten sam rytuał. Odwiedzamy groby członków rodziny, czasem znajomych. Pochylamy się w zadumie nad tym, że tak wcześnie odeszli, jak mało o nich wiemy, jak wiele zapominamy. Czasem przemknie myśl - kto następny? Ja? Niemożliwe.

Często w tym dniu przychodzą do mnie moi bardzo prywatni goście.

Pierwsza przychodzi Krystyna. Pielęgniarka anestezjologiczna. Była jednym z moich pierwszych nauczycieli. Pamiętam, jak będząc jeszcze na stażu, bogdaj miesiąc po dyplomie, zostałem postawiony na dyżurze na miejscu anestezjologa do pilnego zabiegu. Była ze mną Krystyna. Co przygotować, doktorze? Jak zwykle. Ile podać? Jak zwykle. Znieczulenie szło gładko. Moje "jak zwykle" potrafiła przetworzyć na ratujący życie chorego szereg czynności i dawki leków. Kiedy sama zachorowała na raka płuc, nie mogliśmy w to uwierzyć, ona też. Umierała przy mnie, nocą, na oddziale, z zaawansowaną dusznością. Trzymała jedną ręką swoją siostrę, drugą mnie. Patrzyła nam w oczy oczekując, że jednak to wszystko nieprawda i zaraz wyciągniemy z zanadrza coś, co ją uratuje. Nie wyciągnęliśmy. Do dziś nie mogę sobie wybaczyć, że o pewnych sposobach postępowania w opiece paliatywnej dowiedziałem się tak późno.

Po niej przychodzi Agnieszka. W białej, pierwszokomunijnej sukience, tak jak pochowała ją matka. Moja pierwsza dziecięca pacjentka, umierająca na białaczkę. Rozmawiała tylko ze mną. W obecności rodziców, a zwłaszcza mamy, zamykała się, milcząc odwracała do ściany. Na rysunkach, które dla mnie robiła, zawsze była sama, rodzina gdzieś na drugim końcu kartki, starannie oddzielona domem, drzewem, huśtawką. Nie mogła pogodzić się z tym, że jej mama rozpacza, czuła się winna pełnemu rezygnacji milczeniu ojca. Zmarła w samo południe, cicho, prawie niezauważalnie.

Trzecia przychodzi Joanna. Nastolatka, utalentowana malarka, próbująca gry na kilku instrumentach, szalona na punkcie konnej jazdy. Rak okazał się przeszkodą nie do pokonania. Mieszkała wraz z rodzicami i siostrą nad sklepem, który prowadzili rodzinnie. Otoczona fantastyczną opieką, ktoś zawsze był przy niej. Kiedy ją zobaczyłem po raz pierwszy nie mogłem uwierzyć, że żyje. Była cieniem samej siebie. Ciągle rysowała, najczęściej konie. Stała obecność rodziców nie pozwalała jej odejść. Wykorzystała moment, kiedy pojechali na pogrzeb jakiejś ciotki. Zmarła w dwie godziny po tym, jak wyszli z domu.

Czwarty...

Piąta...

Długi szereg szarych duchów. Cieni, przemykających na granicy pola widzenia. Każdego roku mam takich gości. Coraz dłuższy szereg. Czasem przychodzą i patrzą z wyrzutem, czasem mówią cicho "dziękuję". Zapalam dla nich świeczkę, żeby mogli się ogrzać. Na stole stawiam spodeczek z miodem jako poczęstunek. Martwię się co zrobią, kiedy ja stanę w jakimś innym szeregu...

6 komentarzy:

Zadora pisze...

Mowę odbiera.

madziaro pisze...

Pięknie to opisałeś...

green_emili pisze...

Przywitają się z Tobą po prostu.
Człowiek czasem zostaje ze świadomością, że mógł "więcej"
- dać więcej
- zrobić więcej
- pomóc więcej.
Dałeś wszystko to, co mogłeś dać.

* Ja nie jestem lekarzem i co roku odchorowuję zaduszki, chociaż z teologicznego punktu widzenia, powinnam być optymistką i.td..

Ja też zostałam ze świadomością, że mogłam więcej.
Dlatego teraz jeżeli mogę nawet mało,żeby pomóc- pomagam na max.
Egoistycznie chcę mieć poczucie, że z ludzkiego punktu widzenia zrobiłam wszystko.
I intensywniej, głębiej wchodzę w relacje z ludźmi.
Pozdrawiam
- e.

ps. Możesz mi wyjaśnić skąd pochodzi zwyczaj zostawiania spodeczka z miodem?

Magda pisze...

Bywa tak, a bywa i inaczej. Ja się w tym dniu urodziłam... Rano, o 7:15. Dokładnie 38 lat temu.
I odtąd 2 listopada zawsze jest dla mnie zarówno dniem radości, jak i smutku. Mój Ojciec zmarł w pięć lat po moim przyjściu na świat. Teraz wstawili by mu pewnie by-pass. A wtedy... było, jak było.
Pozdrawiam :)

Szaman Galicyjski pisze...

@ green_emili: miód był traktowany jak przysmak. Pamiętasz określenie wspaniałej, dostatniej krainy? Mlekiem i miodem płynąca. Mlekiem, bo miała (i mogła wykarmić) dużo bydła, a miodem, bo była dostatnia. Jak wata cukrowa dla dziecka. Inne cukry, jeśli już się pojawiły były bardzo drogie. Miód poza tym był dostępny.

Moja Ameryka czyli dwa lata wakacji. pisze...

A ja sie witam z moimi duchami i gadam z nimi przy zielonej herbacie. Wierze, ze sa z nami i sie o nas po prostu troszcza:)