środa, 24 października 2012

Szaman Galicyjski i sprawa błogosławieństw

Z Kafarnaum wspięliśmy się na nieodległą Górę Błogosławieństw. Czy to na pewno TA góra? Jak zwykle w Izraelu nic nie jest pewne. Wiadomo z Ewangelii, że Jezus "wstąpił na górę" (Mateusz) ale też, że głosił je idąc z uczniami (Łukasz). Wierzcie mi, nikt by go nie zrozumiał przy takiej wspinaczce w panującym upale.
Jest to najdłuższe kazanie w Ewangelii, choć zawiera tylko dziewięć linijek. Czasem łączy sie je z innymi i wtedy jest jeszcze dłuższe.
Na szczycie góry, spoglądając na jezioro Genezaret, stoi franciszkański kościół, wybudowany w 1938 roku.
A wygląda tak:


Trzeba przyznać, jest śliczny. I strasznie trudny do sfotografowania, bo ilość odwiedzających przekracza pojemność miejsca. W dodatku siostra przełożona pobliskiego klasztoru co chwilę przez megafony, w paru językach, upomina o ciszę.
W środku znacznie mniej mi się podobał, dlatego nie ma zdjęć.
Mam za to fotkę pola, na którym stały tłumy (?) słuchające kazania na górze. A to pole wygląda tak:


Generalnie jest z tym mały problem. Otóż wg Ewangelii Jezus wszedł na górę. I to jest bez sensu. Otóż nikt rozsądny, a rozsądku odmówić mu nie można, nie będzie mówił do ludzi stojących poniżej. Chyba, że ma współczesne nagłośnienie. Każdy starożytny mówca stawał na dole, nad brzegiem wody i mówił do słuchaczy stojących powyżej, tak, aby wiatr wiejący znad wody niósł jego słowa. Vide wszystkie amfiteatry starożytnej Grecji i Rzymu. Scena na dole, a widownia wachlarzowato KU GÓRZE. No, chyba, że słuchaczy było parunastu. Jak zatem było naprawdę?

cdn

poniedziałek, 22 października 2012

Szaman Galicyjski i sprawa pewnego jeziora (może morza?)

Zasiedzieliśmy się. Czas jechać dalej.
Droga prowadziła na wschód, na brzeg jeziora Genezaret. Tak mnię w Polszcze uczono. Słowo "jezioro" w odniesieniu do tego akwenu użyte jest tylko raz, w Ewangelii św. Łukasza, w której znajdujemy greckie określenie limnen Genneseret - jezioro Genezaret. We wszystkich innych pismach, nie tylko Ewangeliach, jest to hebrajskie yam lub greckie thalassa - morze. Dla mnie trochę to dziwne, bo do morza Śródziemnego były za dwa dni pieszej wędrówki, zatem każden jeden mógł pójść i zobaczyć czym morze różni się od jeziora. Ale - co kto lubi. Zatem to jest Yam Kinneret, co niektórzy wywodzą od hebrajskiego kinnor - harfa, ze względu na jego kształt. Nazwa ta pojawia się w Księdze Liczb i u proroka Jozuego i stanowi jedną z granic Ziemi Obiecanej. W pozostałych Ewangeliach występuje jako morze Galilejskie - wiadomo czemu, zaś u św. Jana pojawia się nazwa z końca I w.n.e. - morze Tyberiadzkie - od nazwy miasta na zachodnim brzegu.

Zaś owo jezioro/morze wygląda tak.


W tyberiadzkim porcie ładujemy się na stateczek, jeden z flotylli podobnych i wyruszamy ku północy. Nie zamierzamy łowić ryb, ludzi, chodzić po wodzie, karmić pięciu tysięcy ani kazać na górze. Po prostu wczuwamy się w antyczną atmosferę miejsc, o których czytaliśmy, że wydarzenia mające tu miejsce pamiętane są przez ponad dwa tysiące lat.

A stateczek wygląda tak.


Na zachodnim brzegu, nieco na północ od Tyberiady, w dolinie schodzącej nad wodę leży Magdala, wioska, z której pochodziła Maria Magdalena, jedna z najbliższych Jezusowi uczennic i towarzyszek. Koncepcja, że pochodziła właśnie z Magdali wywodzi się z greckich Ewangelii, w których określana jest η Μαγδαληνή - Magdaleńska. Tymczasem zarówno w hebrajskim jak i w aramejskim słowo to może oznaczać twierdzę, wieżę obronną. Skoro najbliższy uczeń był Skałą, to może najbliższa uczennica była Twierdzą? 
Według Łukasza i Marka była kobietą, z której Jezus wypędził siedem demonów, a po śmierci ukazał się jej w wizji i opowiedział o trzech poziomach naszej wewnętrznej jaźni (pierwsza to dusza, druga to duch i trzecia pomiędzy nimi). Andrzej i Piotr odrzucili spisane przez Marię Magdalenę wizje, jako niezgodne z naukami Jezusa. Jednak były one traktowane jako apokryficzna "Ewangelia wg Marii". Levi uważa nawet, że Jezus bardziej cenił Marię niż pozostałych uczniów. Dopiero 14  września 591 roku papież Grzegorz Wielki w swojej homilii zasugerował, że Maria Magdalena była prostytutką opierając się na interpretacji iż siedem demonów było siedmioma grzechami (do tej pory uważano je za jakąś przewlekłą chorobę), a używanie olejków do ciała służyło Marii do nierządnych celów. Biedaczek, mało wiedział o świecie. Rehabilitacja przyszła w 1969 roku, kiedy Watykan, bez słowa komentarza w stosunku do homilii Grzegorza dokonał cudu rozmnożenia i tak powstały dwie Marie - Maria z Betanii i Maria Magdalena. Trochę to było za późno i Maria Magdalena została patronką kobiet upadłych.

Na powyższe rozważania mieliśmy niecałą godzinę, poczem wylądowaliśmy na północnym brzegu, w Kafarnaum. Tu do obejrzenia było kilka miejsc. 
Pierwszym było muzeum "łodzi Jezusa". W 1986 roku na brzegu jeziora, w mule, dwaj bracia Mosze i Yuval  Lufan z kibucu Ginosar znaleźli całkiem nieźle zachowane szczątki łodzi. Jak się okazało podczas badań archeologicznych (datowanie węglem i ocena znalezionych w pobliżu ceramiki i gwoździ) łódź pochodzi z I w.n.e., więc wiele gazet ogłosiło "Znaleziono łódź Jezusa". Czy Jezusa, to nie wiem, ale łódź na pewno.

A łódź wygląda(ła) tak. To oczywiście odtworzony model.

Photo © www.HolyLandPhotos.org 

W muzeum oczywiście tylko szczątki. Dość ciekawe, bo znaleziono w nich 12 gatunków drewna, co może świadczyć o tym, że lokalnie były jakieś niedostatki drzewostanu i robiono łodzie z czego popadło. 

A szczątki wyglądają tak:


W tle mozaika z czasów rzymskich z obrazem takich modeli łodzi. Nie wiem czemu mój aparat nagle i niespodziewanie wyciął mi numer i zaczął robić zdjęcia czarno-białe. Dziwactwo jakieś, musiałem go przywołać do porządku.

Z muzeum pojechaliśmy na leżącą nieopodal Górę Błogosławieństw. Ale o tym następnym razem.

niedziela, 30 września 2012

Szaman Galicyjski i sprawa nazareńska

Panienka na luteńce cieniutkie brała tony,
Wszedł janioł i powiedzioł: "Niek bedzie pochwalony!
Niek bedzie pochwalony, a taka ma nowina,
że z Ducha Niebieskiego Bożego zrodzisz Syna."
Maryja rzekła: "Niech się Twym słowom zadość stanie."
I tak to się odbyło Jezusa zwiastowanie.


Nie jestem pewien, czy dokładnie pamiętam słowa Tryptyku Grześkowiaka, niech mi wybaczone będzie, jeśli coś przekręciłem. 

Nazaret. Kiedyś miasteczko na tyle małe, że nie ma o nim żadnej wzmianki w tekstach i dokumentach przedchrześcijańskich.  Nazwa miasta ma bardzo niejasny rodowód. Być może pochodzi od hebrajskiego na ser oznaczającego 'gałąź', ale to chyba tylko po to, żeby znaleźć odniesienie do Księgi Izajasza 11:1 "z korzenia Jessego gałąź wyda owoc." Dlaczego w Biblii Tysiąclecia jest " I wyrośnie różdżka z pnia Jessego"? Nie znam się na różdżkach, a prorocy pisali zawile. W Nowym Testamencie wspomniane kilka razy i to dopiero w kopiach z ok. II i III w.n.e. Wcześniej nic o nim nie wiadomo. Mieszkańcy Nazaretu są przedstawiani raczej negatywnie. W Ewangelii św. Jana Nataniel pyta: "czy może coś dobrego wyjść z Nazaretu?" Znaczenie tego pytania jest niejasne. Może oznaczać, że Nazaret jest małym, nic nie znaczącym miasteczkiem, albo też poddawać w wątpliwość nie jego wielkość, ale jakość. A może chodzi o wcześniej przywołaną "gałąź"? Mieszkańcy Nazaretu z Ewangelii wg Łukasza chcą zabić Jezusa zrzucając go z klifu. W Ewangelii wg Marka nic nie rozumieją i Jezus opuszcza niegościnne miasto. Nikt nie może być prorokiem we własnym kraju.
Obecnie jest to największe miasto Dystryktu Północnego Izraela. Ponad dwie trzecie mieszkańców to Palestyńczycy, to największe miasto palestyńskie w Izraelu.


Tak wygląda "obudowane kościołem" (w randze bazyliki) miejsce zwiastowania, uznawane przez rzymskich katolikówKomuś, kto nie był w Izraelu i zna te widoki tylko z filmów lub zdjęć może się wydawać, że to jeszcze jeden kościół. A jest to największy kościół katolicki na Bliskim Wschodzie. Mnie się nie podobał. Bezładne pomieszanie stylów, nowoczesny z zewnątrz, ale ciężki, z okienkami jak strzelnicami, nie, z pewnością nie mój typ.



I nawet ta wieża jakaś taka przyciężka mimo wszystkich ażurków.

W środku znowu kilka poziomów, wyglądających jak nieukończone Tetris i grota zwiastowania.


