sobota, 31 października 2009

Szaman Galicyjski i sprawa Św. Procedury

Szamani poruszają się czasem w świecie równoległym do rzeczywistości i nie mam tu na myśli stanów po użyciu. Wtedy poruszają się również w świecie równoległym, ale drugim pasem. Żeby dostać się do magicznej, szamańskiej rzeczywistości trzeba znać odpowiednie zaklęcia i inkantacje*).

Okazuje się jednak, że są takie kraje, gdzie również używa się zaklęć i magicznych słów.

W ukejskiej medycynie takim słowem jest procedura.

Rozkoszowałem się sobotnim wieczorem z książka rozciągnięty na fotelu w anaesthetic office kiedy zadzwonił telefon. Rzut oka na wyświetlacz - nie 2208, czyli trakt porodowy, co oznaczało by zewnątrzoponówkę do porodu lub, co gorsze, cięcie cesarskie - wydech z ulgą, słucham? A&E, czyli nasz polski SOR prosi o natentychmiastowe przybycie celem ratowania życia. Pędzę, lecę, gnam.

W A&E poruszenie, ale poza latającym wkoło personelem średnim żadnego obiektu ratowania życia nie widzę. Pytam więc jedynego stojącego bez ruchu, Ciemnobursztynowego doktora (odmiana matowa), w czym rzecz. Zgłosili z karetki, że wiozą pacjenta po laryngectomii**), któren podczas rutynowego czyszczenia sobie rurki tracheostomijnej wepchnął był ją sobie w głąb i wyjąć nie może.

Sprawdziłem swój sprzęt, wszystko działa, świeci, buczy i popiskuje, po czem zastygłem w bezruchu jak Ciemnobursztynowy, patrząc z podziwem ile razy można wygładzać prześcieradło na łóżku i macać worek z kroplówką. Nie policzyłem, ale wyszło mi, że wiele razy.

Czekamy.

Jeszcze jedno wygładzenie i macnięcie.

Czekamy.

Wygładzenie, macnięcie, sprawdzenie, czy napis na worku się nie zmienił od ostatniego razu czyli od minuty temu. No, no, nie doceniałem koleżanki...

Czekamy.

Minęło ze dwadzieścia minut. Pielęgniarki patrzą na mnie nerwowo, bo zawezwały konsultanta, a tu nic. Za to można zebrać ładny ochrzan. Ciemnobursztynowy zagłębił się w lekturze BNF czyli spisu leków, co pozwala mu na wyłączenie się z zajęć.

Dwadzieścia pięć minut.

Czekamy.

Mówię spokojnie: albo umarł, bo się udusił, albo mu nic nie jest. Po takim czasie innej opcji nie ma.

Zamierający ruch nagle się ożywił, wygładzenie, macnięcie, kontrola tacy z lekami, rzut oka na wygładzone i macnięte, trochę rozkojarzenia, ale nie wiele, pośladki zwarte, łopatki ściągnięte - pełna gotowość.

Są!

Kółka wózko-noszy na całym, świecie wydają ten sam dźwięk. Kto pracował na pogotowiu lub izbie przyjęć ten rozpozna go wszędzie.

Wpada zielony zespół, wwozi pacjenta na siedząco. Staruszek, zabarwiony jak śliwka z mlekiem***), charczy jakoś tak może nie przedśmiertnie, ale blisko, choć ciągle wygląda na całkiem żywego. Niewiele myśląc porwałem za stołu latarkę i zajrzałem mu w otwór. Jakieś trzy centymetry poniżej krawędzi tracheostomii widać błękitno-zieloną końcówkę rurki. Jeden obrót do stolika, kleszczyki w rękę, zapięcie na widocznym brzegu i ...jednym zręcznym ruchem wyjąłem co trzeba. Obejrzałem koniec, czy nie uszkodzony i czy coś jeszcze nie zostało w środku oraz czy nie ma jakiś tkanek ludzkich, bo mogłem przecież w rozpędzie wyrwać mu płuco, abo co. Nic, czysto. Dziadeczek oddycha normalnie, równo, żadnych niepokojących wrażeń słuchowych nie odnoszę. Radość powoli wypełza na jego sterane życiem oblicze walcząc o miejsce z uśmiechem.

Odwracam się ku memu tymczasowemu zespołowi i zlecam tlen.. . .

A tu wszystko stoi jak na stopklatce. Oczy otwarte nad miarę, usta rozwarte w niemym krzyku "Nooo!!" Ten obraz, co go w Szwecji ukradli, to było właśnie to tylko razy trzy.

Tylko Ciemnobursztynowy z nosem w BNF, jak za szybą.

Co jest, qurna, Stasek? pytam się sam siebie, bo przecież i tak nie zrozumieją.

Najodważniejsza z pielęgniarek stara się mówić powoli.
Coś ty zrobił?! Tak nie wolno! Jak mogłeś mu wyjąć tę rurkę?! On jeszcze nie został wpisany do książki przyjęć, nie ma zmierzonego ciśnienia, tętna, saturacji, nikt go za rękę nie potrzymał i nie głaskał, mówiąc z pełnym przekonaniem "you are doing very well****)"! Nie podpisał czterostronicowej zgody na zabieg i nie wiemy czy rodzina zdążyła dojechać!
Ależ by się dziadzio do tego czasu udusił, kobieto!
Dziadzio dziadziem, ale procedury! Złamałeś je wszystkie.

A jeszcze rentgen klatki... mówi młodsza, ale z takim żalem, że już-już a wepchnąłbym tę rurkę dziadkowi z powrotem.
Po co mu rentgen - pytam nieco już nakręcony.
Bo ma ciało obce w tchawicy.
Nie, już nie ma.
Ależ ma, bo wyjąłeś mu sprzecznie z procedurami i jako takie nie może zostać uznane za wyjęte.
Ale ja mam je w ręce. To co, mam pójść do rentgena i zrobić sobie zdjęcie z rurkę w ręce?
Nie, to chory ma mieć zdjęcie.
Z rurką w ręce?
Patrzyły na mnie dziwnie. No, nie... czemu w ręce?
A gdzie jest rurka?
No, w ręce.

Przestraszyłem się, że za chwilę zagotuje im się płyn mózgowo-rdzeniowy i postanowiłem ustąpić. Z tym, jednakże, że niekoniecznie do końca. Szamany twarde są.

Dałem rurkę paramedykowi mówiąć, żeby przeczyścił i założył z powrotem, tylko tasiemki użył z węzłem takim, coby dziadeczek znowu sobie krzywdy niechcący nie uczynił. A na pozostały personel popatrzyłem z wyższością i powiedziałem, że bardzo im dziękuję za wszelką pomoc, jakiej mi udzieliły w trudnym dziele ratowania ludzkiego życia i zdrowia i że tylko dzięki naszym wspólnym działaniom udało się osiągnąć sukces i pacjent nam się nie udusił, bo proszę, jaki różowy i śliczny jest teraz. I zaproponowałem, żeby dziadka ta sama karetka do domu odwiozła.

O ile pierwsza część przemowy została przyjęta ze zrozumieniem, to odesłanie dziadka do domu nie przeszło. Poszedłem do siebie zostawiając nieco skonfundowany personel A&E, ale wiem, że dziadek spędził jeszcze ponad dwie godziny na robieniu wszystkich przewidzianych procedurami badań, a Ciemnobursztynowy przeczytał połowę leków na literę N.

Bo nie liczy się pacjent. Liczą się procedury. I już. A z szamaństwem, to, qurna Stasek, do Azji.

I ja myślałem, że tylko w RP są ciekawe dyżury na pogotowiu...
_______________________
*) albo adres nocnego.
**) całkowite wycięcie krtani, zazwyczaj z powodu nowotworu
***) opis koloru pod wpływem kobiety, dla mężczyzny śliwka z mlekiem to wstęp do wymiotów, a nie kolor
****) (ang.) świetnie sobie radzisz

piątek, 30 października 2009

Szaman Galicyjski i sprawa Lorda Vetinarego

You Scored as Lord Havelock Vetinari!

Myślę, że obraziłbym większość*) zadając pytanie: czy wiecie co to Świat Dysku? Terrego Pratchetta, oczywiście. Zdarzyło się Wam wczuć w którąś z postaci? Mnie tak, w czasie rozwiązywania tego quizu, który bada, do jakiej postaci z cyklu jesteś najbardziej podobna/y.

Oto mój wynik:

You Scored as Lord Havelock Vetinari

You are Lord Vetinari! Supreme ruler of Ankh-Morpork! Cool, calculated, and always in control. You graduated from the assassins guild, but failed a course on stealth and camouflage, because the professor never saw you there (even though you attended every class).
You always seem to know what everyone is thinking, and after a conversation with you, people feel that they have just escaped certain death.

Dla tych, co mieli w szkole niemiecki lub francuski:

Najbardziej podobny do: Lord Havelock Vetinari

Jesteś Lordem Vetinari. Najwyższym władcą Ankh-Morpork! Zimnym, wyrachowanym, zawsze opanowanym. Ukończyłeś Akademię Skrytobójców, choć oblałeś lekcje znikania i kamuflażu, bo profesor nigdy nie widział cię na zajęciach (nawet jeśli byłeś na wszystkich).
Wydaje się, że zawsze wiesz co kto myśli, a po rozmowie z tobą ludzie mają uczucie, jakby właśnie uniknęli pewnej śmierci.

Cóż, chyba wolałbym być DEATH, ale odpowiedziałem 'nie' na pytanie, czy mówię wyłącznie dużymi literami i nie odmówiłem zupy. Teraz myślę, że może gdybym poprosił o zupę i szmatę...

Może nie zawsze wiem, co myślą ludzie obok mnie, ale i tak mam minę, jakbym wiedział. Wyćwiczyłem ją podczas przerw między zabiegami na Wyspie Katarzyny. Jak w porze lunchu przy stole zaczynało naraz mówić kilka osób, tylko to jedno mi zostawało, żeby nie wyjść na przygłuchego głąba ze stepów Azji. Bo ileż razy można powtarzać "repeat, pls, but slowly and in printed capital letters"**)
Jestem w stanie zrozumieć jednego rozmówcę na raz (przez telefon 3/4 rozmówcy, o ile nie jest beżowy, bo wtedy 1/2). Przy dwóch mówiących naraz pali mi się czerwona lampka przeciążenia, trzech i więcej powodują wyświetlanie się na wewnętrznej stronie powiek czerwonego, mrugającego komunikatu "awaria systemu rozpoznawania mowy! awaria systemu rozpoznawania mowy!".
Z drugiej strony fajnie jest wiedzieć, że pacjenci czują, że ze mną uniknęli pewnej śmierci. Ale czemu już po rozmowie?!
Cóż, jak to w nauce, otrzymane wyniki wymagają dalszych, rozszerzonych badań i dogłębnej analizy w zmiennych warunkach geo-, socjo - i medykopolitycznych.

A wy, kim jesteście?
___________________
*) mam jedną znajomą, której wysłałem kiedyś Kolor Magii. Po jakimś pół roku napisała mi: zaczęłam czytać tę książkę o jakimś pożarze miasta, ale to chyba głupie... NO COMMENTS
**) powtórz, proszę, powoli i dużymi, drukowanymi literami

czwartek, 29 października 2009

Szaman Galicyjski i sprawa Św Laurentego

Wspomniałem wczoraj o St Lawrence's Hospital w Bodmin. Największym na południowym-zachodzie szpitalu psychiatrycznym.



Pierwotnie nazywał się "Cornwall County Asylum". Budowę rozpoczęto 25 marca 1817 roku położeniem kamienia węgielnego pod Radial Building, w owym czasie poza zachodnimi granicami miasta. W kamieniu tym (ważącym 2 tony!) schowano kilkanaście monet będących w obiegu oraz listę nazwisk ludzi związanych z budową szpitala.

Radial Building w 2002 r. po przeksztalceniu w apartamentowiec


Pierwszych pacjentów Cornwall Lunatic Asylum*), ukończony w 1820 roku, przyjął 25 października 1820 roku. Miał 112 pojedynczych i wspólnych sal. W ciągu następnych lat szpital powiększano.

W 1843 wybudowano "wysoki blok", w 1848 "nowy blok", kolejne w 1867, 1873 i 1884. Średnio przebywało tu 760 chorych (w 1905 - 950 pacjentów), zarówno kobiet jak i mężczyzn. Część szpitala, mająca 50 miejsc, przeznaczona była dla prywatnych pacjentów. W ostatnich latach, w związku ze zmianami w podejściu do leczenia chorób psychicznych, szpital pomału przestawia się na nowe tory. Większość budynków jest pusta, stąd na zdjęciach wyglad raczej straszy. Radial, pierwszy budynek szpitalny, w 2002 roku został przekształcony w apartamentowiec.



