wtorek, 6 marca 2012

Szaman Galicyjski i sprawa pierwszej pomocy

Obiecałem historyjkę ilustrującą "proceduralne podejście do sprawy" (PPdS).
Rzecz dzieje się we wczesnych latach pięćdziesiątych nad polskim morzem. Lud pracujący miast i wsi odpoczywa na wczasach zorganizowanych przez FWP. Wśród licznych relaksujących się wczasowiczów są także dramatis personae, które ważne będą dla dalszego ciągu. Pozwólcie, że ich przedstawię: Wczasowicz - szczupły, w średnim wieku, lubiejący się napić, a na plaży zwłaszcza, w czarnych, dystyngowanych dynamówach, skórzanych mokasynach i skarpetach; Małżonka - w wieku podobnym, nieco przy kości, w kostiumie kąpielowy, z falbankami i fikuśnym kapelusiku; Doktór - były armijny chirurg, szpakowaty, noszący się prosto, acz z wdziękiem; Tłum Wokoło - jak to tłum.

Wczasowicz popijał sobie piwko, być może wzmocnione, ale o tym historia milczy, i wylegiwał sie na słoncu. Obok wylegiwała się Małżonka. Parędziesiąt metrów na zachód od nich wylegiwał sie Doktór. Pomiędzy nimi, wokoło nich i gdzie indziej wylegiwał się Tłum Wokoło. Było pięknie. Do czasu, kiedy Wczasowicz postanowił pokazać Małżonce, lub komuś z Tłumu Wokoło, jaki wspaniały z niego pływak. Wypowiedział zatem słynne Jedne z Ostatnich Słów: "Potrzymaj mi piwo" i rzucił się w odmęty Bałtyku.

Z przyczyn, nad którymi do dzisiaj radzą i spierają się historycy, popis mu nie wyszedł. Nie jest jasne do końca, ale przyjmuje się, że zalała go fala, a woda, która wdarła się do jego gardła spowodowała odruchowy kurcz głośni. Są też tacy, którzy przyjmują, że powodem było gwałtowne oziębienie rozgrzanej słońcem skóry i skurcz naczyń prowadzący do wzrostu oporu naczyniowego i przemieszczenia krwi do naczyń żylnych i nagłe obciążenie serca. Są oczywiście i tacy, nieżyczliwi, którzy twierdzą, że pływać nie umiał. Dość na tym, że dramatycznie wymachując rękoma poszedł pod wodę. Małżonka patrzyła na to spokojnie, pewna, że to część pokazu (choć nieżyczliwi twierdzą, że kierowały nią inne, bardziej zbrodnicze intencje), jednak, kiedy nie wypływał przez jakiś czas, ani w miejscu, w którym zniknął pod falami, ani w pobliżu, podniosła alarm. Paru przedstawicieli Tłumu Wokoło zareagowało należycie i zaczęli przeszukiwać dno Bałtyku. Pokrótce, choć owa krótka trwała parę minut, wyciągnęli blado-sinawe ciało Wczasowicza. Tłum Wokoło zaczął gęstnieć, robić rejwach, Małżonka rozpoczęła krzyki rozpaczliwe i to zaalarmowało Doktora, który opodal czytał książkę i jadł jabłko, obierając je starannie ze skórki, bo nie miał jak go umyć, a higieny trzeba przestrzegać nawet, a może szczególnie, na plaży. Przebił się zatem przez Tłum Wokoło, co udało mu się tylko dlatego, że nie przyznał się, iż jest lekarzem i użył łokci. Zobaczył jak najbardziej rozwinięty przedstawiciel Tłumu Wokoło wykonuje sztuczne oddychanie metodą Silvestra, czyli wymachuje bezwładnymi kończynami górnymi leżącego na wznak topielca, który chwilę temu był Wczasowiczem. Doktór, jak wspomniałem, był armijnym chirurgiem, co to na niejednej sali operacyjnej chleb jadał, pełnym werwy i potrafiącym podejmować szybkie decyzje z następowym wprowadzaniem ich w życie.

Tu mała dygresja: w owym czasie ryzyko operacji było dużo większe niż dzisiaj. Od czasu do czasu dochodziło do tragicznych sytuacji, a których u pacjentów leżących na stole operacyjnym zatrzymywało się krążenie, czyli serce przestawało bić. Zewnętrzny masaż serca nie był popularny, nawet praktycznie nieznany wielu, zatem mając otwarty brzuch chorego, chirurg jednym cięciem otwierał od dołu przeponę i uciskał serce bezpośrednio, wielokrotnie z bardzo dobrym skutkiem. Zatem nasz Doktór niewiele myśląc zawrzasnął "wszystkie won mnię stąd!" i trzymanym w ręku nożem, którym obierał jabłko, otwarł Wczasowiczowi brzuch wzdłuż lewego łuku żebrowego, przeciął przeponę i rozpoczął bezpośredni masaż serca. Ku wielkiemu zdumieniu i oburzeniu Tłumu Wokoło. Pewnie miałby własny nóż wbity gdzieś w organizm, ale nagle Wczasowicz zakasłał i zaczął oddychać, a po chwili nawet otworzył oczęta, niezbyt, rzecz jasna, przytome i coś wybełkotał. Jest to pośredni dowód na to, że miał kurcz głośni, który zapobiegł dostaniu się wody do płuc. Ktoś przytomy popędził do telefonu, zawezwano karetkę i ta, wyobraźcie sobie - przyjechała. Niestety, wyposażenie Nysek oznaczonych niebieskim krzyżem nie obejmowało sprzętu chirurgicznego, co w dalszym ciągu tej historii będzie miało kapitalne znaczenie. Pacjenta załadowano na nosze i błyskając niebieskie-niebieskie ruszono w te pędy do szpitala. Niestety, zanim karetka tam dotarła, Wczasowicz zmarł, mimo, że Doktór pojechał z nim i próbował jeszcze raz masażu, a dostęp miał już gotowy.

Wykonano sekcję zwłok. W jej wyniku patolog ustalił, iż "pacjent zmarł skutkiem wykrwawienia do jamy brzusznej, co było następstwem uszkodzenia tętnicy piersiowej wewnętrznej spowodowanej raną zadaną ostrym narzędziem w okolicy lewego łuku żebrowego". No, tak. Kiedy kroił Wczasowicz z zatrzymanym krążeniem, krwawienia oczywiście nie było. Kiedy wrócił - było, ale widzieć go nie mógł. Nasz Doktór trafił do aresztu, oskarżony o umyślne zabójstwo. Tłum Wokoło przepytany na okoliczność zeznał, iż widział, jak Doktór rzucił się z nożem na Wczasowicza, pokroił go na oczach wszystkich i wsadził mu łapę do klatki z piersiami. Czapa, panie dziejku, czapa. Na nic zdały się próby obrony Doktora, że ratował życie i że to obowiązek lekarski. W uzasadnieniu wyroku podano, że lekarz nie ma prawa rozpocząć zabiegu (w tym przypadku otwarcia jamy brzusznej i klatki piersiowej), którego nie jest w stanie ukończyć (zatamować krwawienia), a jego wiara w fakt, że karetka pogotowia wyposażona jest w podstawowy sprzęt chirurgiczny pozostaje bezpodstawna, jak każda wiara.

Smutne, prawda?

Pocieszę Was, moi drodzy. Doktór nie dostał czapy. W odwołaniu od wyroku jego adwokat podniósł fakt zatrzymania krążenia, które w owych czasach było jednoznaczne ze zgonem. Skoro Wczasowicz, jak to mówią, "nie krążył", czyli jego serce nie pracowało - był martwy! Zatem Doktór kroił, na oczach całego Tłumu Wokoło, zwłoki. I mógł dostać najwyżej rok za zbeszczeszczenie zwłok w miejscu publicznym. I dostał, w zawieszeniu, bo działał w stanie wyższej konieczności, czego dowodem przejściowe, co prawda, ale zawsze, przywrócenie Wcasowicza do życia, bo serce przez dobrą chwilę mu biło.

To było pierwsze zwycięstwo Świętej Procedury. Dla prawników liczą się bowiem definicje i (nieznane jeszcze wtedy) Procedury. Towarzyszki Procedury? Obywatelki Procedury? Nie wiem.

Z tą optymistyczną myślą zostawiam Was, mili moi i Ciebie, Cre(w)master, bo to dla Ciebie historia.

6 komentarzy:

Anonimowy pisze...

Kurczę felek ... Zasępiłam się, to lepiej dać komuś zejść z tego świata? Czy markować akcję ratunkową, zamiast ratować?
O! Won z procedurą, o!
nika

Anonimowy pisze...

Niby, jak pisze Nika, won z procedurą..., ale z drugiej strony, gdyby nie owa Procedura, to nasz Doktór mimo jak najlepszych intencji, poszedłby na długie lata do więzienia...
Więc, może problem nie leży w procedurze jako takiej, tylko w tym by zawsze znajdować "złoty środek"
Lena

cre(w)master pisze...

Dziękuję Szamanie za opowieść. Czuję się w pewien sposób wyróżniony :)
Konkretną akcję z tym cięciem doktor uskutecznił, ale ja nie o tym chciałem.
Pewnym paradoksem jest stwierdzenie (poparte zresztą przez tęgie głowy), że w Polsce, na chwilę obecną, nie istnieją oficjalne i jedynie słuszne medyczne procedury. Mają je strażacy (i to dość dokładnie opisane), a medycy niestety nie.
W tej sytuacji lekarz może kierować się własnym doświadczeniem, choć jak wynika z opowieści Szamana, nie zawsze będzie to prawnie bezpieczne i to właśnie jest ten paradoks.
Co zaś ma począć ratownik medyczny, kierownik zespołu podstawowego, wypuszczony do pacjenta "samopas"? Żadnych instrukcji, procedur. Jedynie wytyczne ERC, na które ewentualnie można powołać się w sądzie. Niestety biegły sądowy wcale nie musi wydawać opinii na podstawie właśnie tych wytycznych.

Wciśnięto nas - ratowników medycznych do samodzielnej pracy w karetkach i to dobrze, ale nie dano przy tym żadnych prawnych narzędzi i norm.
Wszystko w złej kolejności i na odwrót... Jak zwykle zresztą.

Szaman Galicyjski pisze...

Na tym polega "Paradox Św. Procedury". Z załozenia ma być czyms dobrym i każdy statystyk Wam powie, że jest, ale... Żeby zastosować Św. Procedurę trzeba mieć doswiadczenie, bo nie w 100% przypadków Św. Procedura da się zastosować. Doświadczenie daje mozliwość odróżnienia tego co mozna i da się, od tego co się nie da (wiem, nika, powinno być 'czego', ale lepiej brzmi 'co'). Niestety, sa tacy, którzy uważają, że procedura zastąpi doswiadczenie. I jest ich coraz więcej, niestety.

Michaś pisze...

Szamanie, wsadzanie ręki do klatki to była standardowa procedura w latach 50tych? ;)

Tj. czy był wypracowany jakiś powszechnie akceptowany schemat postępowania w przypadku zatrzymania krążenia? Taki powiedzmy, jakiego uczono studentów?

(Bardzo chciałem uciec od słów schemat i procedura, ale mi się nie udało ;) )

Szaman Galicyjski pisze...

To, co dzisiaj jest kanonem (stale zresztą zmienianym, jeśli chodzi o szczegóły) dotyczącym ABC resuscytacji czyli udrożnienia dróg oddechowych, sztucznej wentylacji i masażu zewnętrznego serca zostało wprowadzone na świecie dopiero w początkach lat sześćdziesiątych. Wcześniej było właśnie sztuczne oddychanie metodą Silvestra (i parę innych też, równie /nie/skutecznych) i masaż wewnętrzny, ale ten to tylko na sali operacyjnej (i nadbałtyckich plażach). Zresztą i dzisiaj, jeśli w czasie operacji "jest się w klatce" i dochodzi do zatrzymania, to można ten masaż wykonać, jednak nie otwiera się klatki specjalnie po to.