Grota poniżej.



Nieco z tyłu, ale na tym samym placu stoi kolejny kościół, tym razem św. Józefa. Podobno w tym miejscu miał on swój warsztat. Hmm... kolejna rozterka, bo przecież Józef był cieślą, czyż nie tak nam mówiono? Tylko skąd brał drewno, którego w Palestynie było bardzo mało lub wcale. Do poważnych budów sprowadzano drewno z Libanu. Może to po prostu przekłamanie historyczno-geograficzne? Kiedy ludzie z Europy czytali o "rzemieślniku wykonującym sprzęty domowe" myśleli automatycznie o cieśli lub stolarzu. Tu większość tych rzeczy była... z kamienia. Zatem może raczej Józef był kamieniarzem? Tak wersja też jest rozważana.


Ten kościół jest na szczęście prosty, choć, jak wiele tu, wielopoziomowy. Można zejść do piwnic (bo przecież nie do krypty) i zobaczyć odsłonięte w czasie prac archeologicznych fragmenty budynków. Czy był to warsztat, nie wiadomo. W każdym razie nie była to uboga chata, a raczej dostatni dom.

Obecność muzułmanów, chrześcijan i starozakonnych sprzyja drobnym i większym konfliktom. A to ktoś nie zgadza się na budowę meczetu, a to ktoś protestuje przed zabudową placu, pod którym podobno pochowany jest bratanek Saladyna, a to z Libanu nadleci rakieta wystrzelona przez Hezbollah i zabije dwójkę dzieci. Za naszego pobytu nic takiego nie miało miejsca, ale malutki (?) akcencik udało mi się (ha, ha, udało, ślepy by zobaczył!) znaleźć.


Napis, w tle którego znajduje się bazylika, głosi:
"And whoever seeks a religion other than Islam, it will never be accebted*) of him, and in the Hereafter he will be one of the losers"
I każdy, kto szuka religii innej niż islam, nigdy nie będzie zaakceptowany i w niebie będzie jednym z przegranych. 
Hereafter przetłumaczyłem tu jako 'niebo', ale chodzi o życie pozagrobowe.

cdn
_________________
*) oczywisty błąd, powinno być 'accepted', ale gdyby nam przyszło stawiać te ichnie znaczki, było by jeszcze gorzej

środa, 26 września 2012

Szaman Galicyjski i sprawa pewnego podkopu

Zanim jednak o podkopie, króciutki przejazd przez Hajfę, jeden z największych i najruchliwszych portów tej części Morza Śródziemnego. A ruchliwy port wygląda tak: /foto Najmilsza/


Tak tu mówią, że Jerozolima się modli, Tel Aviv się bawi, a Hajfa pracuje. No, nie bawi się, to fakt. Wszystko tu pozamykane już o dziesiątej wieczorem. Jak ma się ochotę na nocną zabawę, to tylko godzinna jazda pociągiem dzieli nas od Tel Avivu. Plus godzina z powrotem.

W Hajfie można zobaczyć centrum religii Bahá'í. Religia istniejąca od XIX wieku, powstała w Turcji. Zasady po  raz pierwszy ogłosił  Bahá'u'lláh i generalnie, w największym uproszczeniu, opierają się one na założeniu, że wszystkie religie monoteistyczne są jedną religią, każdy wielki prorok (Mojżesz, Jezus, Mahomet i inni) są głosicielami tej samej religii, tylko dostosowanej do miejsca i czasu, w którym przyszło im działać. Ideę piękna i harmonii wyrażają m.in. przez wspaniałe ogrody. A ogrody wyglądają tak:


Ogrody z przodu, Hajfa z tyłu.

Kawałek na północ od Hajfy, na końcu zatoki, leży Acre. Sposobów pisania tej nazwy jest wiele, pozostańmy przy tym. Jest to jedno z najdłużej zamieszkałych miast w tym rejonie. Za czasów biblijnego Enocha rejon ten nawiedziły dwie potężne powodzie. Kiedy woda podeszła do miasta Bóg powiedział "Ad ko!" - 'dotąd' i woda dalej już nie poszła. Od owego 'ad ko' pochodzi hebrajska nazwa Akka. Z kolei grecka nazwa 'Aka' pochodzi od 'leczenia' - tu zbierał zioła ranny Herkules.

W okresie mandatu brytyjskiego w Palestynie w Acre było więzienie. Dość poważne, wykonywano tu wyroki śmierci i w ogóle trzymano różnych kryminalistów i więźniów politycznych (wtedy nie używano powszechnie określenia "terrorysta", ale właśnie tacy tam siedzieli; zarówno ze strony żydowskiej jak i palestyńskiej). Nie jest to specjalnie dziwne, bo już w roku Pańskim 1216 biskup francuski, Jacques de Vitry, który przybył tu po wyczerpującej morskiej podróży, w liście do domu pisał o mieście, w którym morderstwa są na porządku dziennym, ulice pełne są prostytutek, mieszkańców całkowicie pochłaniają sprawy uciech cielesnych  i stale wybuchają kłótnie pomiędzy kupcami z Wenecji, Genui i Pizy; to miasto ma dziewięć głów jak Hydra i stale one walczą pomiędzy sobą. No, cóż, na powierzchni mniej więcej stadionu piłkarskiego mieszkali obok siebie członkowie nie specjalnie kochających się zakonów rycerskich (co najmniej czterech, w tym Templariuszy i Szpitalników), wspomniani wyżej kupcy z konkurujących miast-republik italskich, trochę Żydów, Arabów i zbieranina różnych rzezimieszków z całego ówczesnego świata.

Jeden z więźniów tego współczesnego więzienia doszedł do wniosku, że mu się przejadło i zaczął kopać tunel. Pewnie czytał Hrabiego Monte Christo. Miał niestety pecha, na nasze szczęście. Dokopał się, owszem, do czegoś większego i w to większe wpadł. Razem z nim wpadł kretes (stąd powiedzenie - wpadł z kretesem). To coś było bardzo duże i bez wyjścia. Strażnicy znaleźli go, wyciągnęli i zaczęli oglądać co to jest to bardzo duże.
A to bardzo duże wygląda tak:


I jest wspaniale zachowanym podziemnym miastem krzyżowców. To znaczy teraz ono jest podziemne, bo jak oni tu byli to było nadziemne. Kiedy Arabowie pokonali krzyżowców, a Akra była ostatnia twierdzą, którą zdobyli, zasypali ją piachem i gruzem ze zdobytego miasta i na tym kopczyku postawili nowe miasto. Pewnie nie chciało im się za bardzo przykładać do roboty z tym burzeniem, bo sporo zostało.


Piękne, prawda? Słychać kroki Ryszarda Lwie Serce, brzęk mieczy, ściszony gwar rozmów rycerzy-zakonników. Można dotknąć ścian, które są świadkami historii, tej z powieści i kina, zobaczyć to naprawdę, nie w wykonaniu Hollywoodu czy inne pary męt.

Poniżej: tak wygląda część więzienia postawionego na twierdzy krzyżowców (po lewej malowanka na płótnie, bo odsłonięcie tego, co pod spodem wymagało rozebrania części budynków.


 Do tej pory odkopano tylko część twierdzy. Jedne źródła podają, że ta część należała do Szpitalników, a inni sądzą, że była to wspólna część dla wszystkich zakonów. Świadczyć mają o tym cztery wielkie sale, każda dla jednego zakonu, wspólny kościół św. Jerzego oraz tunel prowadzący do portu. Miał on służyć do wprowadzania i wyprowadzania z twierdzy gości, którzy nie powinni być widziani przez postronnych. Dziś jest to jedna z atrakcji turystycznych, choć przewodnicy ostrzegają, że jeśli ktoś cierpi na klaustrofobię, to nie powinien... Bajanie, aż tak ciasny to on nie jest, no, może kawałeczek.
Trwają dalsze prace wykopaliskowe, bo oczywiście jest tego więcej.

Żądnych mocniejszych i bardziej współczesnych wrażeń może zainteresować muzeum więzienia w Acre, gdzie można oglądać celę śmierci, w której skazańcy oczekiwali na wykonanie wyroku, a na szafocie jeszcze ciągle wisi pętla nad zapadnią.

Na noc jedziemy nad jezioro Tyberiadzkie zwane Genezaret, morzem Galilejskim i Yam Kinneret.

cdn

poniedziałek, 24 września 2012

Szaman Galicyjski i sen Heroda

Autostrada numer 2, z Tel Avivu-Jaffy do Hajfy biegnie wzdłuż Morza Śródziemnego. Powinno być ślicznie, piękne widoki, zielono-niebieskie morze, błękitne niebo. Guzik. Z poziomu drogi, nawet patrząc z okien autobusu, nie widać nic. A już z pewnością morza. Półpustynna ziemia, czasem jakieś większe obszary uprawne. Po prawej, czyli w głębi lądu, upraw więcej. Głównie plantacje bananów i daktyli. Gospodarstwa duże, ciągnące się czasem przez dwa-trzy kilometry wzdłuż drogi. Od czasu do czasu sztuczne zbiorniki wodne gromadzące wodę do nawadniania pól.

Zjeżdżamy z autostrady ku brzegowi morza. To tu stało kiedyś miasto-port, wielki sen Heroda Wielkiego. Fajny facet, dziecko swojej epoki. Intrygant, knowacz, wielokrotny morderca (dziś powiedzielibyśmy, że podżegał, własnoręcznie przecież nie zabijał), kupił w Rzymie koronę Judei i rządził tam ok. 35 lat, rozbudował Świątynię Salomona i m.in. wybudował miasto-port nazwane lizusowsko Caesarea, żeby się przypodobać Imperatorowi. Przez 10 lat darł koty i kochał się ze swoją drugą żoną, Mariamne, z którą miał czworo dzieci i którą w końcu zabił, a potem bardzo żałował. W Talmudzie jest legenda, wg której Herod zabalsamował ciało żony w miodzie i trzymał przez siedem lat. Nie pytajcie czemu siedem, nie wiem. Ale do dziś istnieje talmudyczne określenie takich zwichrowanych poczynań "czyn Heroda". Jedna z wież pałacu Heroda w Jerozolimie nosiła też imię Mariamne. Przez stulecia (tysiąclecia?) oskarżany był też o wymordowanie niewiniątek w Betlejem. Do jego charakteru może to by pasowało, ale jakoś nie ma o tym wzmianki w żadnej historii (nie mam tu na myśli historyjek opowiadanych sobie pokątnie, żeby przestraszyć maluczkich i dzieci), są natomiast duże fragmenty o innych jego zbrodniach dotyczących pojedynczych ludzi. Zatem jak mogła by umknąć współczesnym dość wszakże duża akcja zgładzenia kilkudziesięciorga dzieci? Poza tym ma alibi. Zmarł w Jerycho w 4 r. pne., a więc na parę lat przed inkryminowany, zdarzeniem.