Jadalnia w Radial House


St Lawrence Hospital dzisiaj z lotu ptaka

Wiecej zdjęć i szczegółów z historii St. Lawrence's Hospital - tutaj.
____________________________
*) to dopiero nazwa dla gry komputerowej

środa, 28 października 2009

Szaman Galicyjski i sprawa doktórskich seriali

Przyjechałem dziś do mojego TC*) pełen zapału do pracy i ...bulba! Gwałtowna zmiana planów, dwoje okulistów ze Skandynawii przybyło ratować oczka tubylców. Obie sale operacyjne zajęte od rana do wieczora. Mam szansę załapać się jutro, jeśli dziś wyoperują wszystko.

Usiadłem więc spokojnie do kompa, przeczytałem, że jeśli wejdę do internetu to po pierwsze będę śledzony przez pracodawcę gdzie i po co wlazłem, a po drugie, że pracodawca nie bierze odpowiedzialności za to, co w tym internecie zobaczę, a co może mnie zgorszyć, zestresować i ogólnie być offensive. Z godnością zignorowałem komunikat i zacząłem szukać newsów z Polski. Gołota grozi Adamkowi (odważny chłopak, dostał wciry i jeszcze szura!), pani minister chce reformować emerytury (strach się bać) i informacja, że House MD będzie miał konkurencję.

Ma nią być Doc Martin, brytyjski serial o chirurgu londyńskim, Dr Ellingham, równie aspołecznym jak House, który zaczyna pracować na prowincji. Powodem tego kroku jest ...strach przed krwią. Cuś długo się ta fobia rozwijała, skoro zdążył najpierw osiągnąć wyżyny chirurgicznej sztuki. Tak jednak bywa, jeśli kto chce na gwałt dorobić legendę do istniejącej postaci. Doc Martin, jeszcze pod nazwiskiem Bamford, był wspaniałym położnikiem w Londynie, a wyjechał stamtąd kiedy odkrył, że żona ma romans z jego trzema przyjaciółmi. I to mnie się podoba. Może trochę obrazy boskiej w tym jest, ale psychologicznie jest uzasadnione lepiej niż ta krwio-fobia. Ten pierwszy Doc Martin wyjeżdża do Kornwalii, do istniejącego miasteczka-portu St. Isaak. Po nakręceniu dwóch czy trzech odcinków, raczej w formie pełnometrażowych filmów, przyszły, wicie, rozumicie, przejściowe, chwilowe... i się skończyło. Prawa do filmu i ekipy kupiła stacja ITV, ale zamiast filmów zrobili serial, zmieniając historię (także wstecz, o czym powyżej), specjalizację doktora i miejsce akcji na nieistniejącą wieś Portwenn.

Czemu tak się rozpisuję? Bo wbrew temu co można przeczytać na stronie o polskiej edycji serialu, kręci się go nadal.

Żaneta, szefowa TC, zapragnęła dodać nam do codziennych obowiązków odrobinę kultury. Nie za darmo, oczywiście. Nawiązała kontakt z filmowcami od Doc Martin i dwa odcinki nakręcono w moim TC! Część załogi dostała możliwość zagrania jako statyści (60 GBP za dzień). Radochy było co nie miara. Powszechną wesołość budziły zachowania, które może nie są dziwne na ekranie, ale w życiu...? Mam na myśli np. wychodzenie odwiedzających z sali, dramatyczny obrót w drzwiach i przesłanie choremu tęsknego spojrzenia spod rzęs. Kiedy patrzy się na to w czasie kręcenia, nogi same się uginają ze śmiechu.

Mnie nie wzięli. Zresztą powiedziałem, że jeśli nie mają roli dla "bloody polish immigrant anaesthetist"**) to nie gram. Nie mieli. Prosili tylko o ustawienie aparatu do znieczulenia, tak, żeby imitował wentylację i monitorowanie. Zrobiłem, czemu nie, ale słyszałem, że to potem wycięli. W związku z czym nici z moich zasług dla kinematografii brytyjskiej.

Serial polecam ze względu na śliczne kornwalijskie krajobrazy, które najładniej wychodzą na zdjęciach. Może zdarzy się wam usłyszeć w dialogach, że ktoś jest "a bit Bodmin". Nie wiem, jak to zostanie przetłumaczone, ale w Warszawie było by to "ktoś z Tworek", a w Krakowie "z Kobierzyna". W Bodmin był największy szpital psychiatryczny, St. Lawrence's Hospital, ale o nim w następnej notce.

A propos monitorowania chorych na filmach. Czy zdarzyło się wam, koleżanki i koledzy, że odruchowo i podświadomie słuchacie bip,bip monitora w scenach szpitalnych? Ja się na tym złapałem i parę razy mną rzuciło, bo taki ciężko ranny we wstrząsie ma równiutkie, wolne tętno, a zaraz potem umiera. Nie wiedzieć dlaczego.

Miłego oglądania. Od 4 listopada w TVP2, środy i czwartki.


________________________
*) Treatment Centre czyli ośrodek leczenia chorób wszelkich (ale tylko u zdrowych)
**) cholerny polski imigrant anestezjolog

wtorek, 27 października 2009

Szaman Galicyjski i sprawa Dziecka Złotego.

Pacjenci czekający na operację czasem się denerwują. Jeśli dodatkowo obciążeni są miażdżycą, nadciśnieniem albo i cukrzycą, mogą mieć niewesołe komplikacje.

Jeden z naszych pacjentów źle się poczuł. Jakaś duszność, gniecenie za mostkiem, tachycardia, spadek ciśnienia, niepokój. Zrobiliśmy ekg - no, pięknisty, świeżutki zawalik, jak w książce dla studentów. Co w ukeju robi się w takim przypadku? Ano, jak w RP - odsyła się chorego do Wysoce Specjalistycznej Jednostki.

Początek jest prosty i piękny. Uzgodnienie miejsca w WSJ polega na zgłoszeniu, że mamy dla nich pacjenta. WSJ jest jedna w całej prowincji, przyjmuje wszystkich, bez grymasów. Dziwnie się czułem, kiedy po telefonie do WSJ zamiast narzekań i dobrych rad, co powinienem zrobić, z wyraźną sugestią, że może nie trzeba przesyłać chorego, usłyszałem autentyczne zaangażowanie, szybkie konsultacje znad słuchawki, co zrobić, żeby mieć szybko wolne łóżko, bo tam, na Wyspie Katarzyny chory potrzebuje pomocy.

Potem trzeba zadzwonić do siedziby ambulansów, zgłosić transport i czekać. Zgłoszenie jest fajniejsze niż w RP. Każdy ma schemat zawierający dane potrzebne po drugiej stronie, można sobie wcześniej przygotować to, co mówić. Nie ma gorączkowego grzebania w papierach lub okrzyków "siostro Marysiu, jaki był ten ostatni potas?!" albo poszukiwania odpowiedzi na jakieś z sufitu wzięte pytanie "klinicysty". Dla kogoś, kto angielskiego przez telefon nie kuma w 100% to wielka wygoda.

Zazwyczaj po zebraniu wszystkich potrzebnych szczegółów słyszałem "no problem, doctor, we are on our way". Tym razem jednak panienka powiedziała "problem jest". Jakiż to problem być może? Mamy młodą lekarkę, świeżo po kursie i ona do was pojedzie. Jak młoda jest i ładna, to niech jedzie - ta nasza polska kurtuazja!

Faktycznie, po godzinie przyjechała ładna panienka (wg tutejszych standardów), złotowłosa i młoda, bardziej wystraszona niż chory, kiedy się dowiedział, że z zabiegu nici, ale za to w ramach rekompensaty proponujemy mu wycieczkę do Belfastu i "balonikowanie". Dwa w cenie jednego! Jak nie pojedzie, to druga taka okazja może się już nie powtórzyć, jakkolwiek dwuznacznie można to zdanie rozumieć.

Chory był gotowy. Checklist przed podróżą.
Centralne wkłucie jest? Aye, aye, sir.
Krwawy pomiar ciśnienia? Aye, aye, sir.
Wyniki wszystkiego co się dało zrobić (bez PSA) aktualne i w normie?Aye, aye, sir.
Pacjent bez bólu, stabilny krążeniowo i oddechowo, przytomny, prawidłowo zorientowany allo- i heteropsychicznie?Aye, aye, sir.
Cewnik w pęcherzu drożny, bilans płynów pod kontrolą?Aye, aye, sir.
To jazda!

To znaczy, jak się okazało, wydawało się nam tylko.
Owóż, nie, żadne 'jazda'! A w każdym razie nie od razu.
Bo poziom potasu jest jednakowoż na dolnej granicy normy i może się w czasie transportu dalej obniżyć i straszliwe tegoż konsekwencje spadną na pacjenta.
Ale to tylko godzina drogi, dziecko złote, nie obniży się aż tak bardzo.
Jesteś pewny? A jakie pacjent ma tempo obniżania się poziomu potasu?
Ano, nie wiem. To fakt. Dziecko złote zażyczyło sobie powtórzenia badania, bo posiadane było sprzed półtorej godziny. Robimy. Po dwudziestu pięciu minutach jest wynik, taki sam jak poprzednio. Hurra! Nie spada. Jedziemy!

Owóż, nadal nie. Pacjent przybył do szpitala na operację, a więc nie jadł i nie pił od poprzedniego wieczora i z całą pewnością jest odwodniony. Trzeba mu przetoczyć płyny.
Cudowny pomysł, dziecko złote, ale możesz toczyć w czasie jazdy.
Nie, trzeba mu przetoczyć teraz. Bez tego nie jadę.
Toczyć można, tylko jak? Jak powoli to strasznie dużo czasu się straci, a poza tym przecież pacjent nerki posiada sprawne i wszystko znajdzie się we worku namocz. A jak szybko to takiego zawałowego serducha może być za mało i wpadnie w obrzęk płuc. Wot, zagwozdka.
Dziecko złote złapało za telefon, kajsi-gdziesi zadzwoniło, pokonferowało. Koniec końców przetoczymy szybko połowę zaplanowanej objętości, zobaczymy co będzie i zadecydujemy jak dalej postępować.

No żeby cię chudy Mojżesz! Ale Dziecko złote było uparte. Toczymy. Połowa zeszła w jakieś półtorej godziny. W tak zwanym międzyczasie trochę mnie to zaczęło nakręcać, bo przecież nie bez znaczenia jest, kiedy chory trafi na balonik. Poszedłem do starszego, w tym przypadku przefajnego Jana i przedstawiłem mu problem. Spojrzał na mnie jak to on, nieco pobłażliwie i mówi: ona nie weźmie? Jej sprawa. Nie możesz jej obarczać odpowiedzialnością, na którą nie jest przygotowana. A w szpitalu chory bezpieczniejszy niż z nią w karetce. Trochę prawdy jakby w tym było. Wróciłem do pacjenta.

Dziecko złote loczki kręci siedząc nad papierami chorego i nagle z dumą wywleka wstęgę zapisanego ekg. Patrząc mi z głęboką urazą w oczy, jakby złapała mnie na podkradaniu herbatniczków z jej talerzyka, mówi jadowicie: na tym ekg jest uniesienie ST-T. To jest zawał!

Jezusku tłuściutki! A po co żeś ty, dziecko złote, tu przyjechała? Wiesz chociaż? Pacjenta z zawałem przewieźć na zabieg do WSJ masz.
No, niby tak, ale ja muszę do mojego szefa zadzwonić, czy on mi pozwoli tak ciężko chorego transportować.

Najpierw mnię porwał śmiech pusty, a potem litość i trwoga. Na wszystkich bogów Podziemia, do którego nota bene choremu było coraz bliżej, gdzie ja jestem? Zjednoczone Królestwo w XXI wieku czy Mogadisz, lata trzydzieste ubiegłego stulecia?

Zadzwoniła. Nie słyszałem co jej szef powiedział, ale chyba bardziej był po mojej stronie, bo jakoś zczerwieniona wyszła z kanciapki po rozmowie i pozwoliła przełożyć pacjenta na wózek i pojechała z nim do ambulansu. Odprowadziłem ją do samej karetki, żeby jej znów co do głowy nie wpadło, np. że zjazd windą niebezpieczny, albo wiatr za duży.

Przyjechała o 10:00. Wyjechała przed 16:00.

Twardy jest irlandzki lud, bo pacjent przeżył i kiedy wrócił na wewnętrzny do naszego szpitala bardzo nam za opiekę dziękował.

Cóż, nie wszystko rozumiem z tutejszej medycyny. Może oni nie mieli OOZW w OC?*)

Wpadnijcie jeszcze.
_______________________________________
*)Organizacja Ochrony Zdrowia Wojsk w Obronie Cywilnej. Starsi rozumieją, bo mieli na medycynie wojsko. Młodsi nie, niech żałują.

poniedziałek, 26 października 2009

Szaman Galicyjski i sprawa tajemniczego poety

Dziś romantycznie. I krótko. Ale tego pana bardzo lubię.



