czwartek, 22 grudnia 2011

Szaman Galicyjski i sprawa Świąt tegorocznych

Niniejszym życzę wszystkim Tu-Bywalcom i Tu-Wpadaczom wszystkiego najlepszego, wspaniałych, rodzinnych, ciepłych*) Świąt Bożego Narodzenia oraz pomyślności w nadchodzącym roku.
Miejcie wspaniałe Święta, które niech przyniosą nadzieję, że może być dobrze, albo lepiej, albo jeszcze lepiej i że jeśli nie wszystko, to bardzo wiele zależy od Was.

A pod choinką znajdźcie też, poza zwykłymi prezentami, marzenia, za którymi warto będzie podążyć w następnym roku.

Ja zaś w środku nocy wyruszam za deszczowej, szaro-burej Kornwalii do mojej Galicji, Najmilszej, Tygryska, Prezesa i mnóstwa innych osób, których tu nie będę wymieniał, bo i po co.

Do sczytania w Nowym Roku.

____________
*) chodzi o atmosferę domowo-pieleszową, nie o aurę na zewnątrz

wtorek, 20 grudnia 2011

Szaman Galicyjski i sprawa Doktor Łapki

Nowa Pani Doktor, zwana Łapką, bo operuje różniste dolegliwości dłoni, zawitała do naszego szpitala. Z Niemców przyjechała, zatrudniła się w Naszej Kangurzej Firmie i krąży pomiędzy szpitalami.
Miła. Od razu, na początku współpracy, spokojnie omówiła ze mną jak ma ona wyglądać, czego oczekuje ode mnie i co sama może zaproponować. Spokój, profesjonalizm i sympatia. Nawet przeprosiła, że czasem przy  zabiegu mówi po niemiecku, ale to z napięcia. I od razu zapytała, czy jak ja z Polski, to czy nie mam jakiś uraz do Niemców. Pewnie jakbym miał, to by przeprosiła.
Jak sobie przypomnę Nowego od uszów, to po prostu zdziwienie mnie ogarnia, że można tak kulturalnie.

Bo na tym polega różnica pomiędzy doktorami przyjezdnymi, a autochtonami. Autochtoni uważają się za Bóstwa i to wcale nie Pomniejsze. Przyjezdnych traktują z góry. Wszystko, co "nasze" jest najlepsze. My jesteśmy najlepsi. My wiemy wszystko, a nawet więcej. Większość chirurgów uważa, że wiedzą tyle co bóg i jeszcze trochę. A przyjezdni swoje wiedzą, swoje robią i, o dziwo! mają lepsze notowania wśród pacjentów niż miejscowi, choć trudniej się czasem z nimi dogadać.

Autochtoni uwielbiają cyrk. Show must go on! Z zabiegu, który w Polsce robi się w 5 minut na zabiegówce, robią w teatrze*) spektakl  trwający co najmniej pół godziny. Większość to oczywiście pokaz próżności i nadymania się.

Ginekolega, którego nawet lubię, a może po prostu się przyzwyczaiłem, autochtoński konsultant, ma to opanowane do perfekcji. Przychodzi kobitka do pobrania wyskrobin z macicy do hist-patu. Z kompletem badań, USG opisanym z detalami, prawie-że z własnymi probówkami na próbki. I się zaczyna...
- A to może byś znieczulił inaczej, bo ja wiem...
- Znaczy krócej, bo smyrniesz tylko łyżką i po robocie?
- No nie wiem, bo ona ma mięśniaki. Jeden siedmiocentymetrowy i dwa mniejsze.. - i wpada w przydum i z kolei ja nie wiem, czy tak się o znieczuleniu rozmarzył czy o mięśniakach.
Dobra, lecimy, myk kaniulka w żyłę, pacjentka zalekowana, śpi jak aniołek, gość wsadza histeroskop w narząd, bo jak powiada musi wiedzieć skąd pobiera materiał (co ma się tak do rzeczywistości jak wół do karety, bo i tak na koniec wrzuca wszystko do jednego słoika) i zaczyna wpatrywać się w mięśniaki. Są trzy, dokładnie opisane w USG. Jeden siedmiocentymetrowy, dwa mniejsze.
- O, to ten duży! - radości nie ma końca. - A ten, to chyba mniejszy. Hejdż**), przeczytaj mi proszę opis.
Hejdż nie wie który, więc Ginekolega wstaje spomiędzy ud pacjentki, podchodzi do stolika, zaczyna dyrygować przewracaniem kartek. Nie ta, ta też nie... Dziesięć minut temu mówił mi ten opis z pamięci, zbolały jeden.
- O, tutaj. Mięśniak o wiekości 7 centymetrów i dwa mniejsze... Tak, to ten mięśniak. Tak, jak napisali. I drugi też.
Dotknął czegoś rękawiczką, a może mu się tylko zdawało, ale trzeba się przebrać. Zmienił rękawiczki, usiadł i od początku zaczął wpatrywać się w mięśniaki. To z lewej, to z prawej. Ekran monitora jest duży, jakieś 37 cali przekątnej, bo wziął monitor od laparoskopu, jest na co popatrzeć. I tak potrafi spędzić 10 minut gapiąc się w obrazek. Wiadomo, że nic z tym nie zrobi. Nie mamy histeroskopu operacyjnego, może sobie tylko podziwiać wnętrze kobiety***). Ma dokładny opis USG, nic nowego nie znajdzie. Ale się gapi. Potem wreszcie pobiera co ma pobrać i możemy kończyć.
Ten sam zabieg w wykonaniu Profesora (przypomnę, że z Germanii) trwa 5 minut: rękawiczki, dezynfekcja, histeroskop w otworek, są trzy mięśniaki, skrobiemy, dziękuję, skończyłem.

Tak samo z Doktor Łapką. Szybka, profesjonalna, mówiąca z wyprzedzeniem, co będzie robić za chwilę, tak, że instrumentariuszka może się przygotować, ja mogę wyłączyć leki i wybudzić pacjenta z ostatnim opatrunkiem.

No, ale my jesteśmy z Kontynentu.

To dobranoc.

___________________________
*) Blok Operacyjny nazywa się tu The Operating Theatre. Teraz wiem czemu.
**) Hejdż to nasza locumowa pielęgniarka, która ma na imię H, a wymawia się Hejdż.
***) tak, wiem, że liczy się tylko wnętrze, ale chyba nie to akurat.

środa, 14 grudnia 2011

Szaman Galicyjski i sprawa zimy

Tymczasem w Kornwalii...


(foto Najmilsza)

Sezon zimowy został oficjalnie otwarty.

wtorek, 13 grudnia 2011

Szaman Galicyjski i sprawa pewnego forum

Napisał do mnie pan Mateusz Palczewski z prośbą o umieszczenie linku do Ogólnopolskiego Forum Studentów Medycyny i Lekarzy.
Forum działa od niedawna, ale zobaczymy w co się rozwinie.

Żeby nie było, że jestem wsteczny i nie pomagam młodzieży. Link po prawej.

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Szaman Galicyjski i sprawa pewnego czujnika

Od czasu do czasu w szamańskim szpitalu pojawiają się nursy typu locum. Co się wykłada na polski "zastępczy nurs na czas jakiś". Od paru dni kręci się po Centrum osobnik wielki, blondynowato-rudawy, miły w obejściu, pewny siebie jak dwie żeńskie nursy na raz, odziewający się (poza pracą, oczywiście) w skóry, jeżdżący moturem, który w swoim "normalnym" świecie pracuje głównie gdzieś daleko od Ukeju, na platformach wiertniczych na morzu Norweskim lub u wybrzeży Nigerii i z tego powodu zwany Oil Rig*).

W piątek Oil Rig pracował ze mną. Miał parę swoich pomysłów, jak nasza współpraca powinna wyglądać, ale bez bicia dał się przekonać, że jednak będzie tak, jak ja chcę, a nie tak jak on. Przyjął to z godnością, nie powiem, wziął się do roboty i muszę przyznać, że szło mu bardzo dobrze. Niestety uznał przy tem, że poniżej jego godności będzie pytać o cokolwiek, nie tylko mnie, ale kogokolwiek. Póki miałem go na oku, było dobrze, ale "czyż jestem stróżem brata mego?" Przy sprzątaniu sali po zabiegach został sam.

Dziś przychodzę, jak to w poniedziałkowy poranek, rześki i pełen chęci do pracy, a tu zonk! Nursa anestetyczna ze łzami w oczętach błękitnych mnię mówi, że aparat mój do znieczulania nie chce się skalibrować. Otarłem jej łzy jak grochy (uczynek miłosierny co do ciała), strapioną wziąłem się pocieszać (uczynek miłosierny co do ducha), aparat nieusłuchany sprawdzać (uczynek niemiłosierny co do materii nieożywionej). I faktycznie - nie chce się bydlę skalibrować. Rozpocząłem skomplikowaną procedurę szukania czemuż to i patrzę, a tu nie ma w układzie oddechowym takiej małej, mizernej, przezroczystej zielonej rureczki. Gdzie - pytam - owa rurka? Ano, nikt nie wie. Z tym, że wracając pamięcią do piątku ktoś przypomniał sobie, że Oil Rig zmieniał cały układ, jako, że piątek.

No właśnie. Wyszło na to, po krótkim śledztwie, że wziął i w czambuł wywalił do śmieci cały układ oddechowy wraz z ową rureczką, która może i mizernej postury, ale zawierała czujniki przepływu i ciśnienia gazów w układzie oddechowym. A bez tego aparat skalibrować się nie da. A jak się nie da skalibrować, to używać też się nie da. I całą dzisiejszą listę diabli biorą. I jutrzejszą też, bo najwcześniej we środę możemy dostać zamiennik, a i to tylko pożyczony z innego szpitala.

Rozległ się płacz i zgrzytanie zębów. Oil Rig został zaocznie oskórowany, szczodrze posypany solą i skórę naciągnięto nań ponownie. Płakali wspólnie wszyscy - Ginekolega, bo wreszcie udało mu się skompletować listę, Kolorektal, bo na popołudnie miał dwie soczyste przepukliny, Sister-śister, bo co to będzie jutro, jak tu poodmawiać tylu pacjentów, a przecież idą Święta.

Nie wzięli tylko, nieszczęśni, pod uwagę, że pracuje z nimi anestezjolog z eRPe, przyzwyczajony, że połowa sprzętu działa dzięki poloplastowi, a drugiej połowy nie ma, bo ordynator ma ją zamkniętą w szafce  w gabinecie. I to taki anestezjolog, co lubi gry komputerowe.

Właściwa kombinacja klawiszy wystarczyła, żeby obejść auto-test aparatu, szczelność została sprawdzona "ręcznie" (dosłownie), alarmy wyłączone lub wyciszone do minimum, a lata spędzone na ręcznym "dęciu w blazę" spokojnie pozwoliły ustawić i kontrolować parametry oddechowe pacjentów przez cały zabieg mimo, że respirator pokazywał Bezdech i Brak ciśnienia w układzie i parę innych, pomniejszych błędów i stanowczo wymagał wyłączania alarmów co dwie minuty (alarmów tzw. krytycznych nie da się wyciszyć i/lub wyłączyć na stałe).

Nursy najpierw patrzyły niespokojnie i trwożliwie, co ten tu Szaman wyprawia, ale kiedy pierwsza, a potem druga pacjentka wybudziły się bez kłopotów i bez wyraźnego uszczerbku na zdrowiu, wpadły w zachwyt. Okrzykom "O, Boski" i "Królu, mój Królu" nie było końca. "I ty to tak sam, tymi ręcami, bez niczyjej pomocy, te gałeczki, guziczki, pokrętełka poustawiać umiałeś, coby onych pacyjentów naszych wentylowała maszynka?" "Ja tak zawsze, to proste" - skromnie reagowałem na te objawy radości nursowatej.

Jednego im tylko nie powiedziałem. Jak to zrobiłem. Po co im to wiedzieć? Zwłaszcza, że to naprawdę proste. Ale, jak to mówią bracia zza Buga - mniej wiesz, lepiej śpisz. A anestezjolog powinien dbać o dobry sen, nieprawdaż?

____________________________
*) (ang.) Platforma Wiertnicza (taka na morzu)

niedziela, 4 grudnia 2011

Szaman Galicyjski i sprawa pewnego netu

Trudno mnie wkurzyć; wyprowadzenie mnie z równowagi jest zadaniem na skalę 13 pracy Heraklesa, możliwe, ale wyczerpujące. A tu, patrzcie, udało się. I to komu? Takim jednym z TT.

Dostarczają mi internet, tak się to nazywa. I nie powiem, dostarczają. Chyba taczkami, w porcjach mi dowożą. Stają na rogu ulicy i przez lejek wlewają do kabelka.

Bosz kundra ileż można czekać na otwarcie strony?! Standardowa WP albo się otworzy, albo wyświetli komunikat, że cuś tam nie tak z połączeniem. A debilna Vista podchwytuje temat i przymilnie pyta, czy zdiagnozować problem?

Udało mi się jakoś przedrzeć do strony jednej pani, co ja lubię czytać. Najpierw było biało, potem były listki, potem listki zniknęły i pojawiła się trawka. Wreszcie tekst. Najpierw bez tła, potem myk-myk, jako ten ślimak wyścigowy - jest tło. Przeczytałem. Naszło mnię, żeby dać komentarz. Otwarło się okienko, akurat miałem czas nastawić czajnik, zacząłem pisać. Nie jestem mistrzem szybkopisania na klawiaturze, bukwy stawiam jednak poradnie. Wysyłam. Nic. Jeszcze dłuższe nic. Zalałem kawę, wróciłem i mam. "Za długi czas oczekiwania. Komentarz nie został zamieszczony." Qubwa. Jeszcze raz. Napisałem. Skopiowałem do podręcznego. Wysyłam. To samo, "za długi czas...". Jeszcze raz. Otwieram okienko komentarza, wklejam tekst z podręcznego. Wysyłam. Dopiłem kawę. "Za szybko napisałeś, uznałem cię za spam. Spadaj." Oki doki. Jeszcze raz. Otwieram okienko komentarza, wklejam tekst z podręcznego, czekam trzy minuty, wysyłam. Czas na pójście po nową kawę. Wracam. "Filtr antyspamowy zablokował twój komentarz, bo posyłasz go trzeci raz." No, w mordę jeża.

Poszedłem na stronę Zieloną. Ładowała się 2 minuty 34 sekundy. Liczyłem. Były tam dwa filmiki - bez szans na oglądnięcie.

Wróciłem do poprzedniej strony. To samo. Z nudów, czekając na to, aż się załaduje, otwarłem tę stronę w ifonie. I tu zonk! W ifonie (korzysta z 3G, nie z netu) są zupełnie inne komentarze. Mojego nadal nie ma, ale te, które mam w komputerze to nie te, które są w ifonie. Internet2?!

Dlatego przepraszam, że mało piszę, ale dopóki nie zrobią tej nowej linii, co to ją obiecali listownie, to mi idzie powoli.

Dobranoc.

poniedziałek, 21 listopada 2011

Szaman Galicyjski i sprawa nowej drogi

Jak mieszkałem w Szamańskim Szałasie to dojazd na gyma był kulinarny. Najpierw mijałem chińską knajpę, potem fish'n'chips, następnie drugiego Chińczyka i po jakiś dwóch milach tajskie "na wynos".
I strach było nie tyle jechać, co wracać, bo po wysiłku pokusa była straszna.
Nigdy nie braliśmy dwa razy pod rząd w jednej, bo by się wydało, że natychmiast uzupełniamy stracone kalorie i to z nawiązką.

Dojazd z Szamańskiego Wigwamu na gyma, czyli teraz, to trasa absolutnie dietetyczna. Po drodze nie ma ŻADNEJ knajpy!

I dlatego Najmilsza zrobiła dziś sałatkę Waldorf. Pychotka!

I to by było na dziś. Dobranoc.

EDITED @ 16:10:

W związku z a) komentem numer jeden oraz b) telefoniczną interpelacją AS Ptysia ujawniam:

sałatka Waldorf została skomponowana gdzieś w roku 1891-1893 przez Oskara Tschirky, maître d'hôtel w nowojorskim hotelu Waldorf. Mała uwaga na marginesie: w American Century Cookbook błędnie podano, że był to hotel Waldorf-Astoria, co jest chronoklazmem, bo Waldorf-Astoria został otwarty w 1931 roku.

Sałatka się składa z:
2 szt. winnych jabłek, 1/2 korzenia selera, 3 łodygi selera naciowego, 50 g rodzynek, tyle samo suchonej żurawiny lub aronii oraz 50 g orzechów włoskich, 100 g rukoli, 50 ml octu balsamicznego, 10 ml oliwy Extra virgin, 100 ml słodkiego czerwonego wina, sok z 1/2 cytryny, 1/2 łyżeczki mielonego cynamonu.

Rodzynki, żurawinę (lub aronię) namoczyć w winie (długo!), jak się zrobią pękate - odlać wino. Nie dać mu się zmarnować!

Wlać do rondelka ocet, zredukować do połowy objętości, zdjąć z ognia, dodać oliwę i cynamon. Wymieszać.

Jabłka pokroić w kawałki (moja uwaga była, żeby je pokroić tak jak seler korzeniowy), seler korzeniowy w zapałkę, naciowy w plasterki. Skropić cytryną.

Orzechy uprażyć na suchej patelni, rozkruszyć, parę zostawić dla ozdoby.

Rukolę opłukać, odsączyć lub odwirować.

W misce wymieszać jabłka, selery, rukolę, orzechy, rodzynki i żurawinę (lub aronię), skropić dressingiem z octu i oliwy.

To daje ok. czterech porcji.

Warianty:
- ocet balsamiczny zastąpiony jogurtem (dla odchudzających się) lub majonezem wymieszanymi z sokiem z cytryny, zamiast żurawiny i rodzynek są winogrona;
- dodatek wędzonego lub gotowanego kurczaka sprawia, że danie staje się bardziej samodzielne niż dodatkowe;
- słyszałem też, że do jogurtu dodają łyżkę musztardy.

czwartek, 17 listopada 2011

Szaman Galicyjski i sprawa pewnych stu tysięcy

Tak się jakoś zagapiłem, a tu z rachunków wynika mnię, że wczoraj z rana odwiedził mnię ktoś Stutysięczny. Nie wiem, kto to był, ale całym stu tysiącom dziękuję.

Bardzo.

środa, 16 listopada 2011

Szaman Galicyjski i sprawa tego tygodnia

Ten tydzień jest zdecydowanie nie mój. Jeszcze się dobrze nie skończył, a już to wiem.

Najsampierw, we wtorek*) jeden taki przyszedł przepuklinę sobie operować. Niby miły, siwy, starszypan. Bez zatrważającej przeszłości medycznej. Tom go zalekował, a on mi, bez dania racji, stężał na stole. No normalnie stężał. Wszystkie mięśnie mu zesztywniały (poza tym, co to by mu mógł bez krępacji zesztywnieć, choć obłożyć do przepukliny było by trudno). I wentylować się za chińskiego boga nie dał. Szczęki zacisnął, nijak było jakąkolwiek rurę mu wcisnąć. Zakrzyknąłem o zwiotczenie i intubację, a nursy moje (to znaczy jedna moja i jedna cudza) wszystko mi w te pędy podały. Starszypan zwiotczał, eLeMEja dał se wsadzić, wentylował się, jakby od tego był i do końca zabiegu już się nie próbował przeciwić niczemu.
Dziwne to o tyle, że po jednej dawce leku zwiotczającego na 3-4 minuty, wszystko mu przeszło. Aż z onej konfuzji zaesemesowałem do Abiego, któren człek bywały i podobnych leków używa, czy się z czemś takiem spotkał. Ale nie. Zadzwonił do mnie dobry człowiek, pogadaliśmy chwilkę, dzięki za wsparcie. Starszypan obudził się planowo, bez żadnych ubocznych objawów (trochę się bałem, że mięśnie go będą boleć, ale nie), uśmiechnięty od ucha do ucha, podziękował i w terminie do dom poszedł.

Dziś natomiast następny do przepukliny przyczłapał. Taki bardziej gorzelniaczek, co to dwa i pół litra wina/piwa/cydru dziennie pija, a mocniejszych nie liczy, bo w małych szklaneczkach podają i łatwo się w rachunkach pogubić. A pije, bo musi, bo sztress go gryzie, że od ośmiu lat bezrobotny jest i musi patrzeć jak małżonka (czy też partnerka, nie doszedłem) tyra, żeby rodzinę utrzymać.
Z założenia dostał dawkę dwa razy większą niż standardowe wielbłądy, czyli te, co pić nie muszą, ale jak go Kolorectal nożykiem dziabnął, to łapkę spod obłożenia wyszarpnął i rwał się pomagać. Obłożenie trzeba było zmienić, łapkę uwiązać, dawki zwiększyć. I zeszło nam tak z kwadrans, bo ja dawkę zwiększałem, chwilę wyczekiwaliśmy na wyrównanie w mózgu, czy gdzie tam to szło, Kolorectal kozik w rękę brał, a pacjent jakby moich wysiłków nie zauważał, dalej do pomocy raźno się zgłaszał. W pewnej chwili Kolorektal twierdził nawet, że mu do kieszeni próbuje sięgać. Dawki sięgnąłem już takiej, że obawiałem się iż na noc przyjdzie nam zostać z chłopiną, bo się nie obudzi, więc przeszedłem łagodnym łukiem do znieczulenia gazami i tu - klękajcie narody! - ścięło gościa w minutę, a po zabiegu obudził się planowo i prawidłowo. Co jednak znaczy wyrobiona wątroba i jej zadziwiające enzymy.

A Zębodłub siedem sztuk przytaszczył i to takich po sześć i więcej do usunięcia, więc dawno już słoneczko złote pokładło się spać, kiedy my skończyliśmy.

Muszę jednak pewne wyznanie uczynić. Otóż mimo wojny polsko-nurskiej pod flagą biało-czerwoną poszedłem we wtorek do szefowej i obie pomagające mi nursy w kwiecistych słowach pochwaliłem i ich profesjonalność oraz opanowanie w trudnych chwilach podkreśliłem. Nawet w czasie wojny stuletniej co jakiś czas trzeba dobrą wolę pokazać i na ten przykład jeńców wypuścić, albo pomoc międzynarodową z konwojem humanitarnym przepuścić. Każdy powinien dostać to, co mu się należy. Jak pochwała, to też, choć nursa.

Zatem dobranoc.
_____________
- Panie kierowniku, mam napisać ogłoszenie o zebraniu we wtorek i nie wiem jak się pisze: wtoreg czy wtorek?
- Pani Basiu, niech mi pani nie zawraca głowy tylko sprawdzi w słowniku.
- Ale ja już całe "f" przeszukałam i nie ma.
- To niech pani pisze, że zebranie będzie we środę.

poniedziałek, 7 listopada 2011

Szaman Galicyjski i sprawa dalszego ciągu

Ja wiedziałem, że to się tak może skończyć. Trzeba się trzymać jednej opcji, a nie latać po tematach. Trudno, powiedziało się A, trzeba dokończyć...

Dostałem taki oto koment od Poirota, który już kiedyś do mnie zaglądał. Koment jest długi, więc daję go tu w całosci, wraz z odpowiedzią.

Wybacz, że lekko odgrzeję temat, ale jakoś nie mogę się powstrzymac. Otóż wyjaśnieniem Twoich wątpliwości w kwestii biskupów jest prosty podział na ludzi którzy mają dobrą pamięc (bo krótka) i tych co mają złą pamięc (bo długą). Biskupi należą do tego drugiego grona, a Ty do pierwszego.

Tu nie do końca się zgadzam, bo...

Oni na przykład doskonale pamiętają, że obecni rządzący, bohaterowie solidarności nie byliby obecnie żadnymi bohaterami, gdyby nie kościelna pomoc. Pamiętają ile Michnik i Wałęsa wina mszalnego wypili księdzu Jankowskiemu, jak Pinior bohatersko ukrywał się pod sukienką biskupa Gocłowskiego, ile Labuda zeżarła paczek z mlekiem w proszku, ile wszyscy internowani zeżarli pomarańcz zapakowanych w niemieckich kosciołach i ile biskupich interwencji okazało się skutecznych gdy internowani czy aresztowani chcieli wyjśc na wolnośc. Wiedzą jaką drogą szły powielacze do Polski, wiedzą nawet jak Palikot się przechowywał na KULu. Pamiętają też doskonale oskarżenia o jątrzenie, sianie nienawiści, padające z ust ówczesnych elit władzy. Pamiętają też księży-patriotów, stawianych przez te władzę za wzór bo z przymilnym uśmiechem mówili każde wygodne wadzy bzdurki. A skoro to pamiętają, to dlaczego mieliby się przejmowac powtórką ?

...żyję dostatecznie długo, żeby to też pamiętać. Na pewno nie znam wszystkich szczegółów kto, kiedy i komu, ale ogólną wizję owych czasów mam. Wiem też, jaką drogą szły z Zachodu do Polski używane samochody "na potrzeby parafii" (np. 42 dla parafii w Pomorskiem - 3 księży) oraz w jakiej kolejności i kto paczki z pomocą dostawał w mojej parafii, czyli kto szedł prosto do zakrystii, a kto stał dwie godziny w kolejce na mrozie). Z tym, że to nie ma wiele wspólnego z religią. To był i jest po prostu biznes. Wszystkie międzynarodowe korporacje zarabiają w jednym państwie a inwestują w drugim, z nadzieją na przyszłe zyski. Jak sam to opisujesz - przykład idealny. Wiedzieli w kogo warto zainwestować.

Co więcej, wiedzą też, że jeszcze nie raz "przyjdzie na psa mróz", jeszcze niejeden raz politycy na kolanach do Canossy się udadzą.

Otóż to. My zainwestowaliśmy w was w latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia, teraz przychodzimy po odsetki. Bez naszej pomocy trudno będzie wygrać wybory, a zawsze jeszcze możemy wam zaszkodzić. No, to jak będzie...?

Lekarze zresztą też. Leczył mnie kiedyś bardzo nieprzyjemny typek, chirurg, a przy tym sekretarz PZPR, który trząsł niemal całym województwem, nie tylko w dziedzinie medycyny. Jak się parę lat temu zdziwiłem, gdy okazało się, że co najmniej cwierc nowo wybudowanego kościoła na moim osiedlu, to za prywatne pieniądze owego chirurga. Chirurgów też dopada rak.
Podsumowując, ludzie obdarzeni złą bo długą pamięcią robią co trzeba, by jak przyjdzie kolejny mróz ludzie z dobrą bo krótką pamięcią mieli się gdzie schronic.


 

Akurat w tym przykładzie, to ów chirurg próbował się chronić przed własnym strachem i znowu religia nie ma tu dużo do rzeczy. Miałaby, gdyby to któryś z księży poszedł do niego z duchową pociechą nie patrząc na owe "ćwierć nowego kościoła". O, to by było coś.

Tak przy okazji z żydami jest deczko inaczej. Otóż by zrozumiec jak Kościół traktuje żydów, i odwrotnie, wcale nie trzeba miec dobrej pamieci. Wystarczy pojechac do Izraela i odwiedzic tamtejsze getta. Nie, nie, wcale nie te w których są zamknięci Arabowie. Tyko te w których są zamknięci żydzi. Prawdziwi. Chasydzi. Bo Żyd liberał oczywiście niczym specjalnym nie różni się od liberalnego Polaka. Tak samo jak Ty lubi sobie wszamac szynkę parmeńską z melonem. Ale jak spotyka żyda to ma za to w ryj. Nie że mu jakaś moherowa babcia krzywo spojrzy. Tylko normalnie w ryj. A czasem i nożem pod żebro. Ba, nawet za opakowanie po szynce może dostac w ryj. Moja Babcia przed IIWŚ chodziła do szkoły powszechnej z córkami żydów. Wiesz co zapamiętała ? Po 70 latach jeszcze pamiętała gigantyczną awanturę jaką one jej zrobiły, za to że postawiła swoją teczkę w której była kanapka z szynką obok teczki jednej z nich. Obecnie żydzi awanturują się zresztą nie tylko o szynkę, awanturują się o wszystko o np : http://tnij.com/i0VND I własnie dlatego Izrael trzyma ich w miarę możliwości w gettach. Naprawdę polecam, pojedź zobaczysz, odczujesz. Przekonasz się na własnej skórze jak moherowe wartosci katolickie wyglądają na tle tych co roku wbijanych żydowskim dzieciom w święto Purim. A że Izrael nie nazywa tego gettem, tylko jakoś ładniej ? Tak wygląda polityka. Gdy zmarł PiusXII Izrael ustami Goldy Meir składał mu hołdy. Jak sobie Izrael znalazł możniejszego protektora, zaczęło się plucie na Piusa. I tak od tysięcy lat na zmianę.

Poirot

5 listopada 2011 20:12

Byłem w Jerozolimie i to nawet w czasie święta Purim. A także Hanukach. I owszem, ostrzegano nas, pokazawszy na planie miasta, gdzie nie powinniśmy chodzić po zachodzie słońca w piątki, bo różne nieprzyjemne rzeczy mogą się nam przytrafić. I nie chodziliśmy, przez cały czas każdego z szabatów.

Z tym, że widzisz, to jest ich religijne prawo. Możemy się z nim nie zgadzać, uważać je za zbyt surowe, nieprzystające do współczesności, okrutne nawet. Ale oni postępują zgodnie z nim. Możesz o tym prawie przeczytać, podobnie jak w religii miłującej pokój, czyli Islamie, możesz przeczytać, że niewiernych można, a nawet trzeba zabijać.

A to, o czym piszę w mojej notce, skupia się raczej na dysonansie, który tkwi pomiędzy tym czego naucza nas religia chrześcijańska, a tym co mówią jej hierarchowie. Wezwanie do miłowania bliźniego swego i nadstawiania drugiego policzka, dostrzegania belki w oku swoim i tp. w zestawieniu z "ideologią nienawiści", zamykaniem ust ks. Bonieckiemu przy cichym przyzwoleniu dla rydzykowego jątrzenia, skupianiu się bardziej na "biznesie" doczesnym, jaki można zrobić na religii i wierze, jest dla mnie nie do przyjęcia. I o tym piszę.

Pozdrawiam.

P.S. Notka ukaże się w poniedziałek, bo to nie jest weekendowy temat.
P.P.S. Nazwy narodowości piszemy dużą literą, np. Polacy.

piątek, 4 listopada 2011

Szaman Galicyjski i sprawy pewnego nowego c.d.

Wczoraj się wygadałem. Mając w perspektywie dzisiejszego przedpołudnia listę z Nowym, o którym wspominałem niedawno, zapytałem nursy, czy lubią pracować po południu w piątek.
- Aboco? - rutynowo odpowiedziały kornwalijskim narzeczem pytaniem na pytanie.
- Bo tak patrzę na jutrzejszą listę i chyba przed trzecią nie skończymy. A może i później...

Zamruczały tylko, ale nic. Powinienem im powiedzieć, że pytam, bo anestezjologa (zwłaszcza Szamana) wkurzać, to jak lwa w podogonie całować. Przyjemność żadna, a niebezpiecznie. Tylko, że mi się tłumaczyć nie chciało. Musiałbym sprawdzić jak po tutejszemu jest "całować".

Zgodnie z moim chytrym planem, że każdy zabieg ze wszystkimi okolicznościami dodatkowymi zajmie z godzinę, a na liście było siedem sztuk, rozwłóczyłem po przygotowawczym sprzęt, leki i papiery, wszystko na pewnym stopniu przygotowania, ale tak, że sporo do zrobienia jeszcze zostało. Dla każdego z siódemki wymyśliłem coś innego, co pozwalało mi bez narażania się na zarzuty, że się ociągam i celowo przedłużam, spędzić z dziesięć minut na konfigurowaniu leków, pomp, strzykawek i kroplówek. Doszło do tego, że do dwóch takich samych zabiegów miałem inne znieczulenia.

Ale kiedy przyszedł Nowy wszystko wzięło w łeb. Jak mnie tylko zobaczył rozpromienił się cały, zagadywać zaczął, o zdrowie pytać, w oczęta patrzeć, no, nie ten człowiek. Na każdą sugestię się zgadzał, pomocną dłoń wyciągał, wszystkie szczegóły, o które zapytałem twórczo rozwijał i detalicznie objaśniał.

Pomyślałem, że albo mu dziewczynki doniosły po naszej wczorajszej rozmowie, że przed zachodem w piątkowy wieczór z roboty nie wyjdzie, albo ma chłopina chorobę dwubiegunową i właśnie jest na krzywej wznoszącej.

Ale, że powtórzę tu za Abim, ninja musi być twarda. Pierwszy zabieg najpierw trzeba było przygotować, z pacjentem porozmawiać, upewnić się, że wszystko zrozumiał jak podpisywał zgodę, leki nabrać, aparat dwa razy sprawdzić, wprowadzać pacjenta powoli i delikatnie, żeby się nie stresował, budzić łagodnie, bezstresowo także zarówno, a potem przekazać na recovery wszystkie zawiłości omawiając szczegółowo i proponując kilka opcji na wypadek takich czy innych zdarzeń, głównie nieprzewidzianych.

Nowy próbował sie włączyć i nieco te wszystkie kroki przyspieszyć, ale tu napotkał na zdecydowany odpór nursów, które poczuły się ważne i odebrać sobie tego nie pozwoliły.

Jeszcze się milszy dla mnie zrobił. Jeszcze pięć, max dziesięć minut i pewnie by mi kawę na blok przyniósł i pytał czy posłodzić!

I zapomniałem o Psim Polu, Legnicy, Grunwaldzie, Racławicach, Tobruku i Monte Cassino. Zmiękło mi serce i poszliśmy jak przecinak w palec, kończąc siódmy zabieg kwadrans po dwunastej. Strasznie był kontent i dziękował wszystkim tak, jakbyśmy to na nim, bezboleśnie tych wszystkich zabiegów dokonali.

Ale szansa jest, że zapamiętał. A w końcu o to chodzi, czyż nie?

Miłego weekendu.


P.S. Edited Wygadały się, przyznała się jedna.

środa, 2 listopada 2011

Szaman Galicyjski i sprawa złamanej obietnicy

Obiecałem sobie, że nie będę, no, nie będę. A jednak. Nie wytrzymałem. Czytałem sobie elektroniczną prasę i nagle, niespodziewanie dopadła mnię zgroza. Zgroza dopada najczęściej spodziewanie, a tu, proszę, siurpryza. Niespodziewanie dopadła, swołocz jedna.

Otóż przeczytałem co następuje:
"– Kto chce usunąć krzyż z przestrzeni publicznej, ten chce wprowadzać własną ideologię nienawiści – podkreślał przewodniczący episkopatu abp Józef Michalik, odnosząc się do pomysłu Janusza Palikota, by usunąć krzyż z sali sejmowej."
Znaczy, zaczęło się. Zastanawiam się jednak, jak przewodniczący episkopatu mógł wyciągnąć taki wniosek? Dlaczego ktoś, kto chce usunąć krzyż ma od razu być wyznawcą "ideologii nienawiści"? Rozumiem, że łatwiej jest podzielić świat na dwa przeciwstawne obozy, niż próbować doszukać się wielu odcieni w kolorowej rzeczywistości. W końcu na tym KRK w Polsce budował swoją tożsamość przez kilkadziesiąt lat. My dobrzy - oni źli. Cywilizacja życia - cywilizacja śmierci. Proste jak moherowy beret. Tylko czemu?

A tu jeszcze kardynał Nycz nawołuje:

„Kiedy dzisiaj w niektórych środowiskach dostrzegamy próby powrotu do tworzenia getta dla Kościoła, dla chrześcijan, dla katolików – tego nowego getta, kiedy jesteśmy świadkami prób prywatyzowania wiary, prywatyzowania religii, trzeba nam wracać do słów dzisiejszej Ewangelii: «nie bójcie się,będą was prześladować»” – zaznaczył kard. Nycz. Hierarcha mówił do zgromadzonych: „nie lękajmy się tego getta, które chce nam zbudować świat; wiele razy, także w Polsce, Kościół sobie z nim radził”.

Ja się tam na prywatyzacji trochę znam, może niewiele, aleć zawsze i jakoś ta prywatyzacja religii bardzo do KRK pasuje. Chyba już wcześniej ją zawłaszczyli. Ale nie tylko oni. Bo czymże był spór o krzyż przed Pałacem Prezydenckim w Warszawie, gdzie grupa oszołomów właśnie "sprywatyzowała" krzyż, otwarcie plując na decyzje nie tylko Państwa ale i biskupów?

Poza tym ma rację. Pamiętamy przecież, jakie getta urządzili Chrześcijanom Żydzi, np. w Wenecji i w Rzymie, gdzie biedni Chrześcijanie wegetowali nie mogąc podjąć innego zajęcia niż handel starzyzną, pod karą więzienia musieli przed zachodem słońca wracać do domów i nie mogli nawet pisać ksiąg w języku innym niż włoski. A jeśli jaką ziemię posiadali poza gettem - musieli ją sprzedać Żydom. Ci, bogacąc się, rozpychali się po świecie, od Pacyfiku po Atlantyk, zmuszając biednych tubylców do przyjmowania ich wiary. No, ale co się dziwić. Starotestamentowy JHWE jest bogiem mściwym i zazdrosnym, uznającym odpowiedzialność zbiorową i to w kolejnych pokoleniach - sam zresztą o tym mówi otwarcie. Nie to co nasza wiara, pełna miłości bliźniego i nauczająca o drugim policzku, miłowaniu nieprzyjaciół i "z tych zaś największa jest miłość". Chyba dobrze pamiętam?

Poza zgrozą opadł mnie przydum.

I znowu "Oblężona twierdza", a w niej jeszcze podziały na mniejsze oblężone baszty, barbakany i okopy. Czy w eRPe nie może być normalnie? Znowu jakaś "walka z krzyżem", "obrona krzyża", "symbolika krzyża".

I tu mnie zatrzymało. Właśnie - symbolika krzyża. O co lub przeciw czemu, zależnie od opcji, my właściwie mamy walczyć? O dwa patyki, deski, rurki, ułożone pod kątem prostym? Czy o to, co ten symbol ma przekazywać? Jeśli o przesłanie, to myślę, biorąc pod uwagę afery sejmowe, od prostego oszukiwania wyborców obietnicami z kampanii wyborczej, poprzez zagarnianie diet poselskich za nic-nie-robienie i korupcję, a na pijaństwie, gwałtach i wszeteczeństwach kończąc, że to tak, jakby walczyć o prawo powieszenia krzyża w szambie. A nawet chyba gorzej, bo do szamba to wszyscy wiedzą, po co się idzie i gó..o jest na swoim miejscu, ale w parlamencie? Jeżeli na powieszeniu krzyża się kończy, boć chociaż na widoku wisi, to i tak nikogo jego przesłanie nie obchodzi, to jaki to ma sens? Mnie obecność krzyża w sejmie nieodparcie kojarzy się z Jezusem próbującym wyrzucić kupców ze świątyni, tyle, że tym razem mu nie wychodzi.

Pomyślałem jeszcze, że biedny ten nasz krzyż. Poniewierają nim przede wszystkim wyznawcy, którzy powinni go szanować. Przypisują mu znaczenie, którego nie powinien mieć nigdy. Staje się przedmiotem, którym wali się przeciwników po łbach, aż wióry lecą. A to walczymy z Żydowstwem, przepraszam - żydostwem, i stawiamy krzyże w ilości opętańczej na żwirowisku w Oświęcimiu. A to robimy szopkę przed Pałacem Prezydenckim mimowolnie obnażając bezsiłę (czy też brak skutecznego) prawa. A to kłócimy się o krzyż w sejmie.
Krzyż zawiesił dr Tomasz Wójcik et consortes. W wywiadzie udzielonym Rzeczypospolitej w zeszłym roku padło pytanie: "Zapewne było dla Ciebie ogromnym zaskoczeniem, gdy po wyborach do Sejmu w 1997 r., w czasie spotkania organizacyjnego nowo wybranych posłów, zauważyłeś, że w sali obrad Sejmu nie ma krzyża. Minęło ponad siedem lat od obalenia państwowego ateizmu i nikt nie zadbał, by w miejscu pracy posłów, wybranych przez większość katolickiego społeczeństwa, był krzyż." (podkreślenie moje)

Zwróćcie uwagę. Nie "przez katolicką większość społeczeństwa". Czyli chcesz czy nie - jesteśmy w katolickim społeczeństwie. Zabór osób, nielegalne przywłaszczenie.
Musiało tak być, bo aż ciśnie się na usta pytanie: czemu nie był zdziwiony, że nie wisi tam także gwiazda Dawida lub Półksiężyc? Też wcale dla Rzeczypospolitej zasłużone znaki. A może, gdyby tak podrążyć, padło by pytanie co pan poseł wie na temat art. w25 ust. 2 Konstytucji i bezstronności religijnej, światopoglądowej i filozoficznej? I co nowo(wtedy)wybrany pan poseł by odpowiedział? A co mnie tam, warchołowi, jakieś rozdziały i bezstronność?! Moja racja jest najważniejsza! Do szabel!!

Miałem się tych tematów nie czepiać. Nie strzymałem. Bo ostatnie dwa zdania przewodniczącego episkopatu ponownie przywołały zgrozę. Gdzieś już podobne słyszałem... Talibowie, chyba...

 – To będzie egzamin dla parlamentarzystów. Kto z ochrzczonych czuje się Kościołem, kto czuje się związany z symboliką krzyża – zaznaczył." Ale czemu w sejmie? A nie w sumieniu?

Dlatego przepraszam.

I dobranoc.

niedziela, 30 października 2011

Szaman Galicyjski i sprawa młodych lekarzy

Dzisiejszy wpis, nieco lżejszej natury, jak to w weekend, dedykuję Młodej Lekarce, Adeptowi Sztuki oraz wszystkim nie wymienionym tu z nicka, młodym lekarzom i o.m.c. lekarzom płci obojga.

Oto list starego lekarza do młodego. Z książki  Country Doctor. Autor: Dr Michael Sparrow.
Tłumaczenie moje.

Drogi Kolego,

zamierzasz zatem zostać lekarzem. Pozwól, że udzielę Ci paru rad.

1. Oglądaj każdy odcinek "Na dobre i na złe". Dwa razy. Są wspaniałe. Zachwyć się bohaterami i ich oddaniem pracy. Ekscytuj się zdolnościami diagnostycznymi. Ciesz się z ich sukcesów i współczuj w porażkach. Zadziw się, że mają tylko jednego pacjenta na tydzień. Policz, ile razy każde z nich uśmiechnęło się w kolejnym epizodzie. A potem zlekceważ wszystko, co widziałeś. W prawdziwym życiu to tak nie wygląda.

2. Dużo ćwicz. Sugerowałbym bieganie po schodach dziesięć godzin dziennie. Zapamiętaj uczucie na końcu każdej przebieżki i przyzwyczaj się do niego. Nazywamy to wyczerpaniem - od dziś będzie Ci towarzyszyło do końca Twojej kariery.

3. Zapisz się do kółka teatralnego. Ćwiczenia tam pozwolą Ci zachować na twarzy wyraz zatroskanego profesjonalisty, za którym będą ukryte Twoje prawdziwe myśli - "Jeśli uda mi się spławić tę babę z żylakami w ciągu pięciu minut, wciąż mam szansę na jedngo seta w tenisa przed obiadem".

4. Kup sobie bardzo duże lustro. Codziennie ćwicz przez sześć godzin, aż będziesz umiał powiedzieć "och, to tylko wirus" lub "wiem, jak się pani czuje", nie wspominając o "pełno mam takich przypadków" nie chichocząc bezradnie.

5. Spędzaj jak najwięcej czasu w cyrku. Jeśli to możliwe - podróżuj z nim, jeśli nie - zwróć szczególną uwagę na gościa robiącego tę sztuczkę z dwudziestoma talerzami wirującymi na patykach (i nie daj się zniechęcić nawet jeśli rozpoznasz w nim litewskiego linoskoczka). Zapamiętaj, jak szybko orientuje się, który z talerzy wymaga natychmiastowej pomocy. A zanim wyjdziesz, wejdź do klatki z lwami. Nie jest to, co prawda, to samo co poczekalnia na SOR w deszczowy, poniedziałkowy poranek, ale uwierz mi, że będziesz blisko.

6. Zacznij palić i wytrwaj w tym. Jakkolwiek źle by się działo, zawsze będziesz mógł sprawić sobie przyjemność ze dwadzieścia razy na dobę.

7. Zacznij ćwiczyć cewnikowanie samego siebie i zapisz się na kurs "Własnoręczne wykonywanie lewatywy". Dzięki temu nauczysz się jak postępować z administracją opieki zdrowotnej.

8. Przyzwyczaj się do picia wina marki Wino i taniej gorzałki. To wszystko co dostaniesz od wdzięcznych pacjentów.

9. Pozwól, aby każdy Twój posiłek wystygł i stężał. Poproś bliskiego przyjaciela, aby dzwonił do Ciebie z jakąś bzdetą za każdym razem, kiedy wchodzisz do gorącej wanny lub polska drużyna ma strzelić decydującego gola i naucz się żyć z nieuniknienie związaną z tym frustracją.

10. Kup sobie poradnik "Jak się rozwodzić". Niech nie zwiedzie Cię fakt, że nie jesteś jeszcze żonaty. Będziesz - a potem nie będziesz.

11. Czytaj kolumny polityczne w dobrych gazetach. Musisz stać się doktorem od wykręcania kota ogonem*) równie dobrym jak doktorem medycyny.

12. Spraw sobie najbardziej niewygodne łóżko na rynku. W ten sposób nie będziesz żałował, że musisz wstać w mroźny, zimowy poranek.

To jest moje dwanaście przykazań. Jak powiadał mój stary nauczyciel łaciny "naucz się, przetraw i powtarzaj do woli".
A kiedy wszystko inne zawiedzie, przyjrzyj się beztroskim obliczom starszych kolegów. Popatrz, jak cieszą się i radują życiem, podziwiaj ich beztroskie poczucie humoru. Pomyśl, że prawie nie widzieli rodziny przez całe swoje zawodowe życie i zobaczą ich po przejściu na emeryturę. Ty też będziesz kiedyś miał dzieci...
A pewnego dnia spotkamy się razem na pogrzebie. Oby nie był to Twój pogrzeb.

Twój Starszy Kolega.
__________________
*) w oryginale "spin doctor"

czwartek, 27 października 2011

Szaman Galicyjski i sprawa dzisiejszej Rzeczypospolitej

Szukając danych do bloga znalazłem na stronie Rzeczypospolitej taki kwiatuszek.

Przejrzeli szyfr okulistów

Michał Kadłubowski 27-10-2011, ostatnia aktualizacja 27-10-2011 12:54 

 Metody statystyczne, znane z kryptografii i tłumacza Google Translate, posłużyły do złamania XIII-wiecznego szyfru.
Zespół amerykańskich i szwedzkich specjalistów, pod przewodnictwem Kevina Knighta, profesora Uniwersytetu Południowej Kalifornii, zdołał odszyfrować manuskrypt datowany na drugą połowę XIII w.
Przechowywany w Berlinie rękopis, zwany szyfrem Copiale, okazał się opisywać obrzędy oraz kodeks sekretnego stowarzyszenia rytualnie zainteresowanego okulistyką.
Pismo zapisane zostało za pomocą 90 różnych symboli, w tym liter alfabetu łacińskiego.  Z pomocą kryptografom przyszedł algorytm komputerowy oraz metody oparte na modelach statystycznych, podobne do tych wykorzystywanych przez komputerowe systemy automatycznego tłumaczenia.

Chyba celowo wyłączyli możliwość komentowania. Co prawda ja tych okulistów od dawna podejrzewałem o jakieś niecne sprawki, ale żeby aż tak od XIII wieku, to, qurna, nie.

Dobranoc.

P.S. Zapytam nieśmiało, czy to aby nie szło o okultystów?

wtorek, 25 października 2011

Szaman Galicyjski i sprawa nowego

Idzie nowe. Zaczęło iść dwa tygodnie temu, ale dopiero dziś zobaczyłem nowe na własne oczy. Miało postać, której z nikim pomylić nie można. Nowy chirurg, taki od uszów, gardłów i krtań. Nabzdyczony bożek sal operacyjnych.

Dwa tygodnie temu zaczął przyjmować w poradni. Od razu zaczął wprowadzać swoje (nie)porządki. Na ten nieskomplikowany przykład nie dawał pacjentom do podpisania zgody na zabieg. Dostałem parę takich historii chorób i nikt nie potrafił mi powiedzieć co właściwie ten gościu chce pacjentowi zrobić. Oglądaliśmy w parę osób, część znała się na medycynie, część rozumiała anglijskij, ale i tak nie udało się nam ustalić. Wezwany na konsultację dr Googiel też.

Dziś grzecznie poprosiłem, żeby tak nie robił. Bo my wolimy wiedzieć co planuje, a ja to będę mógł dobrać znieczulenie bardziej dogodne dla wszystkich - jego, pacjenta i mnie też. Popatrzył na mnie jak na robala i powiedział, że nie będzie, bo on w swoim szpitalu to tak robi i nigdy nikt mu nie miał tego za złe. Spróbowałem mu podsunąć myśl, że nie jest u siebie w szpitalu, ale dość bezczelnie powiedział, że rozmowę uważa za skończoną. Zacząłem go nie lubić.

Pierwszy pacjent miał ciśnienie 215/105. Sorry, mate, I can't... *) Entek zaczął coś bulgotać, ale dziewczynki pokazały mu, że za pierwszej bytności u niego pacjent miał 205/110. Więc czemu nie trzyma się procedur? Dlaczego nikomu nie powiedział? Co sobie w ogóle myśli?
- No, nie mówiłem, bo pytałem czy leki jakieś bierze, to powiedział, że nie.
To i ciśnienie ma, jakie ma. Pacjent z zaleceniem kontaktu z dżipem poszedł do domu.

Drugi miał mieć mikrolaryngoskopię. Entek zażyczył sobie specjalnej rurki, takiej cienkiej (5mm) z duuużym balonem. Nursy popatrzyły na niego jakby zażądał gwiazdki z nieba. Dostał japońską odpowiedź Ni ma.
- Jak to ni ma, jak miały być.
Miały? Komuś o tym powiedział?
- No, tak ogólnie mówiłem... Formularz zapotrzebowania UX6/WR142 wypełnił?
- No, nie...
To NI MA!

No i było po liście. Jak już poszedł złorzecząc i sapgulcząc dziewczynki powiedziały: "my też go nie lubimy. A ty, Szaman, jesteś najlepszym anestezjologiem, jakiego miałyśmy w tym szpitalu".

Nie ma takiego złego...


___________________________________
(ang.) Przepraszam, stary, nie mogę...

sobota, 22 października 2011

Szaman Galicyjski i sprawa pewnego porównania

Zaglądam czasem na strony medyczno-lekarskie produkcji polskiej. Głównie składają się z narzekań pacjentów. Na doktorów, pielęgniarki, doktorów, szpitale, doktorów, apteki, doktorów, NFZ, doktorów, ZUS i Ministerstwo Zdrowia i Wszelkiej Pomyślności. Oraz doktorów, lekarzy, konowałów, łapowników, nienasycone hyeny i w ogóle, że życie jest ciężkie.

Ano, jest.

No i jak to dobrze mają ci "na_Zachodzie", tam to, panie, jest dopiero dobrze. Abo i lepiej nawet.

Ano, nie jest.

Abi, przyjaciel serdeczny, parę razy opisywał detalicznie, jak to w Ukeju wygląda opieka zdrowotna, zwłaszcza podstawowa, znaczy się rodzinna.

Właśnie opublikowano w prasie nie tylko fachowej, zajmującej się różnymi aspektami życia codziennego, takie oto dane.

Co najmniej 12000 (słownie: dwanaście tysięcy) pacjentów umiera w ukejskich szpitalach rocznie z powodu beznadziejnej opieki lekarsko-pielęgniarskiej. Zaznaczę może, niejako na marginesie, że chodzi o szpitale zarządzane przez NFZ, o, pardon, NHS. Przyczyną zgonów jest grypa, nowotwory, zapalenia płuc i inne infekcje, których można (by było) uniknąć, gdyby...

Pomimo ogromnego zwiększenia nakładów na opiekę zdrowotną, od 1999 roku nie odnotowano ŻADNEJ poprawy! Dyrektor grupy Taxpayers' Alliance, Matthew Sinclair, napisał we wnioskach, że "należy korzystać z doświadczeń innych krajów europejskich, w których opieka zdrowotna nie znajduje się pod tak wielkim naciskiem ze strony polityków."

Hmm, ciekawostka, nie?

Raport, zatytułowany "Wasting Lives"*), zawiera porównanie nakładów i skuteczności działania kilku państw Kontynentu, m.in. Niemiec, Francji i Holandii. Według autorów z tego porównania wynika, że w Ukeju w 2008 roku zmarło w szpitalach NHS 11 749 pacjentów, którzy powinni przeżyć i przeżyliby, gdyby trafili do szpitali na Kontynencie. Jest to liczba czterokrotnie przewyższająca ilość zgonów w wypadkach drogowych w tym samym roku. Jako przyczyny tego stanu autorzy raportu podają, że "brytyjska opieka zdrowotna jest zbyt scentralizowana, nadmiernie poddana wpływom polityków i pozbawiaona konkurencji".

Zaprotestowali, oczywiście, przedstawiciele NHS i rządu, wykazując w swoich badaniach i ocenach, że brytyjska słuzba zdrowia jest prawie-że najlepsza w Europie.

Równocześnie pojawił się drugi raport, dotyczący najbardziej wrażliwej, a równocześnie najbardziej bezradnej grupy chorych, czyli ludzi starych. I co się okazało?
Otóż połowa szpitali nie zapewnie tym pacjentom odpowiedniego wyżywienia i picia, w 40% nie zmienia im pościeli i nie traktuje z szacunkiem. Pacjenci "są ignorowani, godzinami oczekując na pomoc w podstawowych czynnościach, takich jak jedzenie, picie czy wyjście do łazienki".

Czyli, może nie jest u nas tak źle? Aż tak źle? A może mamy jak na Zachodzie?

Dobranoc.

_______________________
(ang.) Zmarnowane Życia

czwartek, 13 października 2011

Szaman Galicyjski i sprawa pewnej kuzynki

Każden jeden pacjent, który chce być operowany w naszym najlepszym ośrodku w południowej Anglii musi wypełnić kwestionariusz medyczny. Tamże ma podać, czy aby co mu nie dolega. Proste.

Dziś do wyrwizęba zgłosiła się kobitka. Lat 21, 111 kilo żywej wagi i wpis "dystrofia nerwowo-mięśniowa". Jakoś mi to nie pasowało jedno do drugiego, alem przełknął gładko i poszedłem nawiązać kontakt wzrokowo-głosowy i ocenić, czy aby nie trzebaby jej kajsi-gdziesi odesłać.

Dziewczę rumiane, z wyglądu waga nie kłamała, radosna i jakoś mało wyglądająca na postać zanikową. Przedstawiłem się, zagadnąłem jak droga do naszego Centrum, a jak pogoda i tak dalej. Żadnych zaburzeń mowy, połykania, oddechu nie widzę i nie słyszę. Dobra nasza.

Pytam zatem o jakiego typu dystrofię nerwowo-mięśniową chodzi, bo to taki większy worek jest i sporo się w nim mieści. Tu dziewczę się zacukało i mówi, że nie wie, nie pamięta, mama jej kiedyś mówiła tę nazwę, ale to było dawno i z główki jej uleciało, bo miało co najmniej cztery sylaby. Coś mnię tu zaleciało dziwnie. Jak to, nie pamięta nazwy? Toż przecież taka dystrofia może prowadzić do niekoniecznie przyjemnej śmierci przez uduszenie, a ona nie wie? Nie pamięta?

Zmieniam pytanie: jaki ta choroba ma wpływ na twoje życie codzienne?
Codzienne? A to nie ma, najwyżej trzy, może cztery razy do roku.

Żuchwa mnię spadła z hukiem na podłogę. Dystrofia intermittens? O różnistych rzeczach słyszałem, ale o czymś takim to nie.

A co się dzieje te trzy, cztery razy do roku?

No, jadę do tej kuzynki, bo ona jeździ na wózku.

Okazało się, że dystrofię ma kuzynka. A dziewczę wpisało to do swojego kwestionariusza, bo znudziło się jej odpowiadać 'nie' na każde pytanie. A rodziną trzeba się chwalić, nie?

To tyle na dzisiaj.

poniedziałek, 10 października 2011

Szaman Galicyjski i sprawa róż

Nawet szamanom przytrafiają się dobre chwile. Mam ją! Mam cedeka Okudżawy z piosenkami w jego wykonaniu! Szukałem, szukałem i znalazłem.

Nie ma róż bez kolców. Nie ma na niej Diesiatyj nasz diesantnyj batallion. Cóż, nie można mieć wszystkiego. Ale i tak się cieszę. A Najmilsza jest zdumiona, że śpiewam (?) razem z nim w oryginale. Zeżarło mi klipa. Dopiero teraz wróciłem z pracy i mogę poprawić.

niedziela, 9 października 2011

Szaman Galicyjski i sprawa zakupów

Sobota. Człowiek mógłby sobie pospać. Abo poszczelać na Playstation. Abo poczytać. Ale nie. Ma jechać nazakupy.

Moja tolerancja zakupów wynosi ca. 45 min 37 sek. Potem nie mogę. Nie wiem czemu coś mnie w środku skręca, powoli wywraca na drugą stronę, posypuje solą i wywraca nazad.

Jak mam coś kupić to najpierw jest "mam", a potem "kupić". Czyli potrzeba wyprzedza pójście gdzieś i kupienie czegoś. Rozpadły mnię się buty, co nie takie dziwne w tutejszym wodnistym klimacie. Następnego dnia poszedłem do sklepu, przymierzyłem, kupiłem i po 30 minutach byłem w domu. Proste? U mężczyzn tak.

Kobieta zasię idzie kupić "coś". Nie ważne co, "coś" jest tylko przykrywką, żeby pójść. Wczoraj usłyszałem "muszę zobaczyć jeden sweterek". Zwlokłem się dwukrotnie - z łóżka i z wolna, w końcu była sobota, i pojechaliśmy. Czemu oglądanie sweterków odbywa się w najdalszym (prawie, jest jeszcze dalszy sklep, ale Najmilsza o nim nie wie) możliwym sklepie?

Zaczęło się od stoiska z wiesielstwami na szyję i do uszu. Pytam grzecznie:
- Czy na tym stoisku widzisz jakikolwiek sweterek?
Spojrzenie typu zero stopni.
- Nie, ale popatrz, to jest fajne.
Dobra. Czekam.
- Chodź, pojedziemy na męskie.
- Na męskim nie ma sweterków. Zwłaszcza damskich.
- Ale może coś będzie.
Coś. Enigmatyczne coś, pod co można podłożyć wszystko. Pojechaliśmy, bo ruchome schody były.
- O rany! Wyprzedaż. Musimy wszystko obejrzeć.
Noż, Jezusku tłuściutki!
- Może kupisz sobie kurtkę? Albo koszulę? Albo spodnie? Patrz, jakie podkoszulki. A marynarkę?
Nie potrzebuję ani kurtki, ani marynarki, ani żadnej rzeczy, która jego jest.
- Przymierz, na pewno będzie dobra.
Mam trzy marynarki, które wiszą w szafie i nie ubrałem żadnej od roku. Mam kupić czwartą, żeby było do pary, czy co? Ze dwa podkoszulki jeszcze nie wyjęte z firmowych opakowań. Ileś tam par spodni.
- Musisz mieć nowe.

Logika kobiecych zakupów biegnie od d..y strony. Kup coś, a ja znajdę dla tego zastosowanie. Oczywiście, że znajdziesz, ale my tak nie myślimy. Potrzebuję czegoś to idę i kupuję. A nie kupuję, a potem się zastanawiam, co z tym zrobić.

BTW Oczywiście, że kupiliśmy "coś". Buty dla Najmilszej i dwa sweterki. To na wypadek, gdyby ktoś pytał czym jest "coś" tym razem.

Niedzielę spędzam w domu. I nie ma uproś.

piątek, 7 października 2011

Szaman Galicyjski i sprawa protekcji

To jest już oficjalnie. Sieć mam, jakbym nie miał, wszelkie zażalenia mogę sobie w słabiznę wsadzić. Lepiej nie będzie. T-T tłumaczy głosem szkockim, że wolno chodzi, bo BT jest złośliwe i specjalnie zakłada ograniczenia, żeby dokopać konkurencji, a BT twierdzi głosem pakistańskim, że nic ich to nie obchodzi, bo linia jest T-T. W związku z tym strony blogowe otwierają się i przewijają minutami, jak ktoś umieści filmik abo i klipa to "żal odwłok ściska", bo odbiór mam jak, nie przymierzając, Wolnej Europy w PRL-u.

Ale miało być o protekcji. Dodam od razu, że chodzi o protekcję płatną i to wcale nie mało. Przyznaję się bez bicia, że to ja załatwiłem sobie tę płatną protekcję*). Za niecałe £7,- miesięcznie, więc chyba nie tak bardzo drogo, mam taką panią, co jakimś sposobem podgląda moje zakupy z użyciem karty kredytowej, a czujna jest jako ten łyżew ostrowłośny. I dziś zadzwoniła do mnie telefonem, że za pomocą mojej karty ktoś-jakiś próbował ubezpieczyć samochód, co to ja go do tej pory nie miałem i w towarzystwie asekuracyjnym, co to ja w nim auta nie ubezpieczam. Zatem ona tę transakcję zablokowała, ale do mnie o ostateczną autoryzację owego zablokowania dzwoni, bo gdyby się okazało, że mam jakiś tajny/ukryty samochód i chcę go gdzieś na lewo ubezpieczyć, to ona zaraz, w te pędy wszystko odblokuje. No proszęż ja kogo! Uratowała mnię kilkaset funciaków, bo ktoś-jakiś całoroczne chciał wykupić, chytrus jeden je..niutki. Pani oczywiście powiedziała, że zawiadomi policję (zapytawszy mnie, czy się zgadzam - a jasne, że tak) i zadała mi parę pytań sprawdzających, czy ja to naprawdę ja. I to było najfajniejsze, bo ma to formę quizu. Dla naprzykładu pani zapytała kiedy się urodziłem. Ale żeby nikt nie podsłuchał wymieniła trzy lata, a ja miałem powiedzieć, która  opcja jest prawdziwa. Pierwsza, druga czy trzecia. A potem powiedziała: "a teraz naduś klawisz w telefonie z numerem miesiąca". Zdałem. "A powiedz, czy znasz którąś z tych osób", i tu wymieniła jakieś trzy nazwiska, a trzecim było nazwisko Najmilszej, a ma je ona dwuczłonowe, typu Skrzypczyk-Brzęczyszczykiewicz. Po przeczytaniu, dość poprawnym, imienia, panią zamuliło, zawiązało jej język w trąbkę i po trzeciej próbie powiedziała: "drugi człon jest podobny do twojego**), a pierwszego nie wymówię". I zaczęliśmy się oboje śmiać, bo test napotkał na poważne kłopoty językowe. Zmianiła pytanie na "czy mieszkałeś kiedyś w okolicy" i tu trzy nazwy miast, w czym najlepsze jest to, że jedną z opcji odpowiedzi było "w żadnym z wymienionych".

Kosztem dodatkowym jest to, że moja karta kredytowa przestała istnieć i czekam na nową. Cieszę się jednak, że oną płatną protekcję mam, bo właśnie zwróciła mi się z nawiązką.

To tyle na dziś.


__________________________
*) Privacy Guard Protection sie to nazywa, bo "protekcja" to w angielskim "ochrona", nie to co możnaby pomyśleć
**) tu trudno jest wytłumaczyć, że nazwisko kończące się na -a jest tym samym nazwiskiem, które kończy się na -i, w zależności od płci.

środa, 21 września 2011

Szaman Galicyjski i sprawa wagarów

Wagary. Dawno już zapomniałem co to. O swoich nie pamiętam, to było w tamtym tysiącleciu, a wagary Tygryska na szczęście odbywały się w Polsce. Dlaczego na szczęście? Bo w Ukeju...

W Ukeju dziecko nie idzie samo do szkoły. To znaczy może, ale na odpowiedzialność rodziców. W każdym innym przypadku, a znacie to z mnóstwa filmów, które pokazują, jak mamuśki odwożą dzieci do szkoły i odbierają je po zakończonych zajęciach, należy dziecko do szkoły dostarczyć. Można też przekazać je kierowcy specjalnego, żółtego autobusu, który odwiezie je do szkoły i przywiezie z powrotem.

Jeśli dziecek nie trafi do szkoły to już jest poważniej. W latach 2005-2009 skazano na areszt 55 rodziców, za zaniedbanie w przypilnowaniu, żeby dziecko trafiło do szkoły. Pierwszą osobą aresztowaną była Patrycia Amos, która przesiedziała 60 dni za to przestępstwo. Jej dwie córki, 15-letnia Emma i 13-letnia Jackie ze szkoły w Banbury zrobiły sobie wagary. Dwa lata później dostała kolejne 28 dni, tym razem tylko za Jackie, bo Emma nigdy już nie poszła na wagary.

Ostatnio jeden z członków parlamentu oświadczył, że dodatkową karą będzie odebranie zasiłków na dzieci. "Spośród tych, którzy chodzą na wagary rekrutują się ci, którzy potem popełniają przestępstwa. Zatem jeśli rodzice nie chcą dopilnować, aby dziecko poszło do szkoły, nie zasługuja na to, aby społeczeństwo dawało im wsparcie finansowe" - oświadczył.

Co się tu wyrabia...

poniedziałek, 19 września 2011

Szaman Galicyjski i sprawa pewnej ingerencji

Sprawa z firmą dostarczającą internet do szamańskiego wigwamu rozwija się, korespondencja krąży,  rozmowy telefoniczne są częste, ale nadal nic z nich nie wynika.

Zastanawiam się, czytając ukejską prasę, nad pewnym problemem. Otóż wszyscy wiemy, że istnieje coś takiego, jak przemoc w rodzinie. Mąż bije żonę, żona męża, a oboje biją dzieci. Albo wykorzystują je seksualnie. Albo głodzą. I wtedy sprawa jest jasna - odebranie praw rodzicielskich czy wyrzucenie agresywnego małżonka za drzwi spotykają się z pełnym społecznym poparciem. Ale jak daleko może i powinna sięgać ingerencja społeczeństwa, reprezentowanego przez organizacje rządowe, samorządowe czy społeczne, w życie rodzinne? Od którego miejsca rodzicielski klaps jest już przemocą i wymaga pomocy z zewnątrz? Kto i na jakiej podstawie ma decydować kiedy pobyt w rodzinie stanowi paradoksalnie dla dziecka niebezpieczeństwo i grozi mu złymi konsekwencjami na całe życie? Czy w ogóle da się wyznaczyć jasną i akceptowalną granicę co jest a co nie jest normą?

Stawiam te pytania, bo w ukejskiej prasie opisano przypadek rodziny z siedmiorgiem dzieci. I te dzieci, co akurat nie takie tu rzadkie, są otyłe. Znacznie. Jedenastolatek ważący 104 kg jest znacznie powyżej 97 percentyla, podobnie jego dziesięcioletnia siostra ważąca 78 kg. Pozostałe dzieci miały nie gorsze osiągi. Trzy lata temu w życie tej rodziny, mającej w sumie siedmioro dzieci (wszystkie powyżej 97 percentyla) wkroczyli pracownicy socjalni. Powodem była skarga wniesiona przez jednego z młodszych synów, że ojciec uderzył go w czoło. Późniejsze dochodzenie wykazało, że skarga była naciągana, bo chłopiec uderzył się sam o grzejnik. Po zbadaniu sytuacji rodzinnej pracownicy socjalni postawili ultimatum (bo inaczej tego nazwać chyba nie można), że jeśli dzieci nie wrócą do prawidłowej wagi, czwórka najmłodszych zostanie im odebrana i przekazana do adopcji. W raporcie czytamy: "poza jednym, wszystkie dzieci cierpią na nadwagę. Pouczono rodziców w sprawach diety, ale bez skutku, umówione spotkania z dietetykami zostały zignorowane."
Rodziców zobowiązano do posłania dzieci na lekcje tańca i piłki nożnej. Rodzina została umieszczona w dwupokojowy mieszkaniu, w którym mogli pomieścić się tylko z trojgiem dzieci naraz, pozostałe przebywały w rodzinach zastępczych. Warunki podobne były do tych z Big Brother'a - stały nadzór i obecność pracownika notującego zachowania rodziców i dzieci. Kiedy siadano do posiłku pracownik ten notował ile i czego jedli. Punktualnie o 23:00 wszyscy mieli być w łóżkach. Mimo, że to waga dzieci była kluczowym problemem, w raporcie znalazło się wiele innych przykładów złego postępowania rodziców. Dla naprzykładu - trzyletni brzdąc "raczkował bez nadzoru" i "próbował brać do ust różne niebezpieczne przedmioty". Fakt, że mieszkanie było jednopoziomowe, a wszystkie dzieci biorą różne rzeczy do ust był bez znaczenia. Ojciec nie wytrzymał tego stałego nadzoru i przeprowadził się do innego mieszkania. Kiedy matka z dziećmi szła go odwiedzić "złamała zasadę poddania obserwacji" ile i czego jedzą. Także kiedy młodsza z córek zasnęła w mieszkaniu ojca i pozostała tam całą noc, okazało się, że złamała "zasadę bycia w swoim łóżku o 23:00". To wystarczyło do uznania, że okres obserwacji nie przyniósł poprawy i czwórka młodszych dzieci została przekazana do rodzin zastępczych.

Ja wiem, że nadwaga jest groźna. Statystyki mówią, że za 20 lat ponad 26 milionów dorosłych Brytyjczyków będzie otyłych stwarzając poważne problemy zdrowotne. Otyli spędzają 50% więcej czasu w szpitalach, krócej pracują, krócej żyją, cierpią na poważne, przewlekłe choroby, których leczenie jest bardzo kosztowne. Rozumiem też, że jeśli rodzice biją dziecko lub je głodzą to sytuacja jest jasna. Jasnem jest też, że przekarmiania dzieci nie można traktować jako "przypadkowego". Trzeba zarobić pieniądze, kupić i ugotować jedzenie i podać dziecku.

Czy zatem można przyjąć, że rodzice tych dzieci, działając wspólnie i w porozumieniu, z premedytacją szkodzili swoim dzieciom? Czy interwencja służb socjalnych i tak wielka ingerencja w życie tej rodziny (czemu nie innych?) była uzasadniona dobrem dzieci?

Gdzie jest granica, o którą pytałem na początku. Ktoś wie?

wtorek, 13 września 2011

Szaman Galicyjski i sprawa pewnej Zielonej Pani

Z dostępem do internetu beznadziejnie. Strony ładują się po parę minut, przeczytanie blogów zajmuje cały wieczór, napisanie jednego komentarza trwało (wraz z umieszczeniem go na stronie) 23 minuty!!
Ale nie poddaję się, walczę dalej.

Tej Zielonej Pani, której napisałem komentarz przesyłam poniższy kawałek. Bo fajny. I optymistyczny.
I lubię tę, co go śpiewa. No.



Poproszono mnie o tekst, a żem dobry z natury, proszę:

Nothing's impossible I have found
Przekonałam się, że nie ma rzeczy niemożliwych
For when my chin is on the ground
I kiedy zaryję dziobem w glebę
I pick myself up, dust myself off, start all over again
Zbieram się, otrzepuję z kurzu i zaczynam od nowa

Don't lose your confidence if you slip
Nie trać wiary jeśli się przejedziesz
Be grateful for a pleasant trip
Bądź wdzięczny za miłą przejażdżkę
And pick yourself up, dust yourself off and start all over again
Pozbieraj się, otrzep kurz i zacznij wszystko od nowa

Work like a soul inspired till the battle of the day is won
Pracuj jak natchniony*) póki nie wygrasz
You may be sick and tired but you'll be a man my son
Może ci się chcieć rzygać ze zmęczenia, ale będziesz, synu, kimś**) 
Don't you remember the famous men who had to fall to rise again?
Czy nie pamiętasz tych wielkich ludzi, którzy musieli upaść, by podnieść się znów?
They picked themselves up, dust themselves off and started all over again
Pozbierali się, otrzepali kurz i zaczęli wszystko od nowa.

________________________
*) wolałbym "natchniona", ale linijkę potem jest "synu" - musiałem zrezygnować.
**) ale będziesz, synu, gość! - zabrzmiało mi dobrze, ale seksistowsko. Za długo w Ukeju?

czwartek, 25 sierpnia 2011

Szaman Galicyjski i sprawa pierwszej-lepszej

Do mojej przeprowadzki pewnie jescze będę wracał, bo jest o czym pisać. Zmiana szałasu na wigwam nie jest prosta, nawet w Ukeju. Niby raz-dwa, ale jednak nic właśnie...

Ostatnio uczyłem się gdzie co jest w moim nowym wigwamie i oczywiście, kiedy dumny, że w ogóle znalazłem koszulę, dowiedziałem się od Najmilszej "znowu wziąłeś pierwszą lepszą" przypomniałem sobie jak bardzo niesprawiedliwie traktuje się w języku polskim to określenie. Pierwsza-lepsza to znaczy byle jaka, pierwsza z brzegu, jakakolwiek. "Kryśka wzięła sobie za męża pierwszego-lepszego" czyli byle kogo.

Otóż, proszę was, nie. Żeby udowodnić, że pierwsza-lepsza to właśnie ta najlepsza, muszę posłużyć się matematyką. Bo dowodzić najlepiej w tej dziedzinie.

Zróbmy następujące założenia: jedziemy autostradą i napotykamy na znak "Zmęczenie zabija! Zrób przerwę."*) Oki-doki, robimy przerwę. Mamy przed sobą pewien odcinek trasy, na którym znajdują się trzy knajpy. W jednej z nich planujemy stanąć. Knajpy są różnego sortu, ale nie wiemy, w jakiej kolejności są przed nami. Najlepszą oznaczmy literą A, średnią B, a najgorszą C. Jedziemy autostradą, zatem jeśli miniemy którąś z knajp, nie możemy do niej wrócić. Jak zatem dokonać wyboru? Oczywiście, metodą "pierwszej-lepszej"!
Na czym polega metoda "pierwszej-lepszej"? Otóż oceniamy pierwszą napotkaną knajpę i stajemy w pierwszej, która jest od niej lepsza. Jeśli nie ma lepszej musimy, chcąc nie chcąc, zatrzymać się w ostatniej. Proste?

A oto dowód:
mamy sześć możliwości "ułożeń" knajp na naszej autostradzie:

A B C -> wybierzemy C, pierwszą jest A, mijamy ją, B jest gorsza, musimy stanąć w ostatniej C
A C B -> C jest gorsza od A, mijamy ją, stajemy w B
B A C -> stajemy w A, bo jest lepsza od B
B C A -> stajemy w A, bo C jest gorsze od B i je miniemy
C A B -> stajemy w A, bo pierwsza lepsza od C
C B A -> stajemy w B, bo pierwsza lepsza od C

Policzcie - z sześciu możliwości 3 razy wypadło nam stanąć w A, dwa razy w B i tylko jeden raz w C.

Pierwsza-lepsza rules!

______________________________________
Tiredness kills. Take a rest. znaki na brytyjskich autostradach, zachęcające do przerwy w podróży i odpoczynku.

wtorek, 23 sierpnia 2011

Szaman Galicyjski i sprawa dwóch spraw i matki chrzestnej

Sprawa pierwsza: mam internet! Od samego rana. Nim jeszcze wyszedłem do pracy - sprawdziłem - jest. O tym, jak trudno było o niego i że jeszcze sprawa nie zakończona będzie kiedy indziej.

Teraz zaś - sprawa druga, sprawa matki chrzestnej. Tutaj Cre(w)master opisał swój dyżur na eSce. Jak zawsze pisze świetnie i czyta się go przednio, a skromna przy tem bestja jak mało która. Tak trzymać! Co po komentarzach widać. Jeśli chcecie w całości zrozumiec mój wpis, przeczytajcie jego notkę, moja jest rodzajem komentarza.

Przypomniało mi się pewne zdarzenie z mojej pracy w pogotowiu, jak najbardziej ratunkowym. Tylko wnioski jakby takie inne...

Przez prawie 15 lat (zacząłem jeszcze jako student) pracowałem w pogotowiu. Potem zrobiłem sobie przerwę, bogdaj że pięcioletnią i powróciłem na łono karetkowe już za czasów Kasy Chorej, która postawiła wymagania przed załogami karetek R i trzeba było szukać anestezjologów, żeby miał kto jeździć. Na jednym z pierwszych dyżurów miałem przyjemność pracować z całkowitą dla mnie nowością - ratownikiem medycznym. Kierowca, pielęgniarka - wiadomo. Ale ten, to niby kto? I co umie? Młody jakiś. Przed wojskiem się chroni? Zobaczymy.

Wezwanie było do utraty nieprzytomności. Niedziela, jakoś tak po sumie. Niedaleko, ot, jedną dolinkę przejechać, potem nad krajową "czwórką" mosteczkiem, i na następnym wierszku po prawo, dróżka sama poprowadzi. W połowie dróżki skończył się asfalt, ale kierowca jakoś poradził i ostatnie dwa kilometry przepełzliśmy polną drogą bez szwanku. Kierowca stanął ze dwieście metrów od zagrody, bo tam było już bardzo stromo i mógłby nie wyjechać. Dom stał w połowie stoku, w szczerym polu, jedno tylko drzewo rosło pomiędzy nim a zabudowaniami gospodarskimi, pewnie, żeby łatwiej było piorunom trafić. Ale widoki były piękne. Pogórze b. może nie zalicza się do parków krajobrazowych, ale panorama łagodnych wzgórz i płynącej w dole rzeki miały w sobie nieodparty urok. Tylko ciemne chmury napływające w niezłym tempie z  zachodu jakoś nie napawały optymizmem. Ratownik w szpanerskim pomarańczo-czerwonym odblasku porwał ze trzy walizy, ja wziąłem od pielęgniarki tlen, co będzie dziewczyna dźwigać, kierowca zaczął nawracać, a my ruszyliśmy ku domowi.
W domu - niespodzianka. Nieprzytomny okazał się nieco przytomnym starszym panem, z rozpoznaną wieńcówką,  leczoną domowym sposobem, czyli leki od dochtora raz w tygodniu, bo drogie, za to na codzień rozszerzenie naczyń uzyskiwano prostymi związkami domowego pędzenia, ale dziś nie zażywał, bo niedziela.
Bez wdawania się w szczegóły - pacjent po utracie świadomości, kontakt słaby, skóra blada, pokryta zimnym, lepkim potem, kończyny zimne, tętno na tętnicach obwodowych przyspieszone powyżej 110 na minutę, słabo wypełnione, wargi lekko sinawe, oddech przyspieszony do 32 na minutę, słyszalne bulgotanie. Zanim skończyliśmy czynności podstawowe (tlen - ratownik, ekg - pielęgniarka, wkłucie - ja) stały się dwie rzeczy. Po pierwsze - za oknem lunęło jak z cebra, przed oknem - pacjent się zatrzymał.
Akcja resuscytacyjna odbyła się pokazowo. Zgrany zespół eRki (oni), działali jak kółka w zegarku. Wiedzieli co robić, moje komendy tylko precyzowały jak i kiedy lub ile i czego. Wszystko według aktualnie obowiązujących reguł. Ratownik spisywał się pierwszoklaśnie. Po paru minutach naszych działań pacjent zaskakiwał na moment, ale pozostawiony bez masażu zwalniał i zatrzymywał się znowu. Po którymś takim "zaskoczeniu" pojawiła się u mnie myśl - zabrać go do szpitala, natychmiast. To mniej niż piętnaście kilometrów, przeskoczymy w parę minut. I kiedy próbowałem wyrazić tę myśl słowami, ów młody ratownik medyczny spojrzał na mnie i powiedział "doktorze, spróbujmy tutaj, tu jest wygodniej".

W pierwszej chwili mnie trochę, przyznaję, rzuciło. Po pierwsze - ja tu jestem doktorem, nie? Po drugie - jak się kogoś wyjmie ze szpitalnego oddziału intensywnej terapii, gdzie jest wszystko, co może być dostępne, i wsadzi go do eRki, to czuje się on nieco nagi i bezbronny, bo tego nie ma, tamtego niema, noż, jezusku tłuściutki! A po trzecie - co mi tu, młody, będziesz gadał? Ja twoją matkę mogłem do cięcia cesarskiego znieczulać, jak cię rodziła. Zresztą w pierwszej chwili pomyślałem, że chodzi mu o deszcz i latanie po błocie po nosze do karetki, a potem z pacjentem nazad. Niestety, jedną z moich licznych wad jest to, że nie wierzę w moją bezgraniczną wiedzę i nieomylność*). Zrezygnowałem z mojej koncepcji. Walczyliśmy zatem o życie pacjenta na podłodze jego białej izby przez następne półtorej godziny, eRka okazało się ma w swoich trzewiach wiele fajnych zabawek, w tym na prąd, na przykład stymulator przezprzełykowy, do których można pacjenta podłączyć i patrzeć co sie stanie. Tu stanęło na tym, że jako tako się ustabilizował i zawieźliśmy go do szpitala w drobnym kapuśniaczku, w który zamieniła się ulewa. A jechaliśmy powoli, jak dyskoteka za konduktem, żeby się nam tylko pacjent nie popsuł. Raz tylko zamigotał, jak nas rzuciło na przejeździe kolejowym, ale zjechaliśmy na stację benzynową, popracowali trochę i kiedy wrócił do siebie (krążeniowo) pojechaliśmy dalej. Na Izbie Przyjęć nadal był nieprzytomny, ale próbował w sposób celowy, choć na szczęście nieskuteczny, usunąć sobie sprzęt medyczny pozakładany mu w prawie wszystkie otwory naturalne (taki anestezjologiczny szyk - w każdą dziurkę wetknąć rurkę) oraz parę otworów zrobionych przez nas.

Miałem przez te kilkanaście minut czas, żeby przemyśleć co zrobiliśmy. I z szacunkiem pomyśleć o młodym ratowniku. Jeżeli nie mogłem ustabilizować pacjenta w domu, w warunkach optymalnych - jasno, ciepło, sucho, rozłożony sprzęt i leki, dużo miejsca, dostęp do prądu - to co osiągnąłbym w pędzącej karetce, rzucany od ściany do ściany, kiedy każda czynność zabiera dwa razy więcej czasu, a dokładność jest tylko przybliżeniem? Czy piętnaście-dwadzieścia minut resuscytacji wykonywanej w formie czynności pozorowanych, bo o większą skuteczność raczej trudno, nie spowodowałoby, że dowiózłbym warzywo?
Albo znacznie zmniejszył szanse na późniejsze wyleczenie?

Pośpiech jest wskazany tylko przy sprzedaży pszczół luzem.

Zawsze po akcji, zwłaszcza takiej, dziękowałem zespołowi. Tym razem oczywiście też, ale szczególnie ratownikowi. I od tej pory wiem już, kto to są ci czerwoni.


__________________________________________
*) mimo, że jestem najlepszym anestezjologiem, pozwalam sobie czasem na jakiś mały błąd, żeby ludzi nie kłóć po oczach

piątek, 15 lipca 2011

Szaman Galicyjski i sprawa wrócenia

Wróciłem. Było cudownie. Rodzinne wyjazdy wakacyjne, zwłaszcza kiedy nie widujemy się często z Tygryskami i Adiunktami, to jest to. Jak Prawdziwy Polak powinienem ponarzekać, że było mało czasu na pogadanie, że można by więcej i dalej w tym nastroju, ale chyba przesiąkam ukejskimi klimatami i powiem it was not too bad.

W pracy niespodzianka. Zastępująca mnie pani doktor - trzymajcie się dobrze - zobaczyła wszystkie historie chorób pacjentów do operacji! I poczyniła uwagi co do przedoperacyjnego postępowania. Jak to zobaczyłem o małom co nie zadzwonił z podziękowaniem. Ale usiadłem, poczekałem i mnię przeszło. Bo w zasadzie takie postępowanie to norma. Choć miła norma, nie powiem.

Mój przedwakacyjny konkurs okazał się troszkę za trudny. Zatem dodatkowe informacje:

1. Autorem książki jest E. Hemingway, a treść ma związek i ze mną i z moimi wakacjami, a zdjęcie jest formą rebusa (przypomnę, że rozwiązanie ma sens tylko w jezyku angielskim);

2. piosenkarką jest Anna Maria Jopek. Teraz tylko tytuł płyty.

Jak się odrobię napiszę więcej.

A w ogóle to mam na głowie przeprowadzkę i związane z tym przenoszenie telefonu, netu, adresów itepe, więc jakbym nie pisał, to nie znaczy, że zaginąłem w czasie i przestrzeni, tylko, że nie mam łącza. Choć biernie będę, bo czytam w pracy.

Do następnego.

poniedziałek, 27 czerwca 2011

Szaman Galicyjski i sprawa wakacji

Ogłaszam, że wyjeżdżamy. Do naszej ulubionej Toskanii. Tam, gdzie będziemy, sieci nie ma. I dobrze. Za to jest wino, dobre jedzenie i to, co lubimy najbardziej - leniwe, toskańskie życie.

Przed wyjazdem zostawiam dwie zagadki. Jedna, literacka, dla znających język angielski:


Proszę podać nazwisko autora i tytuł (angielski) utworu, który zakodowany jest na tym zdjęciu.

I dla tych, którzy wolą język polski zagadka muzyczna. Proszę podać nazwisko wykonawczyni (polskiej) oraz tytuł jej bardzo osobistej płyty, który to tytuł jest rozwiązaniem zagadki:

Nie pierwsze, bo drugie.

Odpowiedzi przeczytam dopiero w połowie lipca, więc czasu jest sporo.
Nagrodą za obie zagadki będzie butelka Chianti Classico.
Miłych wakacji!

sobota, 25 czerwca 2011

Szaman Galicyjski i sprawa działań ubocznych leków

Dziś od rana pada. Dawno już zapomnieliśmy o słonecznym Amsterdamie, czas do pracy.
Max-fac surgeon czyli chirurg szczękowy ma dziś 11 przypadków na liście porannej. Od razu widać, że ktoś tu postradał zmysły. Zwłaszcza, że popołudniu na salę ostrzy sobie kły Okultysta.

Rachunek jest prosty jak futerał na cepy. Potrzebuję 10 minut przed działaniem max-faca na rozmowę z pacjentem, założenie wkłucia i wysłanie go do Krainy Wiecz... Chwilowego Snu, a kiedy on, max-fac, skończy, jakieś 5 minut zabiera mi przywołanie go, pacjenta, z powrotem i wywiezienie do wybudzalni. Czyli razem kwadrans. Pomnożone przez 11 osób daje bez mała trzy godziny. A cała sesja ma się zamknąć w trzech i pół. Znaczy się, że on ma 45 minut. Znaczy się 4 minuty na pacjenta. Trochę zrobić w tym czasie można, ale jak w planie jest deszrotyzacja kompletna, czyli pousuwanie fafnastu zębów lub ich resztek plan wydaje się być ciut zbyt napięty.

Kogucik, czyli rzeczony max-fac rozpoczął zatem działalność od... zrzucenia pacjenta z zabiegu. Co prawda jednego, ale dobre i to. No, a potem poszliśmy jak przecinak w palec.

- Nazywasz się? Masz pytanie o anestezję? Jeden ząbek tylko? Szósteczka? To może jakiś lokal starczy? Nie? Twój dentysta powiedział, że masz długie korzenie i ciasno ułożone ząbki w łuku i tylko w ogólnym da się je wyrwać? OK, jedziemy na salę.

Powiedziałem Kogutkowi com się dowiedział, kiwnął głową ze zrozumieniem i wziął się do roboty, jak tylko pacjentka pogrążyła się w Otchłani.

Czemu on jest Kogutek? Bo niski jest, co akurat w Kornwalii jest wyrazem przystosowania do środowiska, bo ostatni dowiaduje się, że deszcz pada. Jest poza tym miły i szybki, mówi głośno co robi krok po kroku, a światło mu ustawiam bez szemrania, bo widok podskakującego do lampy max-faca może i jest zabawny, ale przecież tak nie uchodzi.

Ząbek wyrwał zręcznie, upchał gazik, żeby nie krwawiło i puściwszy do mnie oko zapodał:

- Wyłącz gazy, a ja jej żuchwę podtrzymam.

Co jest?, myślę i pytająco nań patrzę. Krwawienia jakoś nie widzę, drożność dróg oddechowych moją sprawą jest, co się tak nagle ku przodowi wyrywa i chce pomagać?

- No, żeby jej zęby same nie wypadły pod wpływem twojej anestezji. Bo jak to można było tylko w ogólnym, to pewnikiem pod wpływem twoich czarów zęby się kurczą, korzenie skracają, a jak się taki luz pomiędzy nimi zrobi to i powypadać mogą.

No i patrzcie. Ukejski Kogucik, a na żartach się zna.

I to by było na tyle.

czwartek, 23 czerwca 2011

Szaman Galicyjski i sprawa następnego dokształtu

Znowu przerwa w pisaniu. Wynikła ona z krótkiego wypadu do Amsterdamu, o czym pisał już Abi. I to mi się w tym kapitaliźmie podoba. Są reguły, procedury i uczyć się trza. I pracodawca ma taki sam obowiązek jak pracownik, co przekłada się na to, że płaci za szkolenia. W granicach rozsądku, oczywiście. A Kongres ESA w tych granicach się mieści.

O kongresie pisał nie będę. Ci, którzy byli - wiedzą. Ci, którzy nie byli - widać nie chcieli wiedzieć. Ci, którzy nie są anestezjologami - nie są zainteresowani.

Natomiast sam Amsterdam... to jest to. Trafiliśmy na piękną pogodę. Poza pierwszym dniem, kiedy przed południem padało dość rzęsiście (co na mieszkańcach Kornwalii nie robi dużego wrażenia, a raczej wywołuje zadane z politowaniem pytanie "i to już wszystko, co macie?") cały pobyt skąpany był w słońcu. Czy to ta pogoda, czy to, że akurat przez pół kongresu był weekend, czy sama atmosfera miasta sprawiły, że czuliśmy się jak na wakacjach. Spacerując ulicami wśród uśmiechniętych ludzi, bawiących się beztrosko na placach i w lokalach czułem atmosferę, bo ja wiem, Sopotu sprzed trzydziestu paru lat, kiedy to bywałem tam corocznym gościem. Nie ma pośpiechu, zabiegania, zaciętych twarzy. Jest piwo, wino, muzyka i luz. Wszechobecny luz. I rowery. Wszędzie.

Parę zdjątek ze spacerów.


To akurat mało zakątkowo wygląda, ale pięknie o zachodzie słońca wyglądało.



Żeby mieć temat z głowy - Red Light District. Zdjęć panienkom robić nie wolno, więc tylko jeden z domów nie-prywatnych w ujęciu ogólnym.


A tu przykład jak stare może współistnieć z nowym, co jednakowoż za bardzo mi do gustu nie przypadło.


Kanałów jest tu dużo. Najmilsza odnalazła w Amsterdamie mieszankę atmosfery Wenecji pomieszanej z Londynem. Z Wenecji kanały, choć charakter nieco inny, a z Londynu międzynarodowość, koloryt i język angielski. Tu każdy lub prawie każdy mówi po angielsku. Kiedy przyjechaliśmy na dworzec kolejowy i szukaliśmy miejsca, gdzie można kupić bilety tramwajowe, zagadnęliśmy ciecia, który znudzony siedział i powoli patrzał wokoło. Już się przygotowywałem do mimicznego przedstawienia problemu, a tu cieć spokojnie, zrozumiale i po "naszemu" udzielił nam potrzebnych wskazówek. Podobnie było w kiosku, restauracjach i sklepach. Z tym, że w restauracjach z argentyńskimi stekami (Abi, wiadomo) obsługa była polska. Taki lokalny zwyczaj, chyba.


Taki fajny domek. Znalazł się tu tylko dlatego, że mi się bardzo spodobał. Ma coś z Wenecji, czyż nie?


Mają ruchome mosty. Nie zwodzę, naprawdę.



Barki na kanałach. Ciekawe, jak się w nich mieszka. Ogródeczki jak w Kornwalii, na dwie doniczki, góra trzy.

Wspominałem już, że tu dużo kanałów jest? No, to wspominam.


Może pokuszę się o jedną uwagę kongresową, tak na marginesie. Były na kongresie stanowiska narodowe. Towarzystwa anestezjologiczne z poszczególnych krajów prezentowały się i swoje kraje. Cud, miód, ultramaryna. Poszliśmy oczywiście zobaczyć, z patriotycznego obowiązku, stanowisko PTAiIT.

W pierwszym dniu:


służyło tylko jako miejsce odstawiania pustych naczyń.

W dwa dni później:


pojawiły się na stoliku cukierki. Znak, że ktoś jednak był. Ja dałem za wygraną, ale Abi poszedł jeszcze raz. Były trzy panie. Jedna starsza i dwie młode. Starsza wyjaśniła po angielsku, że ona ma paru przyjaciół Polaków, ale z PTAiIT nic wspólnego nie ma, jedna z młodych zaś po polsku poinformowała Abiego, że "mama gdzieś poszła, ale pewnie wróci". Rewelacja.

Obok było stanowisko Rumunii. A stanowisko Rumunii wyglądało tak.


a ten gościu po lewej częstował niezłym winem. Białym i czerwonym.

I to by było na tyle o Amsterdamie.

czwartek, 9 czerwca 2011

Szaman Galicyjski i sprawa spokojnego kolorektala

Przychodzę dziś do pracy na luzie, bo nic na liście poważnego nie mam. Taki papierzasty dzień. A kupka papierów nie za duża, bo zawsze staram się drobnymi kroczkami, ale stale...

U swojego biurka siedzi Kolorektal. Na moje wesołe top of the morning ledwo coś burknął i wielką kupę żółtych papierów przewala. Chciałem zagaić, jak zwykle pogodnie, co słychać, ale w pół zdania spojrzał na mnie jak na wyskrobany płód*), więc zamilkłem, przysiadłem cichutko u siebie i wziąłem się za swoją robotę.

Bogdaj nazywa się do przeprowadzanie dowodu z dokumentów czyli kwalifikacja pacjentów do zabiegu na podstawie przesłanych nam papierów. Jezusku tłuściutki, jakie farmazony ludzie wypisują! - Choruje na coś?
- Patrz leki.
- Co w lekach? Jeden preparat zarejestrowany dla sześciu różnych chorób. I bądź tu mądry.
Trzy leki przeciwpadaczkowe, a w rubryce "padaczka" ptaszek, że nie ma. No, nie ma, bo leki bierze. Po to je dostała, żeby padaczki nie mieć, to jak bierze, to nie ma.

Ale nie o tym miało być, tylko o Kolorektalu.

Siedzi zatem za moimi plecami, papierami przerzuca nerwowo, coś tam do siebie mruczy. Rzuciłem okiem, czy aby piany nie toczy, ale nie. Luzik. Napisał jakiegoś emila, wysłał i dalej burczy. Się nie odzywam, bo jeszcze mnie się dostanie. Nagle drzwi się otwierają i wchodzi nie kto inny jak nasza Barbie umiłowana, mateńka nasza administracyjna. Kolorektal nagle uśmiechnął się od ucha do ucha, prosił siedzieć, o kawusię abo i herbatkę czy przynieść zapytał. I zaczął Ba(r)bie tłumaczyć, jak chłopu na  miedzy, posiłkując się przerzucanym uprzednio w nerwach papierami w czym rzecz.

A rzecz się ma cała tak, że on ludności tutejszej i napływowej rury Hi-Tech do zadków wraża, na ekran telewizora się podziwa i potem co zobaczy to opisuje, a jak mu się coś nie spodoba, to nożem elektrycznym tak zgrabnie wycina, że co brzydkie wytnie, a dziury w kiszce nie zrobi. Potem co wyciął do inkszych doktorów uczonych wysyła, żeby mu powiedzieli, co wyciął. I pacjenta zaprasza znowu, żeby mu powiedzieć, co dalej ma z tą kiszką czynić. Czasem pacjent musi co roku się stawić, coby mu w kiszkę zajrzeć. Ot, taka dola Kolorektali.

Barbie słucha, głową kiwa, jakby rozumiała, o czym mowa. I tu łagodnym łukiem Kolorektal przeszedł do drażliwego punktu pogawędki. Otóż przychodzą - mówi - pacjenty, a ja nie mam ani moich notatek, com je przy badaniu poczynił, ani wyniku, co to go uczone doktory przysłały. Bo Administracja, pod dowództwem Barbie, nie przygotowuje tego, co mu trza. I Zonk. Pacjent przyjeżdża, a on mu nic powiedzieć nie może, ponad to, żeby przyjechał jeszcze raz, w terminie późniejszym.

Barbie zapłonęła świętym**) oburzeniem. To nie jest wina administracji! Kolorektal daje za krótkie terminy, tylko sześć tygodni, one się nie wyrabiają!

Kolorektal spokojnie wyjaśnił, że listy przyjęć pacjentów przygotowuje administracja, a nie on, więc nie do niego ta mowa.

Barbie pomyślała nad tym chwilkę i mówi: "to powiedz mi, kto takie felerne listy przygotowuje?"

Listy są pisane w programie komputerowym do obsługi Centrum i ani charakteru pisma ani podpisu określić się nie da - Kolorektal tłumaczył cierpliwie - zatem to Barbie, jako kierowniczka tych hmm... kobiet powinna wiedzieć.

Ja - dumnie wyprostowała się i uniosła głowę Barbie - mam własny pokój i nie widzę co robią inni.

Barbie, ja potrzebuję wyniku hist-pat***) i moich notatek, które są w historii choroby, inaczej wizyta pacjenta nie ma sensu.

Przecież jak pacjent przyjdzie, to możesz zadzwonić do nas i my te notatki i wyniki znajdziemy.

Tak zrobiłem! Pielęgniarka zadzwoniła do was, jedna taka odebrała i powiedziała, że nie ma i nie wie skąd się to bierze. Pielęgniarka zasugerowała, że może z pracowni hist-pat, gdzie się te badania robi. Z tym, że jedna taka nie wiedziała, która to pracowania. To może ja zadzwonię, bo wiem? - niebacznie podrzuciła myśl pielęgniarka. Oj, tak, zadzwoń - radośnie odrzekła jedna taka i odłożyła słuchawkę. Kolorektal i pacjent siedząc w sali endoskopowej czekali pół godziny, ale wynik pielęgniarka wydzwoniła. Czas był tak krótki, bo faksy są tu dość popularne.

No widzisz! Radość Barbie nie miała granic. Ja ci załatwię, żebyś zawsze mógł się do tej pracowni dodzwonić.

Ale chodzi o to, żebym ja te wyniki miał gotowe, a nie żebym dzwonił i tracił czas przeznaczony na badanie. Zatem potrzebuję wyniku hist-pat i moich notatek, które są w historii choroby wcześniej, inaczej wizyta pacjenta nie ma sensu.

To może zadzwonisz dzień wcześniej? Barbie miała proste rozwiązania.

Ale to jest wasze zadanie, Barbie. Ja robię coś innego. I powtarzam potrzebuję wyniku hist-pat i moich notatek, które są w historii choroby, inaczej wizyta pacjenta nie ma sensu.

Wiesz, Kolorektal, ja mam dziesięć osób pod sobą, ja nie wiem, kto miałby to robić.

Potrzebuję wyniku hist-pat i moich notatek, które są w historii choroby, inaczej wizyta pacjenta nie ma sensu.

A gdybyś tak ty....

Potrzebuję wyniku hist-pat i moich notatek, które są w historii choroby, inaczej wizyta pacjenta nie ma sensu.

To ja się zastanowię...

Tylko pamiętaj, ja potrzebuję wyniku hist-pat i moich notatek, które są w historii choroby, inaczej wizyta pacjenta nie ma sensu.

Barbie wyszła. Kolorektal spojrzał na mnie, pokiwał smutnie głową i napisał do Generalnego, że prosi o zwołanie zebrania w sprawie administracji. Poczym stwierdził, że emocji na dzisiaj ma dość i poszedł do domu.

Ani razu nie przeklął. Profesjonalizm i cierpliwość splecione nierozerwalnym węzłem. I anielski spokój. No, takiego mam Kolorektala.

_________________________________
*) mogłoby być, że jak na kupę, ale że on kolorektal, to dlań owa jako ten chleb powszedni, czyli grozy sytuacji bym nie oddał
**) w płomieniu świętego oburzenia, na granicy widoczne jest błękitne halo, w zwykłym oburzeniu płomień jest tylko czerwony.
***) histopatologia, mikroskopowe badanie wycinków

niedziela, 5 czerwca 2011

Szaman Galicyjski i sprawa dokształtu

Pojechaliśmy na dwudniowy dokształt korporacyjny do Bournemouth. Takie dość duże (ok. 160 tys. mieszkańców) miasto w Dorset. I, jak na Ukej, stosunkowo młode. Okolice ujścia rzeki Bourne były niezamieszkane, pojawiali się tu tylko poszykiwacze torfu, rybacy i przemytnicy. Dopiero w 1809 roku powstał tu pierwszy pub, The Tapps Arms, a pierwszymi osadnikami - poza karczmarzem - było małżeństwo Tregonwell. On był emerytowanym oficerem, a postanowił zająć się czymś, co dziś nazwalibyśmy "organizacją wypoczynku". Kupił ziemię i wybudował wakacyjne wille. Na spółkę z oberżystą zasadzili setki pinii, tworząc osłoniętą przed wiatrem aleję wiodącą na plażę. Nazywa się ona Aleją Inwalidów, bo w okolicy zaczęli osiedlać się inni emerytowani wojskowi, często właśnie inwalidzi.

Miasto rozwijało się spokojnie przez następne dwieście lat i mamy to co mamy. To znaczy nie wiemy, co mamy, bo w około powstały także inne osady i wraz z nimi niejakie nieporozumienia. I tak Uniwersytet w Bournemouth, jest de facto w Poole, lotnisko Bournemouth jest w Hurl, w obwodzie Christchurch, orkiestra symfoniczna z Bournemouth jest w Poole, ale za to Zatoka Poole nazywana jest przez wszystkich Zatoką Bournemouth. I jest fajnie.

Nad morzem jest jedna z najdłuższych piaszczystych plaż w Ukeju, licząca 7 mil (11 km). Na przeciwko wcina się w morze*) półwysep, na końcu którego leży miasteczko Swanage. Od niego na zachód ciągnie się przez 95 mil (154 km) Wybrzeże Jurajskie (Jurassic Coast).  W skałach klifów można znaleźć skamieliny z triasu, jury i kredy (250 - 65 mln lat temu).

Hotel, jedzenie i szkolenie bardzo dobre, to trzeba im przyznać. Pogoda raczej zachęcająca do spacerów nad morzem niz do siedzenia na wykładach, ale trudno, jak mus to mus.

Wracając miałem okazję rzucić okiem na Stonehenge, koło Salisbury w hrabstwie Wiltshire. Podobno najlepiej widać je własnie z drogi, bo podejść blisko i tak nie można.

Parę fotek z wyprawy:

Plaża i molo, na którym jest teatr i restauracja. Restauracja oczywiście "kryta", tak, że można w niej siedzieć także w czasie normalnej, angielskiej pogody.


Jest lato. Dowód na przytoczoną tezę: świeci słońce, są fale, ludzie kąpią się w morzu. A to było po 18:00.


Mieliśmy okazję trafić na hen night, czyli wieczór panieński. Organizuje to panna młoda z druchnami, zazwyczaj na wesoło - tu, jeśli powiększycie zdjęcie, można przeczytać na podkoszulkach, wykonanych specjalnie na tę okazję: "matka pana młodego", "druhna", "matka panny młodej" lub po prostu imię.

Jest morze, jest molo, jest plaża, musi być karuzel. No i jest. Im bardziej błyszczący, świecący i głośny tym lepszy.


Park w środku miasta, miejsce, od którego wszystko się zaczęło. To czarne coś na środku to miejsce na Bournemouth Eye. To nie to samo, co londyńskie Oko, które jest wielkim "diabelskim młynem". Tu Oko to wypełniony helem balon, który unosi się na uwięzi ze stalowej liny na wysokość 390 stóp (120 m). Widok musi być niesamowity, ale akurat było nieczynne. Urwał się, czy jakoś tak...

Miłego tygodnia.

_____________________________
*) OK, nie w morze tylko w Kanał

wtorek, 31 maja 2011

Szaman Galicyjski i sprawa pewnej wizyty

Nie pisałem, bo jak zdradził Abnegat, wybraliśmy się do niego w odwiedziny.

Ha! Łatwo powiedzieć, 400 mil z okładem czyli prawie 650 km w jedną stronę. I co? I poszło jak po sznurku. Po raz kolejny czuję potrzebę pochwalenia ukejskich autostrad czy tez koncepcji posiadania autostrad w ogóle. Bez przekraczania przepisów, z dwoma postojami na kawę i siusiu, mimo nie najlepszych warunków atmosferycznych, jechaliśmy siedem godzin w każdą stronę.

Na marginesie - to Abi z AS Ptysiem mieli tym razem nas odwiedzić, ale zmieniliśmy plany. I w sumie dobrze, bo jadąc do nich widzieliśmy dwa śliczne koreczki, jeden na poziomie Bristolu, a drugi pod Birmingham, takie po jakieś parę mil długości, a wracając jeden, ale za to duży, może 6-7 milowy, w Somerset, z tym, że za każdym razem były na "tej drugiej nitce", czyli akurat oni by w nich utknęli.
Biorąc pod uwagę, ze 650 km to tak jak z Krakowa do Władysławowa, to jednak nie sadzę, ze dałbym radę tę trasę przejechać w siedem godzin, bez łamania przepisów i narażania życia i zdrowia. O wygodzie jazdy nie wspominając.

O domu Abi pisał, więc tylko skomplementuję go (znaczy - dom), że brytyjski, ale urządzony (w tej części, w której urządzony) ślicznie i po polsku. A budowlano-montażowe talenta Abiego nas zaskoczyły. Przecie nie chirurg. Naprawdę, pozazdrościć. I kopnąć w sempiternę tych, którzy mówią stale, że jak Polak w Ukeju to stoi na zmywaku i mieszka po sześciu w basemencie.

A teraz najważniejsze. Te dwa dni luzu i słodkiego lenistwa w tak doborowym towarzystwie to najlepszy sposób na spędzenie długiego weekendu. Serio, serio. Do tego wikt i opier.. opijunek i nie tylko.

Zaczęło się od tajskiej zupy, ale nie tej, która Abi opisywał, tej z kokosowym mleczkiem i krewetkami, ale innej, bezmleczno-kurczaczej, ostrej w stopniu wręcz doskonałym, łagodzonej kromeczką wieloziarnistego chleba. Zjadłem michę tej pychotki i tylko myśl o czekającym na swoją kolej następnym daniu powstrzymała mnie przed dokładką.

A następnym był baranek. Sto sześćdziesiąt stopni, pięć godzin i dwie szczodre garści ziołowej mieszanki zrobiły swoje. Z wierzchu leciutko przypieczony, żeby wszystkie smakowitości pozostały w środku, a wewnątrz jasny i kruchy, rozpływający się w ustach, czosnkowo-rozmarynowy - czysta poezja. Wiem, co piszę, bo sam walczę z łowieckami w kuchni bez takich efektów. W eRPe, w naszej okolicy, zdobycie świeżej i młodej baraniny było marzeniem ściętej głowy, a to co jako baraninę sprzedawano, było chyba mięsem z tryka ubitego na 30 sekund przed naturalnym zgonem ze starości*). W Ukeju jagnięciny jest sporo i tu dopiero na serio mam okazję stanąć oko w oko z solidnym udźcem. Ale daleko mi do kunsztu Abiego. Z gulaszem jakoś poradzę, ale dobrze przyrządzić pieczyste... oj, muszę jeszcze poćwiczyć. Do baranka ziemniaczki polane tym, co z baranka wypłynęło w czasie pieczenia plus owe niewielkie, acz nieodzowne, kawałeczki zeskrobane przez gospodarza z dna formy. To jest coś, po czym zapomina się, że trzeba po to jechać te 650 km.

Na deser ciasteczko, nasze ulubione, beza zawijana z kremem i orzechami w mnóstwie owoców i pod płaszczykiem bitej śmietany. I kawa. Dużo dobrej kawy.

Nie wymaga chyba specjalnego podkreślenia, że wszystko to podlane zostało przednim czerwonym winem w ilościach polskich standardowych. Podobnie jak Abi przekonuję się do win z Nowego Świata (nie tego we Warszawie, oczywiście). Te były z kraju kiwi i kraju kangurów (McLaren Valley). Nie dziwota, że pasowały, oni owców też mają pełno.

A wieczorem... Wieczorem zorganizowało nam Gospodarstwo "wieczór rzymski". Głównie dlatego, że było tylko jedno krzesło, więc trzeba było rozpostrzeć się na kocach i poduchach. Z głośniczków sączył się przyjemny jazzik, z kieliszków sączyliśmy dalsze porcje czerwonego wina, rozmowa takoż sączyła się leniwie, aż tu nagle pokazały się vety i to jakie! Nie będę szczegółowo opisywał owych słodkości i bakalijek rozkosznych, owych delicji, do których Gospodyni tak uroczo zachęcała, że ślinka ciekła i człek się oblizywał, i tylko myśl przebiegła przez objedzony mózg, że żałko, iż człowiek nie może tyle, co kiedy był młody! Dość na tem, że dopiero w drodze powrotnej Najmilsza zeznała, że Gospodarz rankiem się przyznał, że miał jeszcze jeden przysmak, alem ja go nie dostrzegł, choć pono był na pierwszym planie.

Rano zaczęliśmy od nowa. Abnegackie krewetki w nowym wydaniu, tym razem nie w pomidorach, a - jak to mówią w nowoczesnej kuchni - na posłaniu z duszonych na maśle porów. Potem taca serów i leciutki podkład z białego wina. I rozmowy, toczone wolno, bez pośpiechu, wirujące jak dym z papierosa**), błądzące to tu, to tam. Wspomnienia dobrych czasów i plany na nadchodzące dobre czasy. Powiem Wam, że to lepsze niż poranna dawka betablokerów***).

Poranek łagodnie przeszedł we wczesne popołudnie i na stole między nami pojawiła się zupa Chorizo, po której miejsce zajęła sałatka z wędzonej ryby, rukoli, ogórka i pomidorków. A potem zaatakowały stół kurczacze udka i podudzia marynowane przez dobę w miodzie z curry i cynamonem (Abi) oraz sajgonki (AS Ptyś), nie marynowane, tylko świeżutko usmażone oraz towarzysząca im sałatka z własnoręcznie przyrządzonym przez AS Ptysia dressingiem. Jogurt naturalny i czosnek. Tylko. Ale sztuką tak przyrządzone, że palce lizać. Wraz z opadaniem słońca, co akurat z domu Gospodarstwa widoczne jest akuratnie, wino ściemniało ponownie do czerwonego i gdzieniegdzie pojawiły się drinki. I rzecz jasna, jako że rzecz dzieje się w Anglii, cydr.

Rano trzeba było się zbierać do powrotu. Zatem pełne angielskie śniadanie - kiełbaski podsmażone bez tłuszczu, jaja, pomidory, fasolka w sosie, boczek kruchutki i delikatny, a do tego grzyby na masełku. I kawa. Pyszna, mocna, z moim ulubionym brązowym cukrem.

Droga powrotna bez powikłań. Lało w miejscach typowych, do północnych granic Somerset, czyli połowę drogi, potem niebo prawie-że błękitne aż do naszej Kornwalii.

Dzięki zacni Gospodarze. Teraz kolej na nas. Postawiliście poprzeczkę bardzo wysoko, trudno będzie. Ale damy radę.


_________________________________
*) fakt, ze świadectwo weterynaryjne podpisane było przez Chama, syna Noego, jest chyba tylko zbiegiem okoliczności i przypadkową zbieżnością nazwisk.
**) jakkolwiek nikt nie palił
***) leki przeciwnadciśnieniowe