Dajmy pokój rozważaniom o rodzinnych perypetiach Heroda. Było, minęło. Z rozbudowanej przezeń Świątyni w Jerozolimie też nic nie zostało. Tylko niektórzy piszą o niej "Świątynia Heroda", większość pozostaje przy Drugiej Świątyni.

Coś jednak po Herodzie zostało. Cesarea Maritima, Cezarea Nadmorska. Zamarzyło się bowiem Herodowi  wystawić wielki (jak na owe czasy) port. I wybudował Cezareę. Port ogromny, mogący pomieścić nawet 400 statków, Sebastos - z greckiego Augustus (lizus). Amfiteatr nad morzem. Hippodrom. Pałac, w którym mieszkał on, a potem Poncjusz Piłat, prokurator Judei. A nad tym wszystkim górowała świątynia ku czci Cezara Augusta (mówiłem, lizus). Ciekawostką budowy falochronów było zastosowanie sprowadzonego z Italii pyłu wulkanicznego pozzolana, który z wodą tworzy nierozpuszczalny, twardy cement (w obecności wodorotlenku wapnia, dla dociekliwych). Budowano wielki drewniane skrzynie o podwójnych ścianach, wypływano je na morze i wypełniano owym pyłem. Skrzynie tonęły, pył twardniał i gotowe. Z tym, że wybudowanie w tych czasach ponad 800 metrów falochronu na otwartym morzu to jednak coś, nie?
Miał jednak Herod pecha albo złych geologów. Postawił port na uskoku biegnącym wzdłuż wybrzeża i już w I i II wieku n.e. trzęsienia ziemi zniszczyły miasto i port. Potem przyszli barbarzyńcy z Bizancjum, świątynię augusta zburzyli i postawili swój ośmiokątny kościół. Potem w 638 r.n.e. przyszli Muzułmanie, miast zdobyli nie bez pomocy zdrajcy, który przeprowadził ich kanałami do miasta. Po kościele nie zostało wiele, powstał meczet. Do czasu, aż przyszli krzyżowcy, miasto zdobyli, stracili, znowu zdobyli i znowu stracili. Tym razem na rzecz Mameluków. Ci zaś miasto zrównali z ziemią, co było ich obyczajem w stosunku do nadmorskich twierdz krzyżowców. Port zapadł się w morze po kolejnym trzęsieniu ziemi. I był spokój.

Dziś jest to turystyczna atrakcja. Na marginesie: ciekawostką izraelska jest, że oni "odbudowują" zabytki. W wielu miejscach do znalezionych ruin dodają fragmenty tak, że są one bardziej okazałe. Wrócę do tego tematu jeszcze raz, później.

Teraz Caesarea Maritima.
A Cesarea Maritima wygląda tak: (ze zewnątrz)


Ciekawostka dla zainteresowanych - widoczna tu fosa jest fosą suchą. W kraju takim jak ten, trudno było by utrzymać wodę we fosie.

A tak wygląda w środku:


Resztki portu.



Poniżej hippodrom, a właściwue to, co zeń zostało. Te kamienne budowle na pierwszym planie to pit-stopy dla rydwanów.


A teraz uwaga! Po raz pierwszy w internecie! Ci, o słabszych nerwach, proszę zakryć oczy. Oto Wasz Nieustraszony Szaman Na Drucianym Rydwanie! /foto Najmilsza/


Można otworzyć oczy. Coś, co bardzo mi się podobało i chciałbym takie cuś mieć, tyle, że klimat u nasz w Kornwalii na takie swywole nie pozwala. To co widzicie, to fragment pałacu Heroda Wielkiego (i Poncjusza Piłata) - basen z morską wodą. Z widokiem na morze, oczywiście. Wszystko było przykryte daszkiem, mile ocieniającym kąpiących się, a kolumnada od morza stwarzała niesamowity widok. Teraz tutejsi łowią z brzegu ryby. ale jak można łowić ryby w cudzej łazience?! Paweł i Gaweł?



I jeszcze słynny kamień z imieniem Piłata na dowód, że tu mieszkał. Jedne ze źródeł mówią, że to było oznaczenie jego miejsca w hipodromie lub amfiteatrze, ale jakoś mi się nie wydaje, żeby rzymski prokurator Judei musiał znaczyć swoje miejsce. W każdym razie imię jest, wyryte i choć to tylko kopia (oryginał w muzeum w Jerozolimie) i każden go fotografuje.


O, tu, w drugiej linijce od góry. PILATVS.

cdn.

sobota, 22 września 2012

Szaman Galicyjski i sprawa Białego Miasta

 Przybyłem do zesłańców, do Tell-Abib, osiedlonych nad rzeką Kebar, , i w osłupieniu pozostawałem tam przez siedem dni wśród nich. 
Księga Ezekiela 3,15

To było dawno. Teraz przybyłem i miałem pół dnia, by pozostać w osłupieniu. Faktem jest, że Tel Aviv robi wrażenie i to na wielu poziomach. Po pierwsze - historia. 

W Palestynie było sobie miasto Jaffa. Starsze niż ustawa przewiduje. W 1979 roku znaleziono fragmenty budowli obronnych ze średniego okresu brązu (3600-1200 pne), a pierwszy pisany dokument, w którym wymienione jest to miasto, to egipski papirus z 1470 r pne. Jaffa była i jest portem, do którego początkiem XX wieku przybywali Żydzi po pogromach w różnych krajach europejskich. Nieszczególnie im się wiodło w arabskim mieście, zatem zebrali się w kupę i wykupili od Beduinów wielki kawał pustyni na północ od Jaffy. Pustynia była pustynią, tanio wyszło. I tam w 1909 wybudowali miasto.  Znaczy, zaczęli, bo trochę im zeszło. I tak obok jednego z najstarszych miast świata, ciągle czynnego, powstało jedno z młodszych miast na Bliskim Wschodzie - Tel Aviv (zwane też Białym Miastem lub Dużą Pomarańczą Big Orange, co jest aluzją do Big Apple). Nazwę można wywieść z Księgi Ezekiela, j.w., albo z innego literackiego dzieła - Altneuland Teodora Herzla, austro-węgierskiego dziennikarza, Żyda, twórcy ruchu syjonistycznego. Tytuł ten znaczy Stary Nowy Kraj. Aviv  to po hebrajsku "źródło" czyli coś nowego, odradzającego się, zaś Tel  to "kopiec" utworzony ludzką ręką, w którym warstwami ułożone są w głąb coraz starsze cywilizacje i jest to symbol historii. Obecnie prawie półmilionowe miasto*), przez które rocznie przewija się ponad 2,5 miliona turystów.


Mimo, że miast jest bardzo młode, jak na Bliski Wschód, łatwo w nim wydzielić poszczególne okresy stuletniej historii. Zatem dzielnica czerwonych dachów - pierwsze domy osadników żydowskich wyznaczające kierunki ulic i placów. Po nich domy Bauhaus (poniżej - źródło Wikipedia), bardzo charakterystyczne.


I wreszcie budownictwo ostatnich lat (źródło - j.w.).. 



A obok przycupnięta Jaffa. Wygląda bardzo mizernie przy swoim młodszym bracie. Zaniedbana, niektóre domy wydaje się, zawalą się za chwilę. Na szczycie wzgórza pomnik ze scenami biblijnymi: zdobyciem Jerycha, ofiarą Abrahama, dwunastoma plemionami Izraela i pewnie czymś jeszcze, ale nie udało mi sie rozszyfrować wszystkiego. A pomnik wygląda tak.




I widok na przepiękne plaże Tel Avivu. Z hotelu, w którym mieszkaliśmy, wystarczyło pójść w dół ulicą, przejść trochę szerszą arterię i już było się na plaży. 




Tuż obok kościółek św. Piotra, który przebywał tu i nawet wskrzesił(?) wdowę Tabitę/ gr. Dorcas (Dz.Ap.9:36-42). Można do niego dojść mostem życzeń. Na jednej z poręczy znajdują się znaki zodiaku. Kto trzymając rękę na swoim znaku i patrząc w morze pomyśli życzenie - może mu się spełni.

A most wygląda tak.


A kościółek tak.


W środku polski akcent. A akcent polski wygląda tak.


I jeszcze ambona, bo śliczna ona jest. foto - Najmilsza.


I to na dziś wszystko. Będzie ciąg dalszy.

_______________________________
*) Tel Aviv Metropolitan Area ma ponad 3,3 miliona.

czwartek, 20 września 2012

Szaman Galicyjski i sprawa podróży

Jak wspomniałem byłem, razem z Najmilszą udaliśmy się do ciepłego kraju. Dość odległego. Na innym kontynencie i na drugiej półkuli.

Najsampierw wstaliśmy bardzo rano, jeszcze przed wschodem słońca i zważyliśmy toboły, żeby nie było za dużo. Torebki nie są ciężkie. Poczem udaliśmy się na przystanek autobusowy. Nie żeby było szybciej niż koleją, ale dlatego, że taniej i bez przesiadek. Szamany tak już mają, że nie lubią wydawać kasy a lubią wygodę. Pierwszy odcinek podróży, 251 mil w 5 godzin i 45 minut.

Na lotnisku miła pani pilot (a tour manager po tutejszemu) się nami zajęła i wszystko pokazała, jak dzieciom: w tej kolejce stańcie, jak was zapytają, to powiedzcie to i to, potem przejdźcie do tamtej kolejki, a potem w lewo i do końca. Jak wam coś przykleją do walizki to nie bójcie się, oni tak mają. Myślałem, że tyle razy dane mi było*) lecieć samolotem, że potrafię sam sobie poradzić, ale nie. Jest procedura objęcia opieką, zatem mam czuć się zaopiekowany.


A potem zapakowali nas do takiego zwierza B747 (10 osób w jednym rzędzie, a tych rzędów ponad 50...) i... poszły konie po betonie! Albo poleciały ptaki w krzaki.

Fotki z podróży:


2231 mil w 5 godzin i 35 minut. Czego to ludzie nie wymyślą...? Taki Rysiu Lwie Serce potrzebował pół roku. A my nawet nie pół doby. No, gdyby nie przerwa w oczekiwaniu na lot.

I w końcu na miejscu (prawie):


Koła dotknęły rozgrzanego asfaltu, potoczyliśmy się do rękawa, odebrali bagaże i krótki transfer do hotelu.
Mała uwaga - wychodząc z samolotu patrzyłem na mijane fotele. Ludzie! Czy wy nigdy nie widzieliście kosza na śmieci? W domu też rzucacie wszystko na podłogę?! Takiego chlewu dawno nie widziałem. Przed pewną panią, która zawodowo czas jakiś latała na dalekich liniach, chylę czoła. Bo my do hotelu spać, a załoga do sprzątania. Ze dwie godziny jak nic. Szacunek, Przepióreczko. Szczerze.

Cdn.

___________________
*) nie dane, nie dane, musiałem zapłacić

poniedziałek, 3 września 2012

Szaman Galicyjski i sprawa oszczędności

Oszczędzać trza. Każden jeden to wie. Zwłaszcza, kiedy jest szefem wysuniętej placówki medycznej w dalekiej Kornwalii. Moja szefowa właśnie próbuje zdać test z oszczędności.

Z powodu, że ponieważ wyjeżdżam jutro z Najmilszą na nieco ponad tydzień do ciepłego kraju trzeba mnię zastąpić na sali operacyjnej. A to kosztuje i to słono. Takiemu, co mnie zastąpi, trzeba albowiem zapłacić za to, że przyjedzie, za to, że gdzieś zamieszka i za to, co zrobi. No, to lepiej i taniej, żeby przyjechał na krócej i zrobił mniej.

Zatem miałem dziś szesnaście zabiegów, ale jutro i we środę listy nie ma. Pustki, wypełnione wewnętrznymi szkoleniami dla wybranych, bo trzy panie, którym przyszło by pracować ze mną (przedoperacyjna, anestezjologiczna*) i pooperacyjna) - won do domu. Wyjdzie jeszcze taniej.

Kapitalizm jest piękny! He, he, he... hmmm....

_________________
*) w tutejszym znaczeniu tego słowa, nie mylić z pielęgniarką anestezjologiczną z eRPe.

czwartek, 23 sierpnia 2012

Szaman Galicyjski i sprawa lata

Mamy lato, hurra!
W Polsce dziś była temperatura 32 stopnie C.


A lato w Kornwalii wygląda tak. W przybliżeniu. Znacznym.



wtorek, 21 sierpnia 2012

Szaman Galicyjski i weekend

Kręciło się, kręciło, aż się wykręciło i w miniony weekend pojechaliśmy do AS Ptysia i Abiego.
Już pisałem, ale powtórzę - to 640 km w jedną stronę. I da się machnąć w siedem godzin, z postojami na kawę i kanapkę.

Piątek miał być krótki w pracy, ale wiadomo, jak trzeba to się go przedłuży. Najsampierw padła instrumentariuszka. Dosłownie. Sruuu... i leży. Pozbieralim, polalim wodą, inna się umyła i dokończyła zabieg. Ta padnięta, jak już się pozbierała do kupy i zjadła lanczyk, oświadczyła, że już z nią dobrze i wraca do pracy. I przy kolejnym zabiegu sruuu... i leży. Luzik, doświadczenie mielim. Pozbieralim, polalim wodą, inna się umyła i dokończyła zabieg. Ale co czasu stracilim, to nasze.

Zatem wyjechaliśmy prawie pół do szóstej i tak nam zeszło tego jechania do po pierwszej w nocy. Abiowie czekali cierpliwie, a nawet sam Abi wyszedł nas prowadzić, bo znaleźć się po nocy na nieznanym brytyjskim osiedlu to zadanie nie lada. Zwłaszcza, jak osiedle nowe i w naszym GPS w ogóle go nie ma.

Tak nam czas zleciał, szybko, nawet może za, na leniwym pogadywaniu, piciu wina, jedzeniu pyszności, piciu wina, pogadywaniu, piciu wina, oglądaniu South Park'u, piciu wina... i od początku.

Znowu mam ochotę napisać, jaką to fantastyczną rzeczą są autostrady (darmowe) w UK. Przejechanie odległości z Krakowa do Władysławowa było jak bułka z masłem. Trochę mnie krzyż boli od tego siedzenia w pozycji wymuszonej, ale nic to. Męczyć mnie to nie męczy, taka jazda, znaczy się. Lud wokoło uprzejmy, jedzie się jak w towarzystwie kumpli, co to i ustąpią, jak chce się zmienić pas, nie wymuszają niczego w rodzaju pierwszeństwa, nie trąbią, nie mrugają opętańczo światłami, no luz, blus, ultramaryna.

Jeden tylko moment grozy się nam zdarzył. Pędziliśmy ku północy, w ciemnościach i deszczu, kiedy na pasie obok jakiemuś Fordowi urwała się przyczepa. Nie wiem czemu nagle zaczęła się huśtać przód-tył, przód-tył, potem lewym przednim rogiem zaryła w asfalcie, zaiskrzyła, obróciła się o 90 stopni, urwała kawał tyłu Forda i po efektownej wywrotce na bok, sypiąc iskrami i wirując wylądowała na naszym pasie. Zatrzymałem się niecały metr od niej, błyskając awaryjnymi, pulsacyjnie hamując na mokrym i mrugającym stopem dając znać tym z tyłu, że ja tu, %$!#*, muszę natychmiast, ale i tak na plecach czując już jak wbija się we mnie ze sześć jadących za mną aut.

Nic właśnie. Wszyscy karnie stanęli, każdy (a przynajmniej ci, których widziałem) na awaryjnych, auta na sąsiednich pasach rozprysnęły się na boki, żeby nie robić korka, a potem... Jak tu wrócić do jazdy? Piątek wieczorem, ruch jak diabli, a tu... ostatni z zatrzymanych wrzuca kierunkowskaz, delikatnie wysuwa się na pas obok, a jak wyżej wszyscy mu robią miejsce i mruga do nas "naprzód, panowie, ja was osłaniam". I spokojnie wszyscy stojący kolejno, pod jego osłoną, włączają się do ruchu. Słowo daję, że nikogo z nich nie znałem, a czułem się jak w gronie zgranych kumpli, co to takie manewry ćwiczyli latami. Żeby tak kiedy u nasz...

A i ciekawostka okazała się. Że od Abiego do nas bliżej, niż od nas do niego. Jadąc tam, na szóstej mili kupiłem paliwo i wyzerowałem licznik. Po domem Abiego było równe 409 mil. A jak dojechaliśmy do domu to powinno być 818 mil, nie? A było 812 i to z tymi sześcioma milami przed wyzerowaniem. Abi, teraz twoja kolej. Masz bliżej.

piątek, 17 sierpnia 2012

Szaman Galicyjski i sprawa białego tygrysa

Życie na emigracji trudne jest. Czasami nawet niebezpieczne. Zwłaszcza w hrabstwie Hempshire. Czasami. Na ten przykład w maju zoczono tamże uciekniętego białego tygrysa. W zakrzaczonej okolicy zwanej Hedge End. Hedge to tutejsze żywopłoty, bardzo gęste i bardzo stare, zatem nazwa jak najbardziej odpowiednia.

A biały tygrys wygląda tak.


"Kilka osób" zadzwoniło na policję z doniesieniem, że ucieknięty tygrys se leży i ukrywa w trawie. Wysłany na rozpoznanie policjant, "którego nazwisko nie zostało ujawnione", przez czas jakiś "patrzył na tygrysa, a on na niego". Wezwano posiłki, w tym z zoologu (pracownicy dostarczyli naboje usypiające sugerując raczej obezwładnienie bestii niż jej unicestwienie). Wywalono graczy z pobliskiego pola golfiastego i przygotowano się do zamknięcia autostrady M27, jeśli by potwór chciał tam pobieżyć.
Zawezwany śmigłowiec z Navy Seals, wyposażony w optykę działającą w paśmie podczerwieni, wykonał zwiad z powietrza i nie stwierdził obecności źródła ciepła, a podczas popisowego podejścia do lądowania metodą Spadającego Liścia Klonu pęd powietrza spod łopat wirnika przewrócił zwierzę. Żołnierze Navy Seals z dumą oświadczyli, że użycie nabojów usypiających nie było konieczne. Po wykonaniu autopsji stwierdzono, że tygrys był wypchaną zabawką naturalnej wielkości.
Policji nie udało się ustalić właściciela zabawki. "Tego rodzaju przedmioty" - oświadczyła rzecznik prasowy policji - "są najczęściej wygraną zdobywaną w parkach rozrywki i wesołych miasteczkach. Obecnie tygrys traktowany jest jak rzecz zgubiona."
I to ma być Imperium? U nasz, jak gonili tygrysa, to był prawdziwy, co uciekł z cyrku, no i nie obyło się bez ofiar, w tym śmiertelnej. Choć akurat tygrys był niewinny. A tu?
Ech, świat schodzi na psy...

wtorek, 14 sierpnia 2012

Szaman Galicyjski i sprawa biletów

Kto może mi odpowiedzieć na pytanie, dlaczego bilet na kolej na przejazd 54 kilometrów pociągiem pospiesznym kosztuje ponad dwa razy taniej niż przejazd kolejobusem ze stacji Kraków-Główny do Balic, na odległość 14 kilometrów?

Podobno cena wzrosła dwukrotnie z powodu Euro 2012, ale przecież Euro to już historia?

Za poprawne odpowiedzi nagród nie przewiduje się, sorry.

piątek, 4 maja 2012

Szaman Galicyjski i sprawa gwiezdnych wojen.

Znowu coś się kaszani z moim blogiem, a właściwie to z nowym interfejsem bloggera. Wywołuje jakiś konflikt i dostaję komunikat, że moja przeglądarka nie obsługuje czegoś tam i w związku z tym część funkcji nie będzie działać. Jedną z nich jest niestety - pisanie nowych postów. Trochę to trwało, ale jakoś sobie (częściowo) poradziłem i oto efekt.

Dziś w UK jest Dzień Gwiezdnych Wojen. To taki dowcip, równie nieprzetłumaczalny jak nasze polskie "Niech mocz będzie z Tobą!"

Dziś jest albowiem czwarty dzień maja, czyli: May 4th, co się czyta "May the fourth /be with you/" i brzmi podobnie do "May the force be with you".

A teraz sprawdzam czy mocz.. moc jest z tym postem i czy się on ukaże.

No, to...

EDIT: ukazał się. I dobrze.

sobota, 7 kwietnia 2012

Szaman Galicyjski i sprawa Świąt

Wszystkim Bywalcom i Przypadkowym Wpadaczom
składam niniejszym najserdeczniejsze życzenia
Zdrowych, Spokojnych i Fajnych Świąt
niezależnie od wyznania i/lub jego braku
bo... są Święta, Wiosna i w ogóle powinno być lepiej,
cieplej, jaśniej i życzliwiej i my też postarajmy się być
milsi, bardziej uśmiechnięci i życzliwsi dla tych,
co w około. Może nam wejdzie w krew?...

wtorek, 20 marca 2012

Szaman Galicyjski i sprawa kolejna listy zabiegów

Krótkie doniesienie z frontu zachodniego - bez zmian, ale weselej.

Barbie wpisała pacjenta, któremu Żeglarz, jeden z naszych chirurgów szczękowych, miał usunąć wrośniętą lewą dolną siódemkę, na listę zaglądania do jelita grubego (flexi-sig). Niby też przewód pokarmowy, tylko z drugiego końca, o co robić raban.

Gość trochę się zdziwił, że przed wyrwaniem zęba nursy chcą mu zrobić wysoką lewatywę. Udało mu się wyrwać.

Chyba nie pasował Barbie do całości obrazu, bo wszyscy znieczulani przeze mnie dzisiaj wczoraj, bez względu na płeć, mieli grupę krwi 0(+), a on był A(+). Cudak.

Miłego dnia.

piątek, 16 marca 2012

Szaman Galicyjski i sprawa czytactwa.

Szamani czytają. Często i dużo. Taki nawyk mają. Czytają różne teksty, napisy, ulotki, drogowskazy i ogólnie dobrze się z tym czują.

Ostatnio siedziałem przy długaśnym zabiegu. Ból istnienia spowodowany był tym, że zapomniałem mojego kundla i nie miałem co czytać. Przejrzałem instrukcje obsługi sprzętu, czwartą stronę karty znieczulenia, wprowadziłem dane pacjenta do pamięci monitora i nic, nadal nuda. Oczy rwą się do czytania, a tu nie ma co. Z pudełka na leki wygrzebałem ulotkę dołączaną do jednego z użytych przeze mnie preparatów. I wpadłem w zachwyt.

Lek nazywa się Anectine (R). Produkuje go Glaxo-SmithKline. W eRPe występował pod nazwą zwyczajową scolina. Nazwa międzynarodowa Suxamethonium chloride.
To fajny lek. Jak go zapodać człowiekowi dożylnie to jego mięśnie szkieletowe, poprzecznie prążkowane, robią się wiotkie i nieruchawe. Zaczyna się od mięśni oczu a na przeponie kończy. Człowiek zapodany leży wiotko jak szmaciana lalka i nie oddycha. Pozostawiony sam sobie z wolna sinieje, do granatu włącznie. Na polskich i czeskich pudełkach było ostrzeżenie - do użytku TYLKO przez anestezjologów, z doświadczeniem i sprzętem do udrażnienia dróg oddechowych i prowadzenia sztucznej wentylacji. Na ukejskich nic takiego nie jest napisane. Za to w środku jest pół ulotki... dla pacjenta.

Zaczyna się od:

Przeczytaj uważnie, zanim zaczniesz używać tego leku.

Skoro to do pacjenta to moim zdaniem powinni dodać: "zastanów się też, czy powody, dla których chcesz popełnić samobójstwo są naprawdę takie ważne".

I dalej:

Zatrzymaj tę ulotkę. Może będziesz musiał przeczytać ją jeszcze raz.
Jeśli masz jakieś dodatkowe pytania - zapytaj doktora, pielęgniarkę lub innego pracownika sali oparacyjnej.
Jeśli jakikolwiek objaw uboczny wystąpi w nasileniu poważnym lub jeśli zauważysz jakiś objaw, który nie został opisany w tej ulotce, proszę, powiedz o tym doktorowi, pielęgniarce lub innemu pracownikowi sali operacyjnej.

Jeżeli dostałeś dawkę większą, niż należało, natychmiast poinformuj o tym lekarza lub pielęgniarkę.

Ten wpis jest fajny głównie dla anestezjologów. Uwaga dla pozostałych - wyobrażacie sobie wiotkiego jak szmata pacjenta (najczęściej w głębokiej narkozie PRZED podaniem Anectine), który studiuje ulotkę i zgłasza uwagi o nadmiernej dawce? Za mojej młodości mówiło się: byczo!

Miłego dnia.

środa, 14 marca 2012

Szaman Galicyjski i sprawa PC - przyczynek do tematu

PC /political correctness/ to po naszemu "poprawność polityczna". Że niby mamy mówić i myśleć tak, jak każe Rozwinięte Społeczeństwo Które Kocha Każdego. Na ten nieskomplikowany przykład nie wolno powiedzieć komuś, że jest grubasem. Albo, że jest gupi. Wolno mówić tylko miłe i słodziutkie rzeczy, co na dłuższą metę pozwoliło nam wyprodukować małolaty robiące sobie słitaśne fotki na FaceZbook'u i innych portalach społecznościowych.

PC jest bardzo trudnym w utrzymaniu zwierzem. Nie dość, że głupie to jak but, to jeszcze kapryśne i wymagające.

Będąc młodym szamanem na rubieży przychodzi raz do mnię pacjęt..

Niezupełnie. Skończyłem właśnie znieczulenie do jednego zabiegu i odwiozłem półśpiącą i wdzięczną pacjentkę na wybudzeniówkę, poczem ruszyłem na przedoperacyjną po następną, kiedy natkłem się na zbiegowisko podekscytowanych nursów płci żeńskiej. Jak każden jeden anestezjolog, chętny do niesienia pomocy, nawet wbrew pomaganemu, zatrzymałem się i zacząłem przysłuchiwać o co biega. Szybka mowa w wykonaniu zaaferowanych kobiet w narzeczu kornwalijskim jest dla mnie niezrozumiała, zatem poprosiłem grzecznie o wyjaśnienia powoli, dużymi, drukowanymi literami.
- No, Szaman, problem jest. W przedoperacyjnej jest pacjent, który przyszedł tu celem obejrzenia mu jelita grubego od środka.
- Codzienna codzienność - wzruszyłem ramionami parafrazując pewnego Prezesa. - Każden nasz chirurg wrazi mu z zadek instrument i się popatrzy. W czem problem?
- Oj, Szamanie, ty to czasem jak dziecko we mgle. Problem w tym, że najsampierw trzeba mu owo wnętrze wyczyścić, bo inaczej chirurg podwójnie g... zobaczy. Znaczy w sensie dosłownym g... i w sensie diagnostycznym g... .
- To mu zróbcie lewątywę i po sprawie.
Zbiły mnie z tropu, bo każdemu przed badaniem lewatywę się robi, zatem co jest?
- Otóż tu jest haczyk. Pacjent waży 164 kilo...
- To wiadereczko wody więcej, nie bądź chytrus...
- ...i powiedział, że na basenie siedzieć nie będzie, bo to jego godności osobistej despekt czyni. Nie mówiąc o tem, że w zadek mu się wpija boleśnie.
Spojrzałem chyba nie dość przytomnie, bo zerknęły na mnie jak na kogo niekumatego.
- No przecież jak na naszym kibelku delikatniusim takie 164 kila usiędzie to do imętu połamie.
Ot, szczerą prawdę nursa gada, jak na spowiedzi. Sprzęt łazienkowo-ceramiczny delikatny mamy, z najlepszej irlandzkiej porcelany, model Belfast. Pacjent zresztą przyznał się, że w domu ma specjalny stelaż z kątowników zespawany, który nad muszlą ustawia, żeby sprawę załatwić bez demolki wodno-kanalizacyjnej.
- To niech z domu przywiezie i po sprawie.
Myślałem, że to ja taki mądry jestem, ale one też na to wpadły, tylko, że pacjent przywieźć nie przywiezie, bo to mu też despekt na honorze czyni, bo musiałby po ulicy z domu do auta, a potem z auta do naszego Centrum, na oczach wszystkich przechodniów ze shitstelażem chodzić. Honor pacjenta rzecz podstawowa i nie możemy tego odeń wymagać.
- Aktualnie przed szpitalem psychiatrycznym, oddalonym o rzut beretką od nas, robią wiosenne porządki i ukryte w krzaczkach żywopłotowych ławki naprawiają. Deski zdjęli, zostały tylko betonowe szkielety. Jak mu tu lewątywę zrobicie to dolecieć zdąży, a że ławki na 300 kilo są liczone, to spokojnie mu jeszcze z naddatkiem starczy. Tylko mu jakiś szpadel dajcie, żeby potem zakopał, bo wstyd będzie.
Innego pomysłu nie miałem, a i zabieg przecież czekał, więc pomknąłem jak dziki ślimak do swojej roboty. Nie wyglądały na przekonane.

Minęł mało wiele czasu, pacjentka mi usnęła pogodnie marząc o słonecznej plaży i spacerze z psem, kiedy na salę cichutko wsunęła się jedna z nurs.
- Szaman, ja mam prośbę. Możesz napisać, że pacjent nie kwalifikuje się do zabiegu oglądania wnętrza z przyczyn anestezjologicznych?
- Ja?! Po pierwsze, to nie mój pacjent. Po drugie, macie chirurga..
- Ale ten zlecenie przyjął, termin wyznaczył, teraz nie może się wycofać.
Tak, jemu głupio, a ja będę bzdury wymyślał i własnym, nieskalanym nazwiskiem firmował.
- Nie - mówię - nie da rady. Na jakiej niby podstawie, przecież nawet go nie znieczulam do tego.
- Oj, Szaman, wymyśl coś. Ty taki mądry jesteś... - Oczy Kota w Butach ze Szreka to był mały pikuś przy jej wzroku.
Siedzę, tępo patrzę przed się*) i nie daję się przekonać. PC, gadzina jedna, górę nad zdrowym rozsądkiem i właściwą oceną sytuacji, bierze. Zamiast napisać "spadaj, boś za gruby, a poza tym utrudniasz" mam zmyślać jakieś nieistniejące powody, żeby tylko chorej PC stało się zadość. Aż tu nagle... dostrzegłem małą tabliczkę znamionową na stole operacyjnym, a na niej...
- Nie - powtarzam - nie napiszę. Ale Kolorectal może napisać. Patrz! - pokazuję jej tabliczkę. - Tu jest napisane, że nośność jest do 130 kilogramów. Stół gościa nie utrzyma, a to jest wbrew zasadom bezpieczeństwa i higieny pracy. Ot, co!
Napisałbym, że radości, uściskom i całusom nie było końca, ale Najmilsza czytuje. Dość na tym, że odesłały pacjenta do dużego szpitala. Obawiam się, że i tam stoły są podobne, ale może w leżeniu na podłodze badanie da się wykonać? Nadal jednak pozostaje problem lewejtywy, ale to już - na szczęście - nie mój problem. I czy honor pacjenta na podłodze nie ucierpi? A godność osobista lekarza badającego na tym poziomie?

Chorym jest, że grubemu nie można powiedzieć, że jest gruby, czarnemu, że jest czarny, głupiemu, że jest głupi.

Zastanawiam się, czy nie wydrukowac tego i nie powiesić przed wejściem.



Miłego dnia.

__________________________________
*) Szaman nigdy nie patrzy tępo. Nawet jak patrzy tępo, to dostrzega najmniejsze szczegóły z otaczającego go Wszechświata.

środa, 7 marca 2012

Szaman Galicyjski i sprawa edukacji.

Dwa poprzednie wpisy opanowała Św. Procedura, córka Wielkiego Brata, bo pomagająca mu w kontrolowaniu i rozliczaniu opieki medycznej. Z tym, że nie tylko w medycynie zagościła Święta Procedura. Pojawiła się na ten nieskomplikowany przykład w edukacji.

Pamiętam czasy, kiedy w Liceum, do którego chodziłem*), samo szkło i aluminium, profesorowie uczyli nas lepiej lub gorzej, my zaś uczyliśmy się, lepiej lub gorzej, a potem zdawaliśmy maturę. Jeśli Pani Profesor Janina B. powiedziała po przeczytaniu mojego wypracowania z polskiego, że jest dobre, to znaczyło, że jest dobre. OK, w Jej subiektywnym odczuciu, ale Jej odczucie wystarczało, jako gwarancja, że wypracowanie jest dobre. A teraz?

Teraz nie ma profesorów, tylko wytyczne. Sam widziałem. Pod każdym tematem, cała strona zapisana drobnym drukiem. "Jeżeli uczeń użył w wypracowaniu słów: "azaliż", "poniekąd" i "pustostan" należy dodać mu jeden punkt; jeśli użył słów "d..a" i "zajebisty" - odjąć dwa punkty." Znowu Święta Procedura bierze górę i Wielki Brat patrzy. Współczesny profesor nie może mieć w pełni własnego zdania, wyczucia tematu, wychwytywania niuansów i smaczków. Ma postępować zgodnie z wytycznymi. Podobnie zresztą mają matematyczy, którzy nie patrzą na to, czy poprawny jest wynik i tok myślenia, ale czy są one zgodne z założeniami twórców zadań.

Zamiast egazminów, będących nie tylko sprawdzianem wiedzy, ale i rozmową pomiędzy Mistrzem i Uczniem, w których można uzgadniać stanowiska, omawiać kwestie z różnych stron i ogólnie być ludźmi mamy testy, okienka odhaczone w komuterze i bezmyślne przyswajanie nie wiedzy, ale cyferek i danych, bez konieczności ich zrozumienia. Każdy, kto zdawał testy wie, że nie są one sprawdzianem tego, co wiemy i jak myślimy, ale naszej pamięci do dupereli.

Przyznam się tutaj, że do dziś (nie)pamiętam pytania z testu z pediatrii, ale wiem, że jeśli przychodzi do lekarza matka z trzyletnim dzieckiem to "F - wszystkie powyższe". Giełda.

W komentarzach do wpisu dwa oczka w tył, Marysia pyta - czy warto wobec tego studiować 6 lat, aby potem jak małpa wykonywać tylko punkt po punkcie procedury?

Cały kłopot z procedurami polega na tym, że one nie są same w sobie głupie lub niepotrzebne. Dam tu przykład. Napiszmy procedurę namalowania "Bitwy pod Grunwaldem". Da się? Da. Zaczniemy od tego jakie zgromadzić materiały (farby, rozpuszczalniki, pędzle, palety, te takie metalowe, którymi się rozprowadza farby olejne, płótno). Potem jakie potrzebne są modele ludzkie, zwierzęce i przedmioty z epoki itp, itd. Do tego momentu procedura jest bardzo pomocna. Ale samo malowanie, sama sztuka wymyka się procedurze! Jak zapisać: Wielki Mistrz - bieli cynkowej 20 dkg, czerni - 10 dkg, ugru jasnego - 15 dkg, sieny palonej - 30 dkg, błękitu paryskiego - 2 dkg, czerwieni - 17 dkg? I co? Da się? Ano, nie.

Podobnie jest w medycynie. Procedura jest pomocna, ale nie zastępuje doświadczenia i wiedzy. Doświadczenie zaś zdobywa się na błędach popełnianych z braku doświadczenia. I moim zdaniem innej drogi nie ma. Ja mogę używać pism Świętej Procedury, bo wiem kiedy i na ile mogę od niej odstąpić. Ktoś, kto tego nie wie i kurczowo trzyma się Pisma, będzie popełniał błędy. To tak jak z jazdą na rowerze. Widzieliście na pewno filmiki na YouTube z wariatami, którzy jeżdżą nawet po płotach, poręczach i innych całkowicie do tego nie przystosowanych miejscach. Oni wiedzą co należy zrobić. Tyle, że najpierw jeździli tak jak reszta, po płaskim. I wywracali się, jak reszta, na tym płaskim. Dopiero trening (czyli doświadczenie) pozwolił im na więcej. Na to jednak trzeba czasu.

Świat pędzący do przodu i równocześnie wymuszający unifikację postępowania wszystkich i wszędzie, świat wyznający kult Świętej Procedury, córki Wielkiego Brata, świat wsadzający nos gdzie się tylko da - to coś okropnego.

Mimo wszystko, dobrego dnia.

___________________________
*) bo ja do Liceum chodziłem, na dwóch nogach. Teraz się "uczęszcza".

wtorek, 6 marca 2012

Szaman Galicyjski i sprawa pierwszej pomocy

Obiecałem historyjkę ilustrującą "proceduralne podejście do sprawy" (PPdS).
Rzecz dzieje się we wczesnych latach pięćdziesiątych nad polskim morzem. Lud pracujący miast i wsi odpoczywa na wczasach zorganizowanych przez FWP. Wśród licznych relaksujących się wczasowiczów są także dramatis personae, które ważne będą dla dalszego ciągu. Pozwólcie, że ich przedstawię: Wczasowicz - szczupły, w średnim wieku, lubiejący się napić, a na plaży zwłaszcza, w czarnych, dystyngowanych dynamówach, skórzanych mokasynach i skarpetach; Małżonka - w wieku podobnym, nieco przy kości, w kostiumie kąpielowy, z falbankami i fikuśnym kapelusiku; Doktór - były armijny chirurg, szpakowaty, noszący się prosto, acz z wdziękiem; Tłum Wokoło - jak to tłum.

Wczasowicz popijał sobie piwko, być może wzmocnione, ale o tym historia milczy, i wylegiwał sie na słoncu. Obok wylegiwała się Małżonka. Parędziesiąt metrów na zachód od nich wylegiwał sie Doktór. Pomiędzy nimi, wokoło nich i gdzie indziej wylegiwał się Tłum Wokoło. Było pięknie. Do czasu, kiedy Wczasowicz postanowił pokazać Małżonce, lub komuś z Tłumu Wokoło, jaki wspaniały z niego pływak. Wypowiedział zatem słynne Jedne z Ostatnich Słów: "Potrzymaj mi piwo" i rzucił się w odmęty Bałtyku.

Z przyczyn, nad którymi do dzisiaj radzą i spierają się historycy, popis mu nie wyszedł. Nie jest jasne do końca, ale przyjmuje się, że zalała go fala, a woda, która wdarła się do jego gardła spowodowała odruchowy kurcz głośni. Są też tacy, którzy przyjmują, że powodem było gwałtowne oziębienie rozgrzanej słońcem skóry i skurcz naczyń prowadzący do wzrostu oporu naczyniowego i przemieszczenia krwi do naczyń żylnych i nagłe obciążenie serca. Są oczywiście i tacy, nieżyczliwi, którzy twierdzą, że pływać nie umiał. Dość na tym, że dramatycznie wymachując rękoma poszedł pod wodę. Małżonka patrzyła na to spokojnie, pewna, że to część pokazu (choć nieżyczliwi twierdzą, że kierowały nią inne, bardziej zbrodnicze intencje), jednak, kiedy nie wypływał przez jakiś czas, ani w miejscu, w którym zniknął pod falami, ani w pobliżu, podniosła alarm. Paru przedstawicieli Tłumu Wokoło zareagowało należycie i zaczęli przeszukiwać dno Bałtyku. Pokrótce, choć owa krótka trwała parę minut, wyciągnęli blado-sinawe ciało Wczasowicza. Tłum Wokoło zaczął gęstnieć, robić rejwach, Małżonka rozpoczęła krzyki rozpaczliwe i to zaalarmowało Doktora, który opodal czytał książkę i jadł jabłko, obierając je starannie ze skórki, bo nie miał jak go umyć, a higieny trzeba przestrzegać nawet, a może szczególnie, na plaży. Przebił się zatem przez Tłum Wokoło, co udało mu się tylko dlatego, że nie przyznał się, iż jest lekarzem i użył łokci. Zobaczył jak najbardziej rozwinięty przedstawiciel Tłumu Wokoło wykonuje sztuczne oddychanie metodą Silvestra, czyli wymachuje bezwładnymi kończynami górnymi leżącego na wznak topielca, który chwilę temu był Wczasowiczem. Doktór, jak wspomniałem, był armijnym chirurgiem, co to na niejednej sali operacyjnej chleb jadał, pełnym werwy i potrafiącym podejmować szybkie decyzje z następowym wprowadzaniem ich w życie.

Tu mała dygresja: w owym czasie ryzyko operacji było dużo większe niż dzisiaj. Od czasu do czasu dochodziło do tragicznych sytuacji, a których u pacjentów leżących na stole operacyjnym zatrzymywało się krążenie, czyli serce przestawało bić. Zewnętrzny masaż serca nie był popularny, nawet praktycznie nieznany wielu, zatem mając otwarty brzuch chorego, chirurg jednym cięciem otwierał od dołu przeponę i uciskał serce bezpośrednio, wielokrotnie z bardzo dobrym skutkiem. Zatem nasz Doktór niewiele myśląc zawrzasnął "wszystkie won mnię stąd!" i trzymanym w ręku nożem, którym obierał jabłko, otwarł Wczasowiczowi brzuch wzdłuż lewego łuku żebrowego, przeciął przeponę i rozpoczął bezpośredni masaż serca. Ku wielkiemu zdumieniu i oburzeniu Tłumu Wokoło. Pewnie miałby własny nóż wbity gdzieś w organizm, ale nagle Wczasowicz zakasłał i zaczął oddychać, a po chwili nawet otworzył oczęta, niezbyt, rzecz jasna, przytome i coś wybełkotał. Jest to pośredni dowód na to, że miał kurcz głośni, który zapobiegł dostaniu się wody do płuc. Ktoś przytomy popędził do telefonu, zawezwano karetkę i ta, wyobraźcie sobie - przyjechała. Niestety, wyposażenie Nysek oznaczonych niebieskim krzyżem nie obejmowało sprzętu chirurgicznego, co w dalszym ciągu tej historii będzie miało kapitalne znaczenie. Pacjenta załadowano na nosze i błyskając niebieskie-niebieskie ruszono w te pędy do szpitala. Niestety, zanim karetka tam dotarła, Wczasowicz zmarł, mimo, że Doktór pojechał z nim i próbował jeszcze raz masażu, a dostęp miał już gotowy.

Wykonano sekcję zwłok. W jej wyniku patolog ustalił, iż "pacjent zmarł skutkiem wykrwawienia do jamy brzusznej, co było następstwem uszkodzenia tętnicy piersiowej wewnętrznej spowodowanej raną zadaną ostrym narzędziem w okolicy lewego łuku żebrowego". No, tak. Kiedy kroił Wczasowicz z zatrzymanym krążeniem, krwawienia oczywiście nie było. Kiedy wrócił - było, ale widzieć go nie mógł. Nasz Doktór trafił do aresztu, oskarżony o umyślne zabójstwo. Tłum Wokoło przepytany na okoliczność zeznał, iż widział, jak Doktór rzucił się z nożem na Wczasowicza, pokroił go na oczach wszystkich i wsadził mu łapę do klatki z piersiami. Czapa, panie dziejku, czapa. Na nic zdały się próby obrony Doktora, że ratował życie i że to obowiązek lekarski. W uzasadnieniu wyroku podano, że lekarz nie ma prawa rozpocząć zabiegu (w tym przypadku otwarcia jamy brzusznej i klatki piersiowej), którego nie jest w stanie ukończyć (zatamować krwawienia), a jego wiara w fakt, że karetka pogotowia wyposażona jest w podstawowy sprzęt chirurgiczny pozostaje bezpodstawna, jak każda wiara.

Smutne, prawda?

Pocieszę Was, moi drodzy. Doktór nie dostał czapy. W odwołaniu od wyroku jego adwokat podniósł fakt zatrzymania krążenia, które w owych czasach było jednoznaczne ze zgonem. Skoro Wczasowicz, jak to mówią, "nie krążył", czyli jego serce nie pracowało - był martwy! Zatem Doktór kroił, na oczach całego Tłumu Wokoło, zwłoki. I mógł dostać najwyżej rok za zbeszczeszczenie zwłok w miejscu publicznym. I dostał, w zawieszeniu, bo działał w stanie wyższej konieczności, czego dowodem przejściowe, co prawda, ale zawsze, przywrócenie Wcasowicza do życia, bo serce przez dobrą chwilę mu biło.

To było pierwsze zwycięstwo Świętej Procedury. Dla prawników liczą się bowiem definicje i (nieznane jeszcze wtedy) Procedury. Towarzyszki Procedury? Obywatelki Procedury? Nie wiem.

Z tą optymistyczną myślą zostawiam Was, mili moi i Ciebie, Cre(w)master, bo to dla Ciebie historia.

poniedziałek, 5 marca 2012

Szaman Galicyjski i sprawa legendy o Świętej Procedurze

Myśli szamańskie błądzą po świecie realnym i nierealnym też. Ponieważ zaś duch ulatuje, kędy chce, także i mój unosi się swobodnie na granicy obu tych światów. Co daje okazje do przemyśleń, nie zawsze mądrych i nigdy nie trzymających continuum.

Mój blogowy przyjaciel, Cre(w)master tutaj i w poście poprzednim opisał ciekawą historię. Owa natchnęła mnie do pewnych przemyśleń. Bardzo społecznych, zresztą.

Społeczeństwo bowiem próbuje przejąć kontrolę nad jednostką wmawiając owej jednostce, iż bez opieki społeczeństwa reprezentowanego przez państwo, jednostka skazana jest na chaos, niebezpieczeństwo i śmierć. Na poparcie tych tez podaje obronę kraju poprzez tworzenie i utrzymywanie wojska, zapewnienie ładu wewnętrznego poprzez utrzymywanie sił policyjnych oraz prokuratury i sądownictwa, ale też organizowanie szkolnictwa na wielu poziomach, opieki zdrowotnej i tp, i td. Jak realizacja wyżej wymienionych zadań wygląda w praktyce każden jeden widzi. Poza mediami różnego autoramentu. Przejęcie tej kontroli obejmuje zarówno określenie celów, bo "ja lepiej wiem, czego ci trzeba i co dla ciebie jest dobre" jak i nadzór (czytaj: wymuszenie) takiej realizacji celów, żeby można było je zunifikować, rozliczyć, sprowadzić do wspólnego mianownika, a przy okazji zatrudnić szwagra i wujenkę na państwowej posadzie. I tak powstaje nowa religia i jej kapłani.

Spróbuję wykazać to na przykładzie św. Procedury.

Kiedyś, dawno temu, medycyna była sztuką. Byli lepsi i gorsi artyści, a także pozbawione talentu indywidua, ale moje pokolenie pamięta jeszcze Tych Wielkich, profesorów, którzy uczyli nas nie chirurgii, interny czy czego tam jeszcze, ale medycyny. Takiej humanistycznej, w której "chory" to był przymiotnik w wyrażeniu "chory człowiek", bo człowiek był podmiotem.

Wraz z postępem wszystkiego w każdym kierunku, ze wskazaniem na te gorsze zwłaszcza, w medycynie pojawiły sie dwa zjawiska. Pierwszym była bezradność urzędasów wobec sztuki medycznej. Bo jak policzyć i zmierzyć sztukę? Jak porównać dwóch lekarzy-artystów? Próbowano wielu sposobów: wyleczył czy nie, był miły czy nie, miał biały fartuch czy nie? Bez żadnego biurokratycznego efektu. Składowych było zbyt wiele. Zatem do diabła ze sztuką. Medycyna stała się rzemiosłem. Pojawiły sie tabelki, w tabelkach ptaszki, instrukcje, raporty, podliczenia. Jak w fabryce gwoździ. No, to jedno z głowy - powiedziały biurokraty.
Drugim zjawiskiem było stale rosnące zapotrzebowanie na "świadczenia medyczne", bo przecież tak można było już mówić, skoro wykonywali je rzemieślnicy. Tu problem był poważniejszy. Nauka sztuki medycznej zajmowała całe życie, bo i najstarsi lekarze spotykali na swej drodze chorych ludzi, którzy stanowili dla nich zawodową zagadkę i rozwiązanie jej pozwalało im czasem na formułowanie całkiem nowych myśli i rozwiązań. Każdy z nich, zapytany o to, jak powinno się kształcić lekarzy, odpowiadał "kluczem jest doświadczenie". Z tym, że obróbka tego klucza z surówki trwała bardzo, ale to bardzo długo. To musi się dać przyspieszyć - uznały biurokraty. I wpadły na wspaniały pomysł. W ciemnościach swoich gabinetów ukuły spisek. Najpierw wybrały spośród śmiertelnych najpiękniejszą kobietę, utrefiły jej włosy, położyły makijaż firmy na A lub O, przyoblekły w zwiewną szatkę kusą tu i ówdzie i postawiły na piedestał. Następnie zwabiły tam owych starych i mądrych profesorów, w większości mężczyzn, więc łasych na kobiece wdzięki i oznajmiły, że oto przed nimi nowa święta. Święta Procedura. A ofiara dla niej jest spisana dokładnie każda czynność wykonywana przez tych starych i siwych mężów, wraz z dokładnym opisem każdego, najmniejszego kroczku. I starcy dali się nabrać. Na wyprzódki pisali algorytmy postępowania w każdej, najmniejszej nawet czynności. A za grubą zasłoną rzeczywistości biurokraty zacierały ręce. Po czym pozbierały karteczki, przepisały starannym pismem i rozdały różnym ludziom, którzy właśnie tylko co ukończyli kształcenie w różnego typu szkołach medycznych, głównie w Zawodowych Szkołach Medycznych (zwanych dawniej Akademiami Medycznymi). Ci, żądni wiedzy i pałający chęcią natychmiastowego dorwania się do pacjentów, ale nie posiadający żadnego doświadczenia, rzucili się na Prawdy Objawione Św. Procedury i zaczęli podług nich leczyć. A mając sukcesy w jakich 80% uznali, że umieją tyle, co ci starzy siwogłowi profesorowie. Kiedy zaś w pozostałych 20% coś poszło nie tak, to groźni panowie w kapeluszach i prochowcach pytali tylko o jedno: "czy postępowałeś dokładnie tak, jak nakazała Św. Procedura?" Jeśli odpowiedź była twierdząca, panowie w płaszczach uśmiechali się życzliwie i znikali. Biada natomiast tym, którzy nie mogli udowodnić, że nie odstąpili na krok od słów świętej. I tak młodzi pojęli, że Św. Procedura jest ich patronką, biurokraty miały swoich "specjalistów" bez zbędnego czekania na to, aż zdobędą doświadczenie, a poza tym mogły liczyć i kontrolować wszystko do woli. Tylko zdrowy rozsądek zniknął gdzieś w cieniu wielkiego posągu Świętej Procedury.
To właśnie widać w historii opisanej przez Cre(w)master'a. Ważne w niej jest, czy były zachowane procedury, czy przestrzegano przepisów, zapisów i czy wszyscy mieli regulaminowe buty. Jak w instrukcji obsługi Świętego Granatu Ręcznego w Monty Pythonie. W ten sposób Pan Prokurator, który o medycynie wie niewiele ponad nic, może stawiać i wycofywać zarzuty; Sąd może ferować wyroki i wszyscy (no, prawie) są szczęśliwi.

W latach pięćdziesiątych zdarzyła się dziwna historia, która przewrotnie ilustruje działalność Świętej Procedury. Ale tę historię opowiem jutro..

sobota, 3 marca 2012

Szaman Galicyjski i sprawa doniesień ze stawu

Życzliwie donoszę Szanownym Czytaczom i Wpadaczom, że sprawa, o której pisałem wcześniej, a dotycząca stawu w moim ogródku i żab je (czasowo) zamieszkujących ma ciąg dalszy.

A ciąg dalszy wygląda tak:


Najsampierw wybuliło skrzek ponad wodę.


Potem pojawiły się takie... plemnikopodobne... ino czarne... obrzydlistwa.



I pełno tego tu!

Życzę miłej wiosny.

środa, 29 lutego 2012

Szaman Galicyjski i sprawa książek.

Dzisiejszy wpis skierowany jest głównie do Anny Black Warrior i Abnegata. Abnegat tu bywa, Anno, a Ty?

Szamańska Matka prawie całe swoje zawodowe życie spędziła na pracy w jednym z bardziej znanych i cenionych wydawnictw. Był bowiem czas, kiedy ludzie czytali papierowe książki, a nie tylko zrzuty z ekranu. Zatem o pracy edytorskiej, przez osmozę, coś tam wiem. I zdumiałem się dzisiaj, kiedy jedna z naszych pielęgniarek, Starsza Pani, oznajmiła bez żadnych wstępów: "Napisałam książkę. Chcesz kupić w internecie? Już jest."

Cykl wydawniczy książki, według mojej osmotycznej wiedzy, to było coś koło roku (jak przewidywano bestseller) albo koło dwóch lat (jak taka se książka).

"Gratuluję, to fantastyczne!" - tu od tego się zaczyna. Zawsze. "Jak tego dokonałaś? Powiedzże, proszę."

I tu Starsza Pani (dobrze po sześćdziesiątce) opowiedziała mi o książce, którą napisała w Wordzie (taki edytor tekstu), weszła na stronę Amazon'a, w podstronę Kindla "Sam publikuję" i posiłkując się filmikiem tam zamieszczonym... wydała książkę, ustaliła ile dostanie od egzemplarza i - ta dam! - książkę można kupić. Po dwóch godzinach. W wydaniu elektronicznym co prawda, nie papierowym, ale zawsze.

Taka wrzuta o najnowszej technice. Anno, Abi, może i wy, następnym razem?

sobota, 25 lutego 2012

Szaman Galicyjski i sprawa niecodzienności

Najmilsza wróciła z eRPe. Tak, wiem, już o tym pisałem. Przywiozła trochę "polskości" i czasopisma*).
Choć wiele spraw znam z internetu, tu nagle zetknąłem się z ich nagromadzeniem, nie tylko w czasie, ale i przestrzeni. Na kilkunastu stronach. W różnych wydaniach. I, przyznaję, mnię zemgliło.

Kolejny raz zetknąłem się w formie skondensowanej z "niecodziennością" Polaków.

Sprawa pierwsza: Madzia. Rozumiem, tragedia. Dziecko zginęło przy/wy-padkowo, mamuśka chciała rzecz zataić i wykorzystała urban legend o porywaczach dzieci. Z początku działała w szoku, potem ewidentnie sprawa ją przerosła, przyznała się, causa finita. Ale nie...
W miejscu znalezienia zwłok dziecka nagle robi się kapliczka, świeczki, znicze, misie, w ostatnich dniach tablica o nieco przedwcześnie, a z pewnością bez sensu, wyrokującym tekście. Za chwilę stanie tam las... krzyży albo i kapliczka.
W kontekście 112 dzieci zabitych na drogach Polski w 2010 roku, co daje średnio ponad dwójkę tygodniowo (z czego 41% w trzech wakacyjnych miesiącach) i ogólnie 3907 zabitych osobach, sprawa Madzi jest kroplą w morzu. Ja rozumiem media, które rzuciły się jak na każdą sensację raczej na zasadzie nie "biedne dziecko" tylko "rany, gazeta XYZ już o tym napisała, my też musimy" zatem piszmy byle co, byle "szybko, zanim dotrze do nas, że to bez sensu**)"

Podobnie, jak z Prezydentem, co to za życia nie cieszył się sympatią, a dopiero po śmierci "że ci ze złota statuę lud niesie"... i wyprawia cyrki pod prezydenckim pałacem.
Zmarło się Wisławie Szymborskiej. Na stronach internetowych dłuższe i krótsze artykuły na Jej temat. I komentarze. W pięćdziesięciu procentach takie, których lepiej tu nie powtarzać. Rozumiem, że nikt nie jest świętym (a w każdym razie niewielu), że mozna nie cenić lub nie lubić czyjejś twórczości, ale odrobina szacunku nad grobem, może?

Czy my, Polacy, nie potrafimy być normalni, codzienni? Reagować na wydarzenia bez nadmiernych emocji, wariactwa, plucia wzajemnie na siebie i zmarłych? Czy każde takie wydarzenie musi wyzwalać w nas albo jakąś chorą ekscytację, prowadzącą daleko poza granice śmieszności i to tam, gdzie nic śmiesznego wcale nie ma, a nawet było by nie na miejscu; albo budzić w nas agresję i próby poniżenia tych, którym być może było przez chwilę lepiej?

Czy to jakaś narodowa cecha?
______________________
*) czy to też podlega ochronie prawnej jako dobro intelektualne?
**) za: Król Julian w "Pingwiny z Madagaskaru", nie wiem © czy ® i czyje

sobota, 18 lutego 2012

Szaman Galicyjski i sprawa soli

Najmilsza wróciła z rRPe. Należało zatem przygotować coś do jedzenia, bo wylatywała rankiem, po malutkim jogurciku, a w domu byliśmy koło czwartej. Poza tym musiało to być coś, co można szybko przygotować i co może poczekać w lodówce przez te parę godzin. Bo wyjazd po nią na lotnisko to 220 kilometrów w jedną stronę.

Zatem coś prostego. Filety z soli "Leonardo".


Potrzebne są: cztery filety z soli lub flądry. Ważne, żeby były w miarę cienkie i dały się zawinąć. Pieczarki, cebula, szalotki (nie miałem, użyłem tylko cebuli), cytryna, śmietana 18%, masło, kostka rosołowa (ja użyłem kostki ziołowej firmy na K.), parę krewetek, ser twardy do posypania i białe wino (można je dodać do sosu, też).

Umyte pieczarki starłem na tarce (grube oczka) razem z cebulą (połowa tej, co na zdjęciu), bo nie chciało mi się kroić w kostkę. Zresztą, była siódma rano i miałem mało czasu. Podsmażyłem razem na łyżce oliwy, doprawiwszy do smaku solą i pieprzem.


W żaroodpornym naczyniu, podlanym oliwą, ułożyłem wymyte płaty ryby, posmarowałem je podsmażonym farszem i zawinąłem. Może to duże słowo, bo złożyłem je w pół. Co widać.


Po złożeniu wszystkich, położyłem na każdy filet po dwie krewetki (ilość zależy od wzajemnego stosunku wielkości krewetek do fileta. Krewetki były ugotowane, gotowe do jedzenia.

Na wszystko poszedł starty ser, parmezan w tym konkretnym przypadku. Gdybym nie przygotowywał tego z wyprzedzeniem, sera bym nie dał w tym momencie, tylko na 10-15 minut przed końcem pieczenia. Następnie całość podlałem połową przygotowanego z kostki bulionu, czyli 250 ml. Może być bulion z ryby, ale ja osobiście nie lubię.
Teraz folia aluminiowa na wierzch i do lodówki. Kiedy przyjechaliśmy z lotniska wystarczyło wsadzić to-to do piekarnika, 200 st.C, nadal pod folią, na ok. 25 minut. Czas zależy od wielkości filetów, farsz jest już podsmażony, zatem czas dla niego nie ma znaczenia, i tu wychodzi, czemu krewetki lepiej mieć ugotowane zawczasu.
Oczekując na upieczenie się filetów przygotowałem sos. Do reszty bulionu, czyli pozostałej szklanki, dolałem białego wina, zagotowałem i dodałem (fatalne zdjęcie, przepraszam), dobrą łyżkę masła roztartą z łyżką mąki.


i kiedy zagotowało się powtórnie dodałem dwie solidne łyżki śmietany 18%.


Tak wygląda efekt. Nie jest na tym zdjęciu imponujący, ale to są talerze do pizzy. To obok to ziemniaki puree na sposób angielski czyli takie sobie.


Dla ozdoby jest zielona pietruszka i dwa podsmażone grzybki uratowane od tarki.

Proste, wiejskie jedzenia. Czas przygotowania ok. 1 godziny za wszystkim, chyba, że ryba jest nie sprawiona.

Życzę smacznego.