Był z Irlandii, związany jest z Drumcliff, tam też zgodnie z jego wolą pochowano go przenosząc ciało z Francji.

Urodził się w Dublinie w 1865 roku. Rodzinę miał artystyczną, ojciec był malarzem, podobnie jak brat poety, Jack. W dzieciństwie spędzał lato w Sligo, pod górą Ben Bulben, którą wielokrotnie opisywał w swoich wierszach. Tam też poznał ekscentrycznego wuja, który był źródłem irlandzkich i celtyckich legend.
W 1887 roku cała rodzina przeniosła się do Londynu.
Dwa lata później poznał kobietę swego życia (dobra, jedną z kobiet swego życia), Maud Gonne. W ciągu następnych czternastu lat wielokrotnie się jej oświadczał, ale nigdy nie został przyjęty. Podobno Maud mawiała, że świat będzie jej wdzięczny za tę odmowę.

Jeśli ten wiersz jest spowodowany jedną z odmów - dzięki ci, Maud!




Had I the heavens` embroidered cloths,
Enwrought with golden and silver light,
The blue and the dim and the dark cloths
Of night and light and the half light,
I would spread the cloths under your feet:
But I, being poor, have only my dreams;
I have spread my dreams under your feet;
Tread softly because you tread on my dreams.



Gdybym miał niebios wyszywaną szatę
Z nici złotego i srebrnego światła,
Ciemną i bladą, i błękitną szatę
Ze światła, mroku, półmroku, półświatła,
Rozpostarłbym ci tę szatę pod stopy,
Lecz biedny jestem: me skarby -- w marzeniach,
Więc ci rzuciłem marzenia pod stopy;
Stąpaj ostrożnie, stąpasz po marzeniach.

przekład - Leszek Engelking
Wpadnijcie jeszcze.

niedziela, 25 października 2009

Szaman Galicyjski i sprawa kosztownego transportu

Stacja ambulansów transportowych jest w Belfaście - 80 mil od nas. I oni obsługują transporty, po naszemu mówiąc "erkowe". Nawet jeśli mieliśmy po przewiezienia pacjenta z mojego szpitala do odległego o 28 mil Erne Hospital to przyjeżdżała karetka z Belfastu.

Kiedy miałem przekazać mojego pierwszego pacjenta do Erne okazało się, że przyjdzie nam czekać sześć godzin na transport. Nasz nie był pilny, mieli pilniejsze. Za szpitalem było pogotowie. Piękne karetki, wyposażone jak nasze R. Rzuciłem propozycję, że może weźmiemy jedną z nich, ja pojadę z pielęgniarką z HDU*), bo żadnego pacjenta nie mamy, i jedna z trzech na dyżurze może jechać. Najpierw obejrzeli mnie dookoła, czym nie zwariował może od tych leków, co je podaję. Źrenice jakie? Nie wąskie? Bo może i sam biorę? Owszem są trzy pielęgniarki na dyżurze na pustej sali, ale jedna nie pojedzie, bo jest szefową, druga nie pojedzie, bo jest "locum" z banku**), więc ubezpieczenia na podróże służbowe nie ma, a trzecia pracuje dopiero trzy miesiące i kursu nijakiego na transporty nie ma.

Przecież to tam i z powrotem najwyżej godzina! - tłumaczę jak chłopu na miedzy - Chory stabilny, nic mu nie będzie. Jest 22:00, przed północą wrócimy. Jak będziemy czekać, to zejdzie do czwartej. Po co komu w Erne o 4:30 d... zawracać przyjęciem. Miejcież Boga w sercu.

Na nic to, społeczeństwo tutejsze bezbożne widać jest, będziemy czekać.

Widać jednak zapuściłem im truciznę do uszu, przemyślały, że przecież i one do tej czwartej czekać będą, a może sumienie je ruszyło, dość na tym, że jeszcze przed jedenastą zadzwoniły, że może jednak dało by się wcześniej... Musiały wzruszyć panienkę po drugiej stronie druta, bo powiedziała, że dobra, wyśle do nas inny zespół, ale bez... karetki. Jak to usłyszałem, tom sobie usiadł i zadumał się. Jakże to tak, na taczki go wezmą? Na wózku szpitalnym powiozą? Żeby mnie bardziej nie obwąchiwały i nie patrzyły mi w źrenice się nie odezwałem. Pażywiom, uwidim.

Po dobrej godzinie***) mam telefon z HDU, że przyjechali i cobym przyszedł pacjenta przekazać. Wchodzę, a tu radosny, zielono przyodziany zespół dwuosobowy typu lekarz-pielęgniarka, plus trzy ogromne walizy, bo w jednej butla z tlenem i przenośny respirator, w drugiej zestaw monitorujący z czteroparametrowym monitorem (ekg, pulsoksymetria, CVP i krwawe tętnicze dla ciekawych), a w trzeciej leki i sprzęt do resuscytacji. To co - myślę - teraz jeszcze pacjent na plecy i jazda! Jeden rzut oka na końce nogawek, czy aby nie spięte klipsami, co wskazywało by na przyjazd rowerem (no, czas by mieli jak na Wyścigu Pokoju) - nie spięte, zresztą oddech wyrównany i czoła nie spocone. Mimochodem pytam: a jakżeście to przyjechali, kolego, droga dobra? Droga dobra, nawet ruch niewielki, jak to o tej porze i taryfiarz mógł przycisnąć. Taryfiarz? Ja chyba faktycznie do tyłu z tymi idiomami irlandzkimi jestem. Czegoś nie łapię, ale kiwnąłem głową, że jasne, w takich warunkach to nie ma sprawy. Spakowali sobie pacjenta, uradowali się, że centralne wkłucie i pomiar tętniczy ciśnienia krwawy ma, fakt założenia cewnika do pęcherza skwitowali mlaskaniem zachwytu, ale jak się ma w perspektywie sześciogodzinne czekanie na karetkę, to jeszcze mogliśmy pacjentowi zrobić trwałą i masaż gorącymi kamieniami.

Na salę weszło jeszcze dwoje zielonych, ale naszych, z naszej karetki, z wózkiem, przywitali się miło, a mnie kamień spadł z serca, że jednak jakimś pojazdem mechanicznym pojadą. Pomogli ułożyć chorego na wózko-noszach i razem poszliśmy do ambulansu. Razem, bo dopóki pacjent w obrębie ścian naszych, to nasz ci on i moja odpowiedzialność. Dopiero kiedy znajdzie się w karetce przejmuje go zespół transportowy. Krótko mówiąc - ja z chorym i osadą karetki windą, zespół transportowy schodami, na szczęście w dół. Na podjeździe stoi dumnie z wszelkimi możliwymi światełkami na full nasza karetka. A tuż obok... taxi z Belfastu.

Otóż ten zespół transportowy faktycznie przyjechał taryfą. Miałem moment na pogadanie z lekarzem podczas gdy pacjent był podłączany do wszystkiego co robi ping w karetce. Tak, są zespołem awaryjnym, siedzą w domu pod telefonem i jak trzeba, to taksówką jadą do szpitala przekazującego chorego, wiozą go i wracają do domu. Po zapakowaniu wszystkich do ambulansu, taksiarz pojechał za nimi do Erne, poczekał, aż chorego przekażą i odwiózł zielony zespół do Belfastu.

Rozwiązanie nawet nie głupie. Ale...

Czytałem kiedyś, że opieka zdrowotna w Irlandii Północnej jest o 30% droższa niż na większej wyspie. Nie dziwię się.

_______________________________________

*) High Dependency Unit - nie oddział bardzo uzależnionych, ale odpowiednik naszej Sali Intensywnego Nadzoru.

**) pielęgniarki są w tzw. bankach pielęgniarek, czyli na liście w firmie załatwiającej zastępstwa. Jak szpital potrzebuje kogoś na krótko, dzwoni do banku i dostaje pracownika. Dobra praca, stawkę godzinową miały taką jak lekarze.

***) zajmie mi to dobrą godzinę = 66 minut, za małą godzinkę będzie = 54 minuty


sobota, 24 października 2009

Szaman Galicyjski i sprawa Wyspy Katarzyny

Inis Ceithleann. Wyspa Katarzyny.

Moje pierwsze miejsce pracy w Ukeju. Małe (15tyś. mieszkańców), spokojne miasteczko w hrabstwie Fermanagh. Dalej na zachód już tylko Donegal, Atlantyk i ta babka z pochodnią. Położone pomiędzy Górnym i Dolnym jeziorem Erne, nad rzeką (niespodzianka!) Erne. Tu wszystko jest związane z rzeką - szpital jest Erne Hospital, centrum zakupowe - Erneside i tak dalej.

Osadnictwo zaczęło się tutaj we wczesnym średniowieczu. Na pobliskiej, mniejszej wysepce, Devenish Island, założono klasztor, którego ruiny do dziś można podziwiać, wraz z charakterystyczną budowlą - obronną wieżą. Jest to ciekawy pomysł. Otóż w owych czasach Irlandia była miejscem, gdzie masowo kopiowano stare teksty, głównie Biblie. Zajmowały się tym klasztory, które jednakowoż były inaczej zorganizowane niż nam mogłoby sie wydawać. To nie były budowle, takie jak np. klasztor w Tyńcu czy na Zwierzyńcu w Mieście. To były luźne, blisko siebie położone eremy, zamieszkałe przez jednego - dwóch mnichów lub mniszki z centralnie położonym kościołem. W jego pobliżu znajdowała się wieża służąca jako schronienie w razie napaści. Napastnikami byli Wikingowie wpływający w głąb lądu na swoich płaskodennych drakkarach.



Konstrukcja wieży zakładała umieszczenie drzwi wejściowych na wysokości około drugiego piętra i zastosowaniu drewnianych schodów. W razie ataku mnisi zabierali cenne księgi i pędzili do wieży. Zewnętrzne schody palono, po wewnętrznych udawano się na najwyżej położony poziom i też, w razie potrzeby, niszczono. Do obrony ciasnych drzwi nie trzeba było wielu ludzi, co też podnosiło zalety tej konstrukcji. Z nielicznych zachowanych opisów można wnosić, że Wikingowie święte księgi mnichów mieli nie przed oczyma, a raczej z drugiej strony ciała, więc nie napastowali mnichów ukrytych w wieżach (o mniszkach zapiski milczą) zadowalając się tym co mogli zrabować na ziemi.



Pierwszym znaczącym budynkiem na Wyspie Katarzyny był wzniesiony przez Hugona Gościnnego Maguire kamienny zamek. Dokładnej daty nie znamy, ale Hugo odszedł do Avalonu w 1428 roku. Należał do młodszej gałęzi rodu Maguire. Sto pięćdziesiąt lat później Cú Chonnacht Maguire wzniósł pierwszą bramę wodną, służącą do pobierania myta od przewożonych towarów i do obrony przed drakkarami, choć te pojawiały się tu ostatnio ponad dwieście lat temu. Ale jakoś trzeba było uzasadnić wydanie publicznej kasy, czyż nie? Planowanie było wtedy równe naszemu, bo obniżający się stale poziom wody już wkrótce pozostawił bramę bez wody.

W okresie tzw. Plantacji (kiedy ziemie rdzennych Irlandczyków były im odbierane i nadawane ludziom wiernym koronie brytyjskiej) zamek zdobywają Anglicy (w 1593, zdobywcą był Kapitan Dowdall). Maguierom nie podobał się taki obrót sprawy i odbili zamek po oblężeniu. Bitwa nazywała się the Battle of the Ford of the Bicuits at Drumane Bridge (a nie tak po prostu Racławice). Dopiero w 1607 roku, kiedy cała Irlandia poddała się panowaniu Anglików, zamek przestał być siedzibą rodu Maguire.

Następcą Maguierów został mianowany Kapitan Cole. Pozostawił po sobie piękny neoklasycystyczny Castle Cole położony "na stałym lądzie" poza wyspą, przy drodze na Belfast.



Obecnie w zamku na Wyspie Katarzyny znajduje się muzeum, głównie militarne.





Ciekawostką jest to oto porcelanowe naczynie nocne. W pobliżu, w Beleek, o którym kiedy indziej, znajduje się najsłynniejsza irlandzka wytwórnia porcelany. Tamże wyrabiano takie naczynia, by okoliczni landlordowie mogli sobie ulżyć nocą bez konieczności pędzenia w deszczu do wygódki. Na dnie naczynia widać portret ówczesnego premiera Wielkiej Brytanii, niejakiego Williama Ewarta Gladstone'a, którego reformy doprowadziły do zmniejszenia dochodów właścicieli ziemskich. Tak, że landlordowie mogli sobie ulżyć nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. Wg starej zasady samurajów: chcesz dochody, masz odchody.



Pomysł można by właściwie przenieść do Polski. Wyobrażacie sobie, jaki byłby zbyt? Co chwila nowy model. Premier. Prezydent. Szef ABW, CBA, ITP. Nie, 'itp' małymi. Niewyczerpane źródło bogactwa. Także lokanie. Każdy kogoś by tam miał. Burmistrz. Starosta. Dyrektor do spraw. A zestawy do samodzielnego montażu? Pamiętajcie - byłem pierwszy!

Wpadnijcie jeszcze.

piątek, 23 października 2009

Szaman Galicyjski i sprawa zdziwionego anestezjologa

Życie anestezjologa, zwłaszcza na wychodźstwie, pełne jest niespodziewanych zdarzeń. Nawet kiedy myślisz, że widziałeś już wszystko, znajdzie się coś, co zada kłam temu twierdzeniu.
Przyzwyczaiłem się do tatuaży. Tu ma je połowa pacjentów. Od malutkich, kolorowych motylków, poprzez serduszka i imiona lubych aż do "dzieł sztuki" zajmujących duże połacie pacjentowego ciała.



Zranione serce z rozpaczy dynda; czemu odeszłaś, o! Rozalinda!

Jedna pani miała na lewym przedramieniu wytatuowane trzy męskie imiona. Rzuciłem krótkie spojrzenie w MQ (medical questionary), a tam stało, że jej najbliższą osobą jest mężczyzna o zupełnie innym imieniu. Zamyśliłem się króciutko nad zmiennością kobiet i podając leki rozluźniające nieco kontakt z rzeczywistością zapytałem podchwytliwie: a któż to po ciebie przyjedzie po zabiegu? Jeszcze świadoma tego co mówi, ale już wyluzowana pacjentka wymieniła to samo imię, co w MQ. Ha - myślę sobie - zwodzisz mnie, ale ja na ciebie sposób mam, miastowy. A kto to są ci wymienieni na przedramieniu twoim? A, toż to synkowie moi nieletni - odparła i zapadła w sen nieprzerwany*). I wtedy pomyślałem o mądrości kobiet. Jakież to proste, wytatuować sobie na przedramieniu imiona dzieci. Zawołać którego chcesz, a nagle ci z głowy wypadło jak mu tam? Podwijasz rękaw i jak znalazł! A że tu bardzo częstym zjawiskiem jest, że trójka dzieci ma trzech ojców, to takie notatki na mankietach całkiem się przydają. Powiadają tu o kobiecie, co miała siedmiu synów, jak w bajce. Przyszła ona, samotna matka (czy jak się ma siedmiu synów, to można być samotną?!) po zasiłek do ochronki. I tam pytają o imiona dzieci, a ona, że najstarszy ma na imię John, drugi John, trzeci też John... Czemu każdy ma na imię John? Bo mi się nie mylą. To po czym ich odróżniasz? Po nazwiskach ojców.

Jednak ja nie o tym dziś chciałem. Tylko o zdziwieniu. Otóż dzisiejsza pacjentka też miała tatuaże, ale jakie! Prawie wszystkie obrazki z A.A.Milne "Kubuś Puchatek" autorstwa E.H.Sheparda! Lubię tę książkę od dzieciństwa, najpierw mi ją czytano, potem przeczytałem ja sobie sam, w końcu czytałem ją mojemu Tygryskowi, kiedy w czas wakacji bawiliśmy nad morzem.

Niemniej jednak trzeba być wielkim fanem, żeby na lewym biodrze mieć Kubusia z Prosiaczkiem



w okolicy hmm... kości krzyżowej Mamę Kangurzycę z Maleństwem



a na prawym ramieniu Puchatka z Miodkiem. I to jeszcze zanim został profesorem.



Zdjęć nie robiłem ze zrozumiałych względów, więc tylko kopie oryginałów zamiaszczam.

Nie dane mi było obejrzeć wszystkiego, bo reszta była w miejscach mniej lub bardziej (raczej bardziej) nie przeznaczonych do oglądania przez osoby postronne.

Podejście do kwesti co u pacjenta angliczańskiego oglądać można, a czego nie, również w znaczny sposób odbiega od środkowoeuropejskich standardów. Pamiętam, na studiach będący, jak moją koleżankę asystent niemal wyrzucił z zajęć, bo osłuchiwała pacjenta przez piżamę. A tu to norma. Postępy jakie w medycynie, czy co? Odsłonięcie pacjentowego ciała podlega kontroli, wymaga obecności przynajmniej dwóch osób trzecich**), z których jedna musi być kobietą, jeśli chodzi o pacjentkę, jeszcze trochę, a będzie się wypełniać specjalne formularze i odfajkowywać co odsłonięto, a co nie, z uzasadnieniem w max 100 słowach. Podyktowane jest to oczywiście troską o godność chorego i nie widzę w tym nic złego, gdyby nie to, że... No, właśnie. Pacjentki do zabiegów ginekologicznych w naszym pre-op'ie kieruje się do najdalej położonego od stanowiska pielęgniarek zachyłka, żeby skryć je przed ciekawskimi spojrzeniami innych pacjentów. Wiadomo, ginekologia wstydliwa jest. Jakoś umknęło uwadze troskliwych pielęgniarek, że ów zachyłek znajduje się na wprost wejścia na nasz pre-op i zaledwie 2 metry odeń, więc każdy wchodzący ma niezakłócony niczym prospekt na to co się tam dzieje i kto tam siedzi lub leży. Jest co prawda firaneczka taka błękitna, którą można by zaciągnąć, ale okazało się, że nie. Bo zaciągnąć ją można tylko wtedy, kiedy ktoś jest z pacjentką w środku i to nie może być na ten przykład anestezjolog. Bo on facetem jest i nie wiadomo co takiej pacjentce w negligé może zrobić. Jak chora zostaje sama, to ze względów bezpieczeństwa też zaciągnąć nie można, bo musi być wgląd. Siedzą zatem w niebieskiej włókninowej szatce czekając na swoją kolej, wymieniając do tego czasu ukłony z wchodzacymi. Pół biedy, jeśli to do operacji katarakty, i tak nic nie widzą.

Trzecią dziwną sprawą jest wszechobecna tu needlephobia czyli paniczny strach przed igłami. Przychodza takie wytatuowane stworzenia i już od drzwi wołają, że są needlephobic i niczego wbić sobie nie pozwolą. Jeśli przy tem seplenią, to po okazaniu języka znaleźć mozna w nim piercing albo dwa. Ja rozumiem, że należy wspierać przemysł ciężki własnego kraju, w tym hutnictwo. Ale noszenie kolczyków w..., no, każdym miejscu ciała, grozi chyba kalectwem? Nawet jeśli nie noszącemu, to partnerowi/partnerce. I jak oni te tatuaże i piercingi robią skoro są fobiści? W znieczuleniu? Po użyciu i to znacznym? Fakt, że niektóre wyglądają jak wydziergane własnoręcznie po paru pintach, ale wszystkiego to nie tłumaczy.

Takie to zdziwienia dziś mnie dopadły. Wpadnijcie jeszcze.
__________________________________________
*) Tzn. nie przerwany przez chirurga, bo ja go przerwałem, ale poźniej.
**) z których jedna jest czwarta, jak dobrze policzyć, ale która?

środa, 21 października 2009

Szaman Galicyjski i sprawa klimatyczna

Zgadało się ostatnio o pogodzie w ukeju. Jest ona zupełnie odmienna od polskiej. Przede wszystkim dlatego, że po lewo jest wielki obszar wody z ciepłym Prądem Zatokowym. Zetknięcie tego ciepłego prądu z zimnym powietrzem znad Islandii i Arktyki powoduje powstanie silnych wiatrów i opadów. Z drugiej jednak strony*) bardzo spłaszcza to amplitudę temperatur i opadów w ciągu roku. Średnia temperatura w styczniu to około 4 stopnie, a w lipcu 18 stopni co daje rozpiętość 14 stopni. Porównajmy to do klimatu polskiego, gdzie mamy w styczniu 6 stopni poniżej zera, a w lipcu 16-20 stopni (różnica 22-26 stopni). Podobnie jest z opadami - w ukeju średnie opady w styczniu to 54 mm, a w lipcu 57 mm, odpowiednio w Polsce 30 mm i 75 mm. Dlatego trudno mówić tu o znaczących różnicach w porach roku, poza oczywiście godzinami wschodu i zachodu słońca.

Kiedy nadeszło pierwsze moje lato na Szmaragdowej Wyspie, nawet tego nie zauważyłem. Kiedy końcem września spytałem: kiedy macie tu lato, usłyszałem w odpowiedzi: w tym roku było 17 sierpnia, we środę, tak między 2 a 5 po południu? A co, przegapiłeś?

Wyspy Brytyjskie, poza Szkocją, są dość płaskie. Nadpływające znad Atlantyku powietrze ogrzane przez Prąd Zatokowy, napotyka na wzgórza i zaczyna unosić się ku górze. Tam ochładza się i powstają mgły lub nisko zawieszone chmury. Kapitalnie wygląda to zjawisko, kiedy w dolinach widoczność jest normalna, z tym, że jest dość szarawo, bo słońce musi przebić się przez mgły, a im wyżej tym mleczniej i gorzej widać. Powłoka chmur jest jednak bardzo cienka, ma mnóstwo dziur, przez które da się dostrzec błękitne niebo i czasem przez nie świeci słońce.



Stąd tak popularne tu zjawisko optyczne zwane tęczą. W naszym polskim klimacie tęcza występuje tak rzadko, że nie wiążą się z nią jakieś legendy czy podania. Poza tym wywołuje niezdrowe sensacje w życiu publicznym np. w czasie parad równości. Na Wyspach, szczególnie w Irlandii, na końcu każdej tęczy siedzi leprechaun (miejscowy skrzat) z garnkiem pełnym złota. Najczęściej jednak skubaniec siedzi akurat na drugim końcu, nie na tym, który jest blisko nas.

Dodatkowo mają tu niesamowite spektakle na niebie. Takich chmur i takiego oświetlenia nie widziałem nigdzie indziej. Kiedy oglądałem akwarele z pejzażami Anglii wydawało mi się, że z kolorami nieba jest coś nie tak, że barwy są przesunięte za bardzo w kierunku fioletu. Teraz, po oglądnięciu kilkudziesięciu nieb tu na miejscu, wiem, że takie właśnie są kolory nieba angliczańskiego.

Poniżej dwa dowody - tak wygląda wschód słońca w Irlandii, w county Tyrone.



Powyżej zdjęcie z grudnia.



A to z października.

Na dziś wszystko. Wpadnijcie jeszcze.

__________________________________________
*) ach, ci dwuręcy polscy anestezjolodzy...

wtorek, 20 października 2009

Szaman Galicyjski i sprawa wielkiej obsuwy

Pamiętacie tę piosenkę? Rudi Schuberth i Kabaret Tey? To były czasy...



Czemu mi się właśnie dzisiaj przypomniała? Bo z pewnością jeden z kornwalijskich operatorów Maszyn-Do-Przycinania-Gałęzi nucił sobie jakiś albioński odpowiednik dziś przed świtem. Poczem przyjechał na moją uliczkę z mocnym postanowieniem dokończenia rzezi wśród flory.

Ale Natura broni się sama, moi mili. Nie trzeba żadnych organizacji typu Greenpeace czy Save-the-planet! Ba, nawet czasem Natura atakuje! I nie sądźcie, że to tylko tsunami lub wulkany gdzieś tam, w świecie! Nie, Natura atakuje na kornwalijskich ulicach. Najpierw przygotowanie artyleryjskie czyli całonocna ulewa i rozmiękczanie gruntu. Potem od rana lekki deszczyk z broni ręcznej, taki co by tylko zachlapać szyby w Maszynach i utrzymać kałuże. I cierpliwość..., cierpliwość... a tej Natura ma sporo, oraz zespolone siły grawitacji i hydrogeologii.

I nagle BANG! Udało się! Koparko-scinarka wszystkiego co podpadnie zjechała z asfaltu, wpadła na rozmiękłe pobocze i skosiła fragment podejścia do domów. Co na zdjęciu poniżej. Te niebieskie rurki, co je widać, to próba "spięcia na krótko" pourywanego wodociągu.



Jedna z blogowiczek napisała nie tak dawno na swoim blogu dość makabryczny dowcip. Mianowicie, że Michael Jackson jest jedynym w historii solistą, który się rozpadł. Na ogół przecież rozpadają się zespoły, czyż nie? Dwa tygodnie potem Jackson nie żył. Czy to jakaś przepowiednia była? Jeśli tak, jestem lepszy. Może nie do końca, ale na pewno moje klątwy sprawdzają się szybciej. W końcu rzuciłem urok na nich wczoraj rano...
Zaczynam się siebie bać...! Jak mi się tak wyrwie "a niech mnie...". Nie kończę, to było by bardzo nierozważne.
W każdym razie, gdyby okazało się, że następnych wpisów nie ma, to znaczyło by...
Jezusku tłuściutki!!!

poniedziałek, 19 października 2009

Szaman Galicyjski i sprawa zasiedzenia

Zasiedziałem się dzisiaj w pracy, co nieczęsto mi się zdarza. Jeszcze rano myślałem, że mam przed sobą dobry dzień, a tu masz.

Najpierw, to znaczy jeszcze w piątek, Piotruś, mój ginekolega, odwołał dzisiejsze obie sesje. Z ciekawości rzuciłem okiem cóż to takiego wiekopomnego miał robić i ileż to żyć (czy rzyci?) miał uratować. I co wylazło? Ano rankiem miała przyjść jedna panienka, co to jakiegoś pypcia miała (tzn. jeszcze ma, bo odwołane...) w "rzeczy samej" (albo tuż obok), a po południu druga, ale do outpatients, czyli tylko pogadać chciała, czy co ma na rzeczy.

Uradował mnie tym przeokrutnie, bo właśnie takiego wolnego przedpołudnia było mi trzeba.

Mianowicie, jako porządny rezydent UK chciałem zapłacić podatek od posiadanego pojazdu i to z wyprzedzeniem, bo potem zapomnę. Jak prawie wszystko w tym kraju, można i to zrobić przez internet. Wlazłem na stosowną stronę, zaznaczyłem co trzeba było zaznaczyć, a to-to ustrojstwo mi mówi, że musi sprawdzić, czy aby mam MOT, czyli badanie techniczne aktualne. Zaszumiało, zahuczało, popiszczało i przestało. Po czem wyświetliło w angielskich barwach (czyli czerwone na białym), że aktualnych badań ni mom. Noż, Jezusku tłuściutki! Jakże nie mam, kiedy mam?! Rzuciłem parę wyrazów pod adresem mechaników, co mi przegląd robili, że do głównej bazy nie przesłali danych, a potem rzuciłem się do papierów. Wyszło na to, że niepotrzebnie się rzucam, bo MOT mam aktualny do 24 października, a tax chcę zapłacić od 1 listopada. Parszywy system sprawdził i dał mi odpór. Chrześcijanina tak traktować?! Zadzwoniłem do mojego serwisu, umówiłem wizytę, wszystko ok. W lipcu moja Złota przeszła przegląd, więc nie oczekiwałem żadnych niespodzianek. I niesłusznie! Bo oczywiście okazało się, że jakaś żaróweczka nie działa, lampa przednia jest jakaś nie taka i tp. W związku z tym dostałem na różowym papierku zalecenia, co muszę zrobić, żeby dostać MOT. Czy nie można tego zrobić od razu? Obglądnęli auto, wypisali co im się nie podoba, skasowali funciaki i koniec? Milusiński Gavinek wyjaśnił mi, że oni to zrobią, ale muszę przyjechać drugi raz, bo wtedy mnie skasują po raz drugi tylko z innej listy. I po to właśnie potrzebny mi był dzisiejszy wolny poranek.

Zerwałem się przed świtem i wyjechałem... to jest, próbowałem wyjechać. Akurat dzisiejszego ranka moja rada dzielnicowa zapragnęła poprzycinać gałęzie drzew na naszej ulicy. Jest ona tak wąska (ulica, nie rada), że jak cosik urośnie o dwa cale, to już rysuje lakier na przejeżdżających samochodach. A i tak wszyscy jeżdżą tu dwukierunkowo i mniejszy wieje w krzaki, żeby się zmieścić. Tym razem ja byłem mniejszy, bo z tą piekielną maszyną będącą połączeniem koparki z kombajnem równać się nie mogłem. Przedarłem się przez drzewostan, po czyimś podjeździe, cały czas tyłem, bo zawrócić nie ma jak. Udało się.

Zajechałem do serwisu, chłopcy uradowani, że przyjechałem (bo po to mi muszą dać tę różową karteczkę z zastrzeżeniami, żebym mógł pojechać gdziekolwiek, gdzie zrobią to taniej), proszą siedzieć, dają kawusię, kultura w domu i zagrodzie. Po godzinie i pół pan wręcza mi z kwaśną miną kluczyki i papiery. Wiele się należy? - zagaduję uprzejmie. Spochmurniał. Ano, nic - powiada. Czemuż to, ach czemuż? - darmo to tu można tylko po pysku dostać, a i to nie każdy. Bo my sobie nie popatrzyli dokładnie w kompjuter, a tam stoi, że ty masz extended warranty, czyli płacisz tylko za żarówkę, coś ją miał spaloną - on to wszystko w tutejszym narzeczu nawija, oczywiście. No i narobili się chłopcy półtorej godziny za złoty sześćdziesiąt.

Tak, tak, mili moi - chytry dwa razy traci.

Wróciłem do pracy. Luzik, obejrzałem paru klientów na zaś, podumałem nad terminami do zębodłuba (2 grudnia!), zjadłem lanczyk i do roboty.
Sesja z zębodłubem jest o tyle fajna, że człowiek ów jest miły, jasno precyzuje potrzeby, a co najważniejsze, z dokładnością prawie do minuty określa czas trwania zabiegu. Znieczulam nieco inaczej niż Abnegat - używam rurek zbrojonych, które są cieńsze i zajmują mniej miejsca w dzióbie, tak, że nie ma problemów lokalowych ani on ani ja. Poza zębami robimy też podniebienia i przepony jamy ustnej. Dziś tylko się wyrwał i wycinał zmianę na powiece. Żeby jednak nie posądzono go o okulistykę - wyharatał jakiś stary korzeń tej samej pacjentce.

Miało być miło. Dwójka pierwszych pacjentów znieczuliła się wg planu lotu, niestety, kiedy odsyłałem drugą do recovery - alarm. Następna pacjentka odpaliła bradycardią do 38/min, spadkiem ciśnienia do 38/15 i - jak łatwo się domyślić - utratą przytomności. Szczęściem Sally założyła jej wcześniej wkłucie. Poszły płyny, ułożenie głową w dół, udrożnienie dróg oddechowych i oczywiście zmiana planu listy. Z tym jest problem. Kiedy coś dzieje się pacjentowi poza salą - on/ona mają pierszeństwo, a więc lista staje. I zamiast jednej nieprzytomnej mam jeszcze czwórkę wkurzonych, czekających na swoją kolej. Zarządziłem, żeby zębodłub brał się za miejscówki, a ja zostałem z dochodzącą do siebie ex-nieprzytomną. Zacząłem jej tłumaczyć, że w takich okolicznościach to my raczej niechętnie byśmy ją znieczulali, licząc na zrozumienie, a ta na to, że ona tak ma zawsze, jak się podstresuje, i że jak ją przesuniemy na inny termin, to pewnie też tak będzie miała. Nieśmiało próbowałem zasugerować, że może inna, wysocespecjalistyczna jednostka objęłaby ją opieką, ale kiedy usłyszawszy chrząknięcie nad sobą podniosłem wzrok, zobaczyłem Szefową i w jej szczerych do bólu oczach uciekające jak na kreskówce funty. Dobra, czekamy. Jak do końca miejscówek się ustabilizuje powyżej 100 ciśnienia i 60 tętna - robimy. Ustabilizowała się, poszła jako ostatnia.

Niestety, w związku z tym musiałem pozostać dłużej na stanowisku pracy, co spowodowało, że dziesiejszy wpis, zamiast jak zwykle o 18:00 GMT, pojawia się o 23:00. Cóż, jest to dowód, że anestezjolog nie ma lekko i czasem musi wziąć się do pracy. Na szczęście takie dni trafiają się bardzo rzadko.

niedziela, 18 października 2009

Szaman Galicyjski i sprawa irlandzkiego podziemia

Kiedy ma się tak dużo czasu, jak ma staff grade w ukeju, naprawdę nie wiadomo czym się zająć. Przed wyjazdem chciałem zanabyć jakiś przewodnik po Północnej Irlandii, ale okazało się, że ta część świata jest opisywana jako skromny dodatek w książkach o Irlandii. Z tego powodu pozostał mi internet i długie wieczory na dyżurach.

Rzecz jasna na pierwszy ogień poszły jaskinie Marble Arch Caves.

Wiecie, co mnie zdziwiło? Że jaskinie, które formowały się 330 milionów lat temu, i spokojniutko siedziały na swoim miejscu, zostały odkryte dopiero w 1895 roku! Na takiej małej wyspie, gdzie zdawałoby się nie ma piędzi ziemi, po której nie chodziłby człowiek. Dodatkową ciekawostką niech będzie to, że trzy rzeki, płynące na płaskowyżu, pod którym są Marble Arch Caves nagle "zapadają się" pod ziemię i wypływają kilkanaście mil dalej już jako jedna rzeka. A Irlandczyków nawet nie zadarło, co się z nimi dzieje!

Jaskinie odkryli francuski speleolog Eduoard Martel i naturalista Lister Jameson. Zbadali tylko część z nich. Muszę przyznać, że podziwiam ich odwagę - za oświetlenie mieli świece i magnezjowe flary oraz składaną drewniano-brezentową łódkę. A może po prostu ja nie przepadam za włażeniem w niezbadane, ciemne, podziemne tunele?

Już odkrywca jaskiń, Martel, wpadł na pomysł, żeby zrobić z nich atrakcję turystyczną, ale tak naprawdę na dużą skalę udodstępniono je w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia.




Wyprawę rozpoczyna zejście w obrośnięty drzewami jar, na dnie którego jest wchód do właściwych jaskiń, dość wyraźnie oznakowany przez naturę wpływającą tam rzeką.




Nadal można część trasy przebyć łódką, potem, niestety, pieszkom. Czasem, zwłaszcza dzień-dwa po dużych deszczach część trasy jest niedostępna, bo podziemne rzeki przybierają i poziom wody jest tak wysoki, że nie da rady przecisnąć się pod stropem. Widoki są urzekające, jeśli kto lubi takie emocje. Płaskowyż wapienny powstał miliony lat temu, kiedy na terenie dzisiejszej Irlandii było gorące morze pełne różnego rodzaju muszli i korali. Ich szczątki, scementowane mineralnym wapniem*), pełne pęknięć i szczelin stworzyły podziemne koryto dla trzech rzek spływających z Cuilcagh Mountain.




Poniżej podziemna rzeka, widać, że dawno nie padało, i najdłuższy stalaktyt nazwany na cześć odkrywcy - Martel. On, podobnie jak i reszta stale rośnie - jakiś 1 centymetr na 10 tysięcy lat! I ma już 170 cm.


Dadając do tego obfite deszcze, niosące ze sobą piasek i cząstki gleby, woda wypłukała w wapieniu całą sieć korytarzy i sal, których ściany pokryte są różnokolorowymi naciekami.







Są tu wszystkie formy - stalaktyty (to te od góry), stalagmity (te rosnące od dołu), kurtyny, grzyby, porridge-pot, co kto chce. I wszystko fantastycznie podświetlone.


Co tu dużo pisać - zobaczcie sami.

Jeśli mieszkacie w NI lub zamierzacie tam wpaść z wizytą, nie zapomnijcie poświęcić paru godzin (sama trasa zajmuje ok. półtorej godziny) na zwiedzanie Marble Arch Caves.

Namiary:

Marble Arch Caves European Geopark
Marlbank Scenic Loop, Florencecourt, Co. Fermanagh, Northern Ireland
Tel: +44 (0) 28 6634 8855
Jeśli będziecie jechać z daleka, zadzwońcie wcześniej, czy nie padało. Wtedy część trasy jest niedostępna.


P.S. Czy mogłaby jakaś dobra dusza emilnąć mi, jak dołączać zdjęcia do bloga? Zajęło mi to półtorej godziny, bo gady nie chciały wleźć tam, gdzie chciałem, tylko się sadowiły na szczycie wpisu, przed tekstem, tak, że musiałem najpierw przesłać zdjęcia i to od końca, a potem wstawiać tekst. Musi być jakaś prostsza metoda!
_________________________________
*) nie jestem geologiem, jeśli to po polsku nazywa się inaczej - przepraszam

sobota, 17 października 2009

Szaman Galicyjski i sprawa czytactwa na głos

Czaiłem się na ten film od dawna, ale jakoś nigdy nie mogłem się zdecydować. Wiedziałem, że nie jest to pozycja, którą można zapchać puste 120 minut. Miałem rację. Piszę o filmie Lektor (The Reader*) w reżyserii Stephena Daldry. Scenariusz wg powieści Bernharda Schlinka napisał David Hare.

Niesamowity film. Dla mnie niesamowity przez grę Kate Winslet, grającą Hannę Schmitz, główną bohaterkę. O ile jej filmowy partner Michael Berg, grany jest przez dwóch aktorów - Ralpha Fiennesa i Davida Krossa, Kate dźwiga ciężar roli kobiety na przestrzeni 40 lat - od lat '50 do '90 ubiegłego wieku. W każdej scenie jest do bólu prawdziwa, jesteśmy w stanie uwierzyć w każde słowo i każdy gest, który robi. Nic dziwnego, że dostała za tę rolę Oskara.
Nastoletni Michael wraca ze szkoły, chory na szkarlatynę. Kiedy wymiotuje w przygodnej bramie, spotyka Hannę, która widząc nieporządek, najpierw zmywa podłogę, a potem odprowadza chłopaka do domu. Tak zaczyna się związek starszej o 20 lat Hanny z Michaelem, który po krótkim czasie przekształca się w seksualną inicjację nastolatka. David Kross udanie pokazuje przemianę nieśmiałego młodzieńca w pewnego swoich atutów młodego mężczyznę. Hanna, która cały czas kontroluje ich związek, ma jedno dziwne życzenie - prosi Michaela, by czytał jej na głos kaiążki. Nie ma tu jakiegoś wyboru lektury. Michael czyta wszystko - Homera, Czechowa, Twaina. Burzliwy romans trwa jedno lato. Pewnego dnia Hanna znika bez śladu. Michael bardzo przeżywa utratę pierwszej kochanki. Spotyka ją po ośmiu latach. Jest już studentem prawa, a Hanna zasiada na ławie oskarżonych jako jedna ze strażniczek obozu zagłady, współodpowiedzialna za śmierć prawie 300 więźniarek. Dla odbywającej karę (byłej) kochanki Michael nagrywa książki, które czytał jej tamtego lata. Kiedy Hanna ma wyjść na wolność, Michael przyjeżdża odebrać ją z więzienia. Niestety, Hanna nie wyjdzie. Zostawia Michaelowi zadanie do wykonania, które ma być jakąś namiastką zadośćuczynienia za przeszłe grzechy.

Niesamowity film. Po pierwsze (i najbardziej trywialne): czy można kochać potwora? Jak świadomość, że kobieta, pierwsza kobieta, którą dane nam było posiąść, spokojnie patrzyła, jak płonie trafiony bombą kościół z zamkniętymi tam 300 osobmi, wpływa na nasze postrzeganie miłości i jej obiektu? Po drugie (i nieco mniej trywialne): co czyni z człowieka potwora? Czy przestrzeganie prawa, jakkolwiek było by ono nieludzkie, czyni z nas winnych? Czy w tym świetle Hanna jest potworem? Po trzecie (zupełnie nie trywialne): czy wstyd i strach wystarczą, żeby pozwolić skazać kochaną osobę za niepopełnione zbrodnie**?

Na te pytania, postawione w filmie, odpowiedzi musi widz szukać sam.

Jest trochę luk w tym obrazie, niedopowiedzeń, które mi przeszkadzały. Wszystkie łączą się z Michaelem Bergiem. Kiedy okazuje się, że jest w posiadaniu informacji, które mogą uratować Hannę - milczy (student prawa!). Zapisuje się na widzenie z Hanną, ale w ostatnim momencie rejteruje. Wstydzi się samego siebie? Musiałby zeznać kiedy posiadł te informacje, czyli przyznać się do romansu ze zbrodniarką wojenną. Aż tak się bał? Czego? Kiedy miał z nią romans nikt nie wiedział kim jest Hanna. Uszanował jej wstyd i dumę, kiedy sama nie skorzystała z możliwości obrony i wolała ponieść niezasłużoną karę***? Czy dlatego w sekrecie nagrywał dla niej książki, choć nie odpisał na żaden jej list? Ralph Fiennes zagrał człowieka, który wolał zamknąć się samolubnie we własnej samotności, który wolał nie pokazywać brudnych rąk, wolał nie być zamieszany w "tamte sprawy". Nawet kiedy Hanna ma wyjść z więzienia, ich rozmowa pokazuje, że to Hanna nadal jest tą, która rządzi i decyduje. Michael decyduje się opowiedzieć o Hannie swojej córce, to fakt, ale robi to wtedy, kiedy będzie to już tylko jego wersja, taka, jaką chce. Płytki egoista. Czy to jest - w rozumieniu autorów filmu - obraz niemieckiego społeczeństwa okresu post-Auschwitz? Czy są jakieś analogie z naszą historią i byłymi "służbami"?

Może powinienem przeczytać książkę?
_________________________________________
*) panu od Zaklinacza słów już dziękujemy!
**) Hanna jest winna, sama to przyznaje, ale nie tak, jak mówi akt oskarżenia
***) tzn. dalece większą niż inne współuczestniczki zbrodni, Hanna nie była niewinna.

piątek, 16 października 2009

Szaman Galicyjski i sprawa nowej pracy

Moje interview, o którym, wspomniałem w poprzednim wpisie przebiegało podobnie. Hotel, tym razem w Warszawie, krótkie przygotowanie do tego co ma nastąpić ze strony "kółka łowieckiego" i... nagły poślizg, bo cośtam. Ten dał mi szansę na wizytę w Empiku, dalej wiecie. W komisji było ich siedmioro, bo brali też chirurgów. Pytań zatem było więcej, w dodatku dwoje to byli dyrektorzy medyczni (dyrektorów w ukejskim szpitalu jest ze dwa razy więcej niż u nas). Jeden z nich, Eugeniusz, mówił językiem, którego chyba sam nie rozumiał, w każdym razie powtarzał swoje pytania ze dwa razy, a kiedy nadal miałem bladość lic i oczopląs Księżna, która później okazała się być żoną Szefa, tłumaczyła mi to na angielski. Eugeniusz z pewnością dobrze się przy tym bawił, bo każdego poddawał takiej próbie. Szef pokazał mi zdjęcia z Wyspy Katarzyny i szpitala, gdzie miałem pracować, opowiedział o kolegach, którzy czekają na nas z Polski i w ogóle zrobił świetne wrażenie. Starałem się jak mogłem, żeby nie wypaść gorzej i tu właśnie pomogła mi znajomość tych paru widoczków, o czem wcześniej pisałem.

Tu uwaga dla tych, którzy być może będą chcieli skorzystać z tego bloga, żeby dowiedzieć się jak szukać i znaleźć pracę w ukeju. Dowiedz się jak najwięcej o swoim przyszłym miejscu pracy. A miejsce to, to nie tylko szpital/fabryka/biuro. To miasto, gdzie będziesz mieszkać, okolica, w której będziesz żyć, kluby sportowe, atrakcje turystyczne i temu podobne rzeczy. Pamiętam z jakim zaskoczeniem czytałem pierwsze ogłoszenia o pracy, te z ukejskiego rynku. Przyzwyczajony do suchego "ZOZ w X zatrudni anestezjologa na OAiIT. Warunki płacy określa Rozp. Min.Zdr. Nr 123. Mieszkanie służbowe zapewniamy lub nie" wytrzeszczałem oczy na tekst typu: "XYZ Trust poszukuje anestezjologa, który przyłączy się do naszego oddanego zespołu i pomoże nam osiągnąć jeszcze lepsze wyniki. Nasz trust leży w pięknej okolicy, wśród lasów i jezior. Na najbliższą plażę jest 15 mil, do klubu golfowego 10, a do miasta, gdzie pubów jest mnóstwo i jeszcze parę kin - 20." I oni oczekują czegoś podobnego od kandydatów. Zatem padają pytania o sporty, jakie sie uprawia, o zainteresowania pozazawodowe (bo ukejscy mają czas na takowe), o działalność na rzecz społeczności miejscowej i tp. Wszystko to punktowane jest nie mniej niż doświadczenie zawodowe i specjalne umiejętności.

Wyszedłem z mieszanymi uczuciami. Po pierwsze, Irlandia Północna kojarzyła mi się z IRA i bombami. Po drugie, jak sie tam dostać? Po trzecie, łojezu...

Następnego dnia telefon. Chcą mnie, kiedy mogę zacząć? Za dwa miesiące najwcześniej. Oki, zacznij się pakować. Po trzecie, łojezu...

W Macro nabyłem dwie największe walizy, jakie mogłem znaleźć (promocja!), wybrałem co muszę zabrać, włożyłem też książki na tematy zawodowe, zważyłem walizy, wyjąłem książki, zważyłem walizy, wyjąłem płaszcz, zważyłem, zapiąłem, dobra. Spakowałem dokumenty, kserokopie dokumentów, zanabyłem funty w kantorze i byłem gotów.

O świcie dnia W pojechaliśmy z Najmilszą na lotnisko. Walizy okazały się cięższe niż w domu, pod karcącym spojrzeniem Najmilsza szeptem wyznała, że płaszcz uznała za konieczny i wsadziła go z powrotem, kiedy nie patrzyłem. Dopłata do nadbagażu wynosiła więcej niż cena biletu, ale czego się nie robi dla ukochanej, nie? Buziaczki na pożegnanie, przejście przez jedną kontrolę, potem drugą i komunikat, że samolot linii X do Londynu opóźniony jest o cztery godziny. Potem okazało się, że o sześć, ale nie chcieli nas denerwować. Znaczyło to, że biletu Londyn-Belfast mogę użyć w toalecie, byle zadrukowaną stroną od się. Po godzinie oczekiwania zakiełkowała w mojej głowie myśl, że tam przecież, na lotnisku, ma czekać na mnie kierowca ze szpitala. Złapałem za komórkę i zgroza mnię ogarła - wszystkie papiery, łącznie z numerami telefonów są w nadanym bagażu, tak dla bezpieczeństwa, żebym gdzie nie posiał. Noż, piekło i szatani.

Jeden lot, lotnisko w przebudowie, znalezienie bagażu, przebookowanie biletu (z Londynu do Belfastu na szczęście są trzy-cztery loty dziennie), kolejna opłata za nadbagaż powodująca tępy ból za mostkiem, i wreszcie Szmaragdowa Wyspa.

Taksówka czekała, kierowca wcale nie zmartwiony, wręcz szczęśliwy i rozmowny. Jedziemy. Za oknami dziwny świat, zielone pola pokryte owcami i krowami, domki pojedyncze ukryte wśród drzew, jadąc przez prawie całą prowincję 140 kilometrów przejechaliśmy tylko przez trzy malutkie miasteczka.

W motelu prysznic, chwila odpoczynku i pierwsze spotkanie. Małgorzata przyjechała dzień wcześniej. Poszliśmy razem na kolację, przeszliśmy główną ulicą Wyspy Katarzyny, potem bulwarem nad rzeką. Miło tu.

Od następnego dnia zaczęła się praca, docieranie się z miejscowymi, uczenie się mnóstwa nowych rzeczy i oduczanie się nie mniejszej ilości starych. Ale to już inna bajka, na inny tydzień.

czwartek, 15 października 2009

Szaman Galicyjski i sprawa ukejskiego interview

Trochę mnie Abnegat wyszarpnął z tematu, bo nie o tym miał być następny wpis, ale parę słów tu zapodam młodzieży ku nauce, a starszym pod rozwagę.

Otóż jak w owych latach wyglądały interview organizowane przez łowców głów w Polsce każdy może się na stronach owych łowców dowiedzieć. Ja natomiast chcę parę słów "od zachrystji", czyli ze strony tego, co to ma już wystawionych na strzał tuzin głów i tylko patrzeć, którą złowi.

Po roku pracy w ukejskim truście zostałem poproszony przez mojego Szefa o udział w polowaniu. Potrzeba było jeszcze paru anestezjologów w szpitalu, który dla autochtońskich doktorów nie był szczytem marzeń, co najwyżej jako odskocznia ku wyżynom hyperborejskiej anestezjologii. A ja, jako mieszkaniec Krainy Łowów mogłem jako tropiciel bardzo się przydać. Spłoniłem się rumieńcem, że jakże mi decydować w tak poważnej sprawie, ale boss był nieubłagany: masz tu - powiada - siedem teczek osobowych, czytaj i powiesz mi co myślisz. Przeglądnąłem, jak kazał, bo posłuszny jestem, podkreśliłem co u kogo uważam za dobre (żółty flamaster), a z czym bym uważał, bo zdaje się, że sobie ktoś napompował życiorys i log-book* (czerwony flamaster). Oddałem pracę domową, w zamian za co dostałem następne siedem z komentarzem "ty wiesz co z tym robić."

Tu pozwolę sobie na wtręt na temat "nadmuchiwania" log-booków. Robią to tutejsi też, ale miejscowym łatwiej się rozeznać. Natomiast rozmiary, jakie przybiera to u bardziej beżowych "kolegów" przyprawiają o zawrót głowy. Pracowałem z Hindusem, który swoje CV pisał na wspólnym komuterze i dał mi kiedyś przeczytać. Życia by nie starczyło, żeby to wszystko zrobić i piastować wszystkie te funkcje, które on miał. Spytałem go "a jakże to tak?". Bez zmrużenia oka odparł "a co? wiesz, że było inaczej?". Ano nie wiem. I tu mnie miał. Jakiś czas potem czytałem CV Sudańczyka. W zasadzie nie znieczulał tylko do przeszczepu mózgu (ale u człowieka, bo u kozy to i owszem) i nie był ministrem zdrowia. Tu się poddałem.

Zatem w piękny, co w tutejszym narzeczu oznacza - "bez deszczu", wiosenny poranek pomknęliśmy z Szefem na lotnisko w stolicy sąsiedniego państwa. Szybka kawa w barku, żółto-niebieski samolot poszedł w niebo i po trzech godzinach wylądowaliśmy w Balicach. Czekali tam na nas przedstawiciele "kółka łowieckiego" - Polka, więc nie muszę pisać, że urocza i przemiła oraz jej Walijski Odpowiednik, którego znałem ze swojego interview w Warszawie. Razem pojechaliśmy do hotelu Campanile. Pierwsi kandydaci mieli przyjść po południu, więc najpierw obiad. Tuż koło hotelu jest jakiś barek, dość sympatyczny, a że przybysze zwykli lunch opędzać kanapkami, jakoś dało radę. Doktorów do przesłuchania było 14 sztuk, pięć na pierwszy dzień, reszta na drugi.

Szef miał przygotowany speech powitalny, pokaz slajdów z Irlandii Północnej i szpitala, pełna kultura.

Widziałem ten pokaz na moim interview. Przyjechałem za wcześnie do Warszawy i dla zabicia czasu poszedłem do Empiku. Tam w dziale "Geografia" znalazłem przewodnik po Irlandii i przejrzałem część dotyczącą północy kraju. Jak mi przyszły Szef pokazywał slajdy, a ja z radością rozpoznawałem co to jest ("o, to przecież Marble Arch Caves!" albo "ależ to Florencecourt. Och, stara, dobra Florence." ) to kątem ucha słyszałem, jak mi na liczniku lecą dodatkowe punkty.

Pytania zaś były łatwe, bo nie chodziło o egzamin z medycyny czy anestezjologii, tylko z tego jak się będzie z daną osobą pracować, jakie widzi rozwiązania problemów i tp. Nasz medycyna różni się od ukejskiej przede wszystkim podejściem do pacjenta i pracy. My nastawieni jesteśmy na znalezienie i leczenie choroby. Oni na jakość życia pacjenta (i doktora). Sztandarowym pytaniem Szefa była sytuacja, w której do anestezjologa przychodzi chirurg i zgłasza zabieg. Ostry brzuch u 75 letniego chorego w ostatniej fazie Alzheimera, od dwóch lat leżącego w łóżku, w dodatku z POChP. I wszyscy nasi lekarze zaczynali kombinować, mnożyć leki, respiratory i techniki znieczulenia zwiewne jak pajęcze nici. Pamiętam jak Pani Doktór, wysokiej klasy specjalistka, przemiła zresztą osoba, wystrzeliła z takimi rozwiązaniami, że mi opadła szczęka. I kiedy już myślałem, że Szef ją skasuje, ten zaczął dodawać komplikacje: "a co zrobisz, jeśli będzie miał 80 lat? ". Odpowiedziała. "A 85?" Także sobie jakoś poradziła. "A 95?" to był oczywisty bluff z jego strony, ale gra się do końca. Tu ją przytrzymało. Na chwilę spauzowała, popatrzyła na mnie i w jej orzechowych oczach zobaczyłem nieme: "one se robi jaja, nie?" Robił sobie, to oczywiste. Chciał po prostu, żeby dała mu prawidłową odpowiedź, tj. prawidłową wg standardów wyspiarskich.

Prawidłową odpowiedzią było powiedzenie chirurgowi bajki o wężu "ssssss......aj". Bo szanse na uzyskanie jakiegokolwiek pozytywnego wyniku są w takiej sytuacji żadne. A operowanie, jak to mówił mój kolega z polskiego szpitala "dla prokuratora" jest na Wyspie uważane za postępowanie niemoralne. Pani Doktór oczywiście została zakwalifikowana i pracuje w UK.

Z innych ciekawostek. Był się pojawił na interview chłop postury słusznej, garnitur może nieco przez jazdę samochodem zmięty, ale wzrok jasny i bystry, od razu widać, że od gór. Gadone mioł, ni powiem. Ino, ze jak do łoperacyji na giczołach kazoł se dwa dudy doć, do znieculenia na sale przywieść, bo kożde płuco bydzie inakszo techniko duć, rozseparowoł je, kożde jedno na inakszym PEEPie postowił, a no koniec jedno zaklemił, to Szefowi szczena opadła na podłogę, a ja poczułem, że som dwo wyjścia: abo jo za morzem od rzetelnej anastezji odstałem, albo tyn mi tu Sabałowe gadania odstawia i za chwilę góralskom muzyke usłyszym i jo sie ze wstydu som łuduszę. A problem był w tym, że podejmując decyzje z dokumentów jego mieliśmy na liście, że dobry i żeby brać. Spytałem Szefa, czy mogę powtórzyć pytanie po polsku, tak był zesztywniały, że się zgodził. "Doktorze, czy pan zrozumiał pytanie? Bo ja pytałem o żylaki kończyn dolnych..." Spluł się chłopina i tylko mi brakło w tym momencie, żeby "cie chłoroba!" padło. Oczywiście od tego momentu odpowiedź była bardziej niż poprawna, w polskim rozumieniu tego słowa. Czemu w polskim? Bo Wyspiarze nie znieczulają podpajęczo ani zewnątrzoponowo do żylaków. Szef wyjaśnił mi tę zagadkę: jak pacjent jest przytomny, to musisz przy nim siedzieć, za rękę trzymać i konwersację uskuteczniać. A jak go przydymisz, to i sudoku można walnąć, z pielęgniarkami pożartować**, kawusię wypić. Gość się zakwalifikował, dwa miesiące później spotkaliśmy się nad pięknym jeziorem Erne i nasza przyjaźń trwa do dzisiaj. Teraz on pomagał mi założyć i prowadzić tego bloga. Cheers, Abnegat.

Dałem przykłady dwojga lekarzy, którzy przeszli przez interview. Nie dlatego, że dali "prawidłowe" odpowiedzi. Dlatego, że dali sobie radę w stresowej sytuacji, że byli fajni, na luzie (choć trochę, co zrozumiałe, spięci), łapali żarciki, potrafili rzucić swoje. Odpadł natomiast doktór, na którego nota bene Szef się ślinił "z dokumentów", bo miał rok praktyki w szpitalu pod Londynem. Wszystkie odpowiedzi miał "wyspiarskie", nie dał się złapać ani na staruszka z Alzheimerem, ani na żylaki i tp. Ale kiedy wyszedł, Szef spytał tylko: "chciałbyś z nim pracować?" "..." "No, to skreślamy".

Jeszcze jedną zagwozdkę miałem z moim Szefem. Otóż z uporem maniaka powtarzał, że najchętniej brałby z Polski jednorękich anestezjologów. Zachodziłem w głowę, czy chce zrobić oddział pracy chronionej i jakoweś beneficja z charity brać, ale okazało się, że nie. Otóż wszyscy nasi doktorzy przy pytaniu o jakieś rozwiązania kliniczne zaczynali odpowiedź od "to zależy". Na Wyspie są procedury. Jak ktoś pyta "jak znieczulisz 10-letnie dziecko", to pytanie jest jednoznaczne i odpowiedź jest jedna. Wiadomo, że chodzi o Standardowego Brytyjskiego Dziesięciolatka i żadne "zależy" nie wchodzi w grę. A w Polsce takie pytanie od czasu studiów i potem specjalizacji to poszukiwanie "co ten pytający pajac wymyślił?", bo że wymyślił to pewne. A to w połowie odpowiedzi okazuje się, że dziecko ma hemofilię, albo mukowiscydozę, albo jeszcze coś, co ma za zadanie udupić pytanego. Stąd każdy zaczyna od "to zależy" i trudno się z Wyspiarzami dogadać. W tutejszym narzeczu używa się sformułowania "on the other hand"***), więc jednoręcy anestezjolodzy z Polski mają tu wzięcie.

Jeszcze jedna zagadka rozwiązana. Wpadnijcie jeszcze.
_______________________________

*) log book to spis, w formie książki, ile i jakich zabiegów i procedur anestezjolog wykonał, gdzie, kiedy, które samodzielnie, które pod nadzorem i tp.
**) poflirtować nie można, bo to zaraz harrasement będzie, więc trzeba bardzo uważać
***) on the other hand - dosł. z drugiej ręki, znaczy "z drugiej strony"

środa, 14 października 2009

Szaman Galicyjski i sprawa pierwszego interview

Była zimna i wietrzna wrześniowa noc. Słonce zamierzało wstać dopiero za jakieś trzy godziny, księżyc zaszedł już dawno. Mrok rozpraszało żółte sodowe światło latarń górujących nad placem dworcowym w Mieście, gdzie siedziałem samotnie i czekałem na autobus na lotnisko. Ostatni pociąg, który przywiózł mnie tutaj dawno już spał w wagonowni. Miałem czas, żeby zastanowić się, co ja właściwie robię.

Wszystko zaczęło się jakieś dwa miesiące temu. Nieco zdegustowany postępowaniem dyrekcji w moim szpitalu zacząłem rozglądać się za nową pracą. Między innymi nawiązałem kontakty z łowcami głów z UK. Starania rozpocząłem w lipcu i już w sierpniu poproszono moich referentów o opinie. Bardzo po polsku się zachowali, bo przyszli do mnie i powiedzieli: "napisz sobie, a ja podpiszę". Jak powiedzieli, tak zrobili, tzn. ja napisałem, a oni podchlasnęli się pod tekstem. A teraz sam wyślij, bo przecież ze swoich za znaczek płacić nie będę, nie? Wysłałem. Trochę z niepokojem, bardziej z nadzieją (zawsze byłem optymistą) czekałem, co z tego wyniknie. Wyniknął email, że bardzo chętnie, a jakże, zapraszają do Londynu końcem września i nawet zwrócą za przelot i inne wydatki. Trzeba tylko zabać papiery kwalifikujące do postu konsultanta i przygotwać prezentację "Co dobrego mogę zrobić w szpitalu w N.?". Termin trochę przykrótki, ale udało mi się pozamieniać dyżury, a nawet zorganizować wszystkie dokumenty i tłumaczenia potrzebne do rejestrecji w GMC. Nawet, jak nie dostanę tej roboty, to chociaż się zarejestruję. Przygotowałem też prezentację (w PowerPoincie, jak kto ciekawy).

A teraz siedziałem na dworcu, marzłem jak nieszczęście i czekałem na ten nieszczęsny autobus. Co jakiś czas przelatywała mi przez głowę myśl, że może siedzę nie tam, gdzie trzeba, bo nie dość, że autobusu nie ma, to jakoś nikt inny nie czeka. Płonne obawy. Autobus przyjechał, nawet o czasie, z jakiś zakamarków wyszły inne, opatulone w co się dało, cienie i pojechaliśmy. Lotnisko, odprawa, jakaś w przelocie wypita kawa (bo na miejscu toż to, qurna, majątek kosztuje) i spać, jak tylko koła oderwą się od ziemi.

W Luton - rozczarowanie. Pamiętam z dwóch poprzednich pobytów przeszywający wzrok immigration officers, którzy przeglądali dokumenty, wypytywali do kogo?, po co?, na jak długo? i czasem zawracali już z brytyjskiej ziemi. Tymczasem nic. Przejście od samolotu do budynku, sprawdzenie paszportu i koniec. Welcome in UK.

Wszystko tutaj ma inne kolory, nawet szarość nieba jest inna niż ta, którą znam. Czytam prawie wszystkie napisy, jak dostać się do Londynu, rozważam pociąg, ze dwie linie autobusowe i jeszcze jakieś busy. Decyduję się w końcu na pociąg, bo najszybciej. Ląduję na St. Pancras (albo King's Cross, nie rozróżniam). Akurat trwała tam modernizacja dworca, przejścia poodgradzane wysokimi na dwóch chłopa dyktami, idzie się w tych dyktowych tunelach, tłok, jak to w Londynie przed dziewiątą, wszyscy się pchają na mnie, ja trzymam swoją torbę i portfel, bo przecie ani chybi ukradną i z tego wszystkiego wychodzę z dyktowego tunelu na drugim brzegu sznura samochodów, że nie przejdziesz choć siądź i płacz. Na drugim, bo na pierwszym jest zejście do stacji metra. Noż, piekło i szatani, jak teraz wrócić? Z powrotem w te dykty? Mowy nie ma, zresztą mam niedaleko, tylko dwie stacje metra, co akurat w centrum Londynu nie jest odległością przerażającą. Idę, choć pochmurnie, ale nie pada, ciepło nawet, powiedziałbym. Lubię Londyn.

Docieram na miejsce - Great Portland Street, GMC. Winda na piętro, cichutko, czyściutko, mało przypomina znane mi z Polski biura. Podchodzę do recepcji, zaczynam tłumaczyć, kierują mnie do wyższej o głowę ode mnie czarnej dziewczyny, po drodze wciskają kubek z kawą. Qurna, aż tak źle wyglądam? Siadam, wyciągam papiery i tu niespodzianka! Ona mnie rozumie (może widzi, co przyniosłem i się domyśla), ale ja ją też! Najwyżej dwa zdania musiała mi powtórzyć, bo nie załapałem. Porwała dokumenty, skserowała, oddała oryginały, poprosiła o kasę i... załatwione. Jak to, załatwione? Dziesięć minut i załatwione? Chyba jednak mnie nie zrozumiała. Ja chciałem się zarejestrować w General Medical Council, poważnej instytucji, i to w dwóch rejestrach, zwykłym i specjalistycznym. No, tak, rozumiem - pokiwała czarną główką. Znaczy się co, pięć minut na jeden rejestr? Nie, to jakieś niepoważne chyba. Poważne - mówi wręczając mi kawałek papierka, który przed chwilą (widziałem!) oderwała od serwetki pod kawą - masz tu numer, szukaj w internecie za jakieś dwa-trzy dni. Myślę sobie, a pieczątki, a jakieś potwierdzenie, a przesłuchanie skąd i po co to gdzie? Z tym, że jak wstała, żeby mnie pożegnać i stanęła jak czarna wieża nade mną, to ja jak biały skoczek, najpierw na B5, a potem na ulicę! Tylko kawę niedopitą zostawiłem.

Metrem do N. jechałem pełen nadziei, radośnie rozglądając się po otaczającym mnie świecie. Jednak kiedy wysiadłem z metra troszkę mi tej radości ubyło. To na pewno ten sam Londyn? Bo jakiś taki ciut inny, że tak powiem, kolorystycznie. Do szpitala było z pięć minut spacerkiem. Mijałem po drodze szkołę. Akurat była przerwa, dzieciaki rozwrzeszczane, jak chyba na całym świecie, wybiegły na boisko. Wszystkie kolory tęczy. Łaska boska, nie było niebieskich, bo bym pewnie nie wytrzymał i interweniował z jakąś wentylacyjną pomocą.

Szpital fajny, pawilonowa zabudowa, rozłożysta, obok plac budowy i piękna wizualizacja jak to też nowa część będzie wyglądała. Wszedłem i od razu się zgubiłem. Angielskie szpitale buduje się etapowo. Pierwszy etap był końcem osiemnastego wieku, kiedy to powstał pierwszy szpital, potem w dziewiętnastym dobudowano zachodnie skrzydło i przybudówkę, tę po lewo, potem przyłączono stare stajnie i tak dalej aż do dzisiej. Powstaje z tego konglomerat budynków i budyneczków, przejść, korytarzyków, poziomów i półpoziomów tak, że bez mapy ani rusz. I druga niespodzianka dzisiaj. Tym razem mniej przyjemna. Ja pytam przechodzących jak trafić do administracji, a ani oni mnie, ani ja ich ni chu, chu. Jak na skali barw - jeśli żółty, to jestem w stanie wyłowić "prawo/lewo", ale im więcej w skórze barwnika tym mniej łapię. Poruszam się skokami - do najbliższego rogu i pytam następnego. Koniec końców - trafiam. Wchodzę, dzieńdoberek, sama biała populacja, nagle zaczynam rozumieć, dostaję klucz do pokoju, w którym mam zamieszkać, bo interview jutro z rana. Herbatki? Jak to bez mleczka? Acha, on dziki, nie drażnić. Piję bez mleczka, jest dobrze. Popołudnie spędzam w pokoju przeglądając jeszcze raz prezentację, powtarzając jakieś zwroty medyczne i nie, czytam pozostawiony przez kogoś raport z dyżuru, mróz mi chodzi po plecach, bo nie rozumiem tych wszystkich akronimów.

Rano krótka acz solidna toaleta i... do boju!Trafiłem gdzie trzeba i zastałem siedmioro Polaków czekających jak ja. Okazało się, że ichniejszy ZOZ, dla zmyły zwany Trustem, chce stworzyć międzynarodową ekipę. W poniedziałek rozmawiali z Francuzami, wtorek był dniem polskim, następne miały być Niemcy, Szwecja i coś jeszcze, ale nie pamiętam co. Pierwsze pytanie z strony organizatorów - w jakiej formie mamy prezentacje. Okazało się, że połowa z nas nic nie ma, bo co tu prezentować i w ogóle o co chodzi? Ja miałem na CD i kopię na memstick'u i to były od razu punkty dodatkowe. Dwa lata później jeden z kolegów chirurgów z Północnej Irlandii aplikował na stanowisko konsultanta od biustów i zrobił prezentację na 53 slajdy tekstu i 6 bibliografii.Wchodziliśmy "po alfabecie", padło, że idę pierwszy. Milusie pięć osób, witają, proszą siedzieć, może wody? Zaczynamy od prezentacji, osiem slajdów, trochę animacji, podobało się. Pierwsze się podoba, bo nie ma z czym porównać. Potem trzy, może cztery pytania z praktyki anestezjologicznej, raczej proste sprawy - znieczulenie dziecka, rzucawka, nic niezwykłego. Z pytania na pytanie wyostrza mi się angielski, jest fajnie, swobodnie, jakieś żarciki (proste, bo zrozumiałem). Wychodzę nawet nie wiedząc kiedy minęło 50 minut.
W poczekalni oczywiście otaczają mnie koleżanki i koledzy. "O co pytają? Jacy są, mili?" Normalka. Opowiadam, jak to Polak, szczegóły. Potem okazuje się, że każdy miał te same pytania, więc tak jakby troszkę podpiłowałem gałąź, na której chciałem uwić sobie gniazdko, bo mieli czas się przygotować. Umówiliśmy się, że idziemy razem na lunch, więc czekamy aż wszyscy skończą.

Z nudów przeglądam leżące magazyny. Jednym z nich jest miejscowa (dzielnicowa) gazetka. "W rejonie N. jest już(!) 43% przedstawicieli białej rasy." Tu cię mam... "Mówi się tu w 254 językach i narzeczach." Hmmm, jak ja się tu dogadam? Wychodzę przed szpital zadzwonić do domu, powiedzieć, że jestem już po. Po dwóch zdaniach mój wzrok pada na plakat metr na dwa: "Nasza dzielna policja ostrzega - nie wyjmuj telefonu komórkowego na ulicy! Ktoś może ci go wyrwać! W ostatnim miesiącu odnotowano 142 takie wypadki." Kończę rozmowę, choć może przed szpitalem, w pełnym słońcu nic mi nie grozi.

Wracam do środka. Wszyscy już skończyli, idziemy na lunch. Najprościej jest w szpitalnej caffeterii. Taki samoobsługowy barek z całkiem niezłym jedzeniem. Tylko jak tam wejść, skoro drzwi zamknięte na zamek otwierany magnetyczną kartą? Tłoczymy się przez chwilę, może jakiś tubylec będzie wchodził, to wciśniemy się za nim. Na szczęście jakiś beżowy z wewnątrz wypatrzył nas przez szklane drzwi i podbiegł, żeby otworzyć. "Come in, doctors, come in, please". Jasne, jak stoi grupa białych w garniturach to muszą być lekarze, nikt inny tak ubrany tu nie chodzi. Uzupełniamy kalorie i płyny, po czym rozjeżdżamy się do domów.

Im dalej jestem od szpitala w N. tym mniej chcę tam pracować.
Nie wiem czy ktoś z tej grupy dostał tam pracę. Do mnie przysłano propozycję, że owszem, ale nie konsultant, tylko staff grade (oczko niżej). Przemyślałem to, plus wyrwane telefony, 43% białych, 254 narzecza i podziękowałem. Na przyszłość wiem, że trzeba oglądać Eastenders.

poniedziałek, 12 października 2009

Szaman Galicyjski i sprawa nowego iPhone'a

Co tam, pochwale sie. Jestem szczesliwym(?) posiadaczem nowego iPhone'a. Przyznaje, ze nawet specjalnie nie chcialem. Nastawilem sie na nowoczesniejsza wersje mojego Orbita. Problem w tym, ze ten nowy Orbit wystepowal endemicznie na stronach internetowych O2 i nigdzie wiecej. Kiedy wiec znudzilo mi sie czekanie poszedlem do WSSST czyli Wysoko Specjalistycznego Sklepu S Telefonami. Bardzo mily sprzedawca (wiekszosc tutejszych sprzedawcow jest glownie mila i niestety nic poza tym) ze zrozumieniem wysluchal, a) ze moj kontrakt juz sie skonczyl, b) ze oczekuje na spis propozycji, jakie firma moze mi zaoferowac za jego przedluzenie oraz c) ostrzezenia, ze jesli nie, to opodal jest Orange i T-Mobile i ich oferty sa suuuper. Odpowiedzial kolejno: ad a) ze strasznie mu milo, ze tak dlugo doceniam uslugi jego firmy i jak to cennym klientem jestem, ad b) ze darmowy iPhone 16GB to wymarzony produkt dla mnie oraz ad c) ze tamci sprzedaja badziewie i to drogo, a on, prosze, jednym ruchem reki obniza mi abonament do 16,- GBP miesiecznie. Jestes happy?
OK, jestem. To dawaj tego iPhone, niech zobacze co to warte.
Alez oczywiscie, mamy tu jednego, na takiej smiesznej rurce jak waz od prysznica, to sobie zobacz.
Ale ja nie chce na rurce, tylko chce mojego, takiego na zawsze.
I zaczely sie schody. Buzka mojego interlokutora wyrazajaca pelny usmiech powoli przygasa: "Mojego na zawsze to moge miec za dwa miesiace. Moze." Nastepuje dalsze sciemnienie buzki: "Bo akurat im wyszly, a nowe nie przyszly." Proba znalezienia jakiegos rozblysku: "Z tym, ze juz ida." Proba okazuje sie rozpaczliwa: "Ino maja daleko. I kawalek pod gorke." Pelne zaciemnienie. Kornwalijska bryza znad Atlantyku wyje nad Lemon Quay i przerzuca jakies stare, wymiete gazety. Ja chyba tez przygaslem, bo sprzedawca przebiegl oczyma ekran komputera z danymi mojego konta w O2 i rzucil przynete: "moze dalsze obnizenie abonamentu? Tak, powiedzmy, do 6,- GBP?" zapytal z nadzieja w glosie. Nie zabijajcie nadziei - ona potrafi czynic cuda, tak nauczal mnie kiedys prof. Jacek Luczak, z drugiej strony nie poddam sie tak latwo. Co to, za dyche chce mnie kupic? "Jak dostaniemy nowe to zadzwonie, mam tu twoj numer" kusil dalej sprzedawca. Koniec koncow stanelo na abonamencie 6,- GBP miesiecznie do czasu otrzymania iPhone'a i na telefonie natentychmiastowozaraz, jak przyjda.
To bylo w lipcu. Tak poczatkiem pazdziernika pomyslalem "wstapie, moze maja". Mieli. Od dwoch tygodni.
- To czemus nie dzwonil? jest tyko dwoch mezczyzn-sprzedawcow, jeden chudy, jak Anglik, drugi bardziej okraglawy, wiec rozpoznac bylo latwo.
- Dzwonilem, jak bum-cyk-cyk, do wszystkich. Sue, masz klienta.
Wiadomo, na kobiete krzyczec nie bede. Zwlaszcza, ze byla sprawna i szybka. W dziesiec minut mialem w reku pudeleczko, nowy kontrakt do podpisu, futeralik i rachunek, a wszystko to zapakowane w gustowna torbe (papierzasta, bo ekologia rzadzi, a szlag niech trafi rain-forests). Nawet dowiedzialem sie, ze mam wlasciwa karte sim oraz jak NIE nalezy jej zakladac.
Pojechalem do domu, rozpakowalem wszystko, raz jeszcze przeczytalem kontrakt i zaczela sie zabawa. W pudeleczku zadnej instrukcji tylko rutynowe objasnienia, zeby nie wkladac telefonu do wody (i to niezaleznie od temperatury), do pieca (tu tylko wymieniono goracy, wiec jakis postep jest) oraz nie podlaczac bezposrednio do 250V.
A reszta? Przelozylem karte ze starego telefonu i wlaczylem. Zaswiecilo sie, zamrugalo i kazalo podac jakis pin. Podalem pin z karty. Nie, nie ten. Masz jeszcze dwie proby. Wylaczylem i jeszcze raz. To samo. Ale nadal mam dwie proby, co natchnelo mnie otucha, ze za kazdym wlaczeniem sa trzy nowe podejscia. Przelozylem karte do starego telefonu i zadzwonilem na help-line O2. Radosny glosik jakiejs cyborgowicy zaszczebiotal: "Jezeli nie mozesz uruchomic swojego iPhone - nacisnij 2." Nadusilem 2 i czekam.
"Jaki jest numer telefonu, ