wtorek, 20 grudnia 2011

Szaman Galicyjski i sprawa Doktor Łapki

Nowa Pani Doktor, zwana Łapką, bo operuje różniste dolegliwości dłoni, zawitała do naszego szpitala. Z Niemców przyjechała, zatrudniła się w Naszej Kangurzej Firmie i krąży pomiędzy szpitalami.
Miła. Od razu, na początku współpracy, spokojnie omówiła ze mną jak ma ona wyglądać, czego oczekuje ode mnie i co sama może zaproponować. Spokój, profesjonalizm i sympatia. Nawet przeprosiła, że czasem przy  zabiegu mówi po niemiecku, ale to z napięcia. I od razu zapytała, czy jak ja z Polski, to czy nie mam jakiś uraz do Niemców. Pewnie jakbym miał, to by przeprosiła.
Jak sobie przypomnę Nowego od uszów, to po prostu zdziwienie mnie ogarnia, że można tak kulturalnie.

Bo na tym polega różnica pomiędzy doktorami przyjezdnymi, a autochtonami. Autochtoni uważają się za Bóstwa i to wcale nie Pomniejsze. Przyjezdnych traktują z góry. Wszystko, co "nasze" jest najlepsze. My jesteśmy najlepsi. My wiemy wszystko, a nawet więcej. Większość chirurgów uważa, że wiedzą tyle co bóg i jeszcze trochę. A przyjezdni swoje wiedzą, swoje robią i, o dziwo! mają lepsze notowania wśród pacjentów niż miejscowi, choć trudniej się czasem z nimi dogadać.

Autochtoni uwielbiają cyrk. Show must go on! Z zabiegu, który w Polsce robi się w 5 minut na zabiegówce, robią w teatrze*) spektakl  trwający co najmniej pół godziny. Większość to oczywiście pokaz próżności i nadymania się.

Ginekolega, którego nawet lubię, a może po prostu się przyzwyczaiłem, autochtoński konsultant, ma to opanowane do perfekcji. Przychodzi kobitka do pobrania wyskrobin z macicy do hist-patu. Z kompletem badań, USG opisanym z detalami, prawie-że z własnymi probówkami na próbki. I się zaczyna...
- A to może byś znieczulił inaczej, bo ja wiem...
- Znaczy krócej, bo smyrniesz tylko łyżką i po robocie?
- No nie wiem, bo ona ma mięśniaki. Jeden siedmiocentymetrowy i dwa mniejsze.. - i wpada w przydum i z kolei ja nie wiem, czy tak się o znieczuleniu rozmarzył czy o mięśniakach.
Dobra, lecimy, myk kaniulka w żyłę, pacjentka zalekowana, śpi jak aniołek, gość wsadza histeroskop w narząd, bo jak powiada musi wiedzieć skąd pobiera materiał (co ma się tak do rzeczywistości jak wół do karety, bo i tak na koniec wrzuca wszystko do jednego słoika) i zaczyna wpatrywać się w mięśniaki. Są trzy, dokładnie opisane w USG. Jeden siedmiocentymetrowy, dwa mniejsze.
- O, to ten duży! - radości nie ma końca. - A ten, to chyba mniejszy. Hejdż**), przeczytaj mi proszę opis.
Hejdż nie wie który, więc Ginekolega wstaje spomiędzy ud pacjentki, podchodzi do stolika, zaczyna dyrygować przewracaniem kartek. Nie ta, ta też nie... Dziesięć minut temu mówił mi ten opis z pamięci, zbolały jeden.
- O, tutaj. Mięśniak o wiekości 7 centymetrów i dwa mniejsze... Tak, to ten mięśniak. Tak, jak napisali. I drugi też.
Dotknął czegoś rękawiczką, a może mu się tylko zdawało, ale trzeba się przebrać. Zmienił rękawiczki, usiadł i od początku zaczął wpatrywać się w mięśniaki. To z lewej, to z prawej. Ekran monitora jest duży, jakieś 37 cali przekątnej, bo wziął monitor od laparoskopu, jest na co popatrzeć. I tak potrafi spędzić 10 minut gapiąc się w obrazek. Wiadomo, że nic z tym nie zrobi. Nie mamy histeroskopu operacyjnego, może sobie tylko podziwiać wnętrze kobiety***). Ma dokładny opis USG, nic nowego nie znajdzie. Ale się gapi. Potem wreszcie pobiera co ma pobrać i możemy kończyć.
Ten sam zabieg w wykonaniu Profesora (przypomnę, że z Germanii) trwa 5 minut: rękawiczki, dezynfekcja, histeroskop w otworek, są trzy mięśniaki, skrobiemy, dziękuję, skończyłem.

Tak samo z Doktor Łapką. Szybka, profesjonalna, mówiąca z wyprzedzeniem, co będzie robić za chwilę, tak, że instrumentariuszka może się przygotować, ja mogę wyłączyć leki i wybudzić pacjenta z ostatnim opatrunkiem.

No, ale my jesteśmy z Kontynentu.

To dobranoc.

___________________________
*) Blok Operacyjny nazywa się tu The Operating Theatre. Teraz wiem czemu.
**) Hejdż to nasza locumowa pielęgniarka, która ma na imię H, a wymawia się Hejdż.
***) tak, wiem, że liczy się tylko wnętrze, ale chyba nie to akurat.

5 komentarzy:

Monika pisze...

Ojtam, ojtam. Pracę swoją trzeba szanować. Pokazać, że się staram, że myślę, że indywidualne podejście, blebleble... A nie tak, zrobić swoje jakby nigdy nic. Jeszcze wszyscy pomyślą, że to banał i każdy tak może. Np. jakiś z kontynentu ;)

abnegat.ltd pisze...

A pamiętasz tego, co to się modlił przy wyrostku? Raz nawet konsultował z Belfastem... Ale przesadził z tym nadymaniem - bo w końcu go wykopli. Nęli.

(nie)anioł pisze...

I weź tu idź do lekarza- uśpią Cię i będą podziwiać wnętrze ;)

erjota pisze...

Zauważyłem, że ginekolodzy to są specyficzni jeśli chodzi o zabiegi ... :]

Anonimowy pisze...

Występowałam kiedyś w roli tłumaczki pewnej pacjentki ginekologicznej. Kobitka miała USG. Gin z rozmarzeniem wpatrując się w ekran rzekł: Przepiękna macica! Zobaczymy czy jajniczki równie piękne. Nie bardzo wiedziałam jak to rozmarzenie w tłumaczeniu oddać;) Po USG opowiadał pacjentce pół godziny o swoich dokonaniach łuczniczych w szkole podstawowej i żonie baletnicy, która go zostawiła dla ortopedy. Jest coś na rzeczy jeśli chodzi o ginów.

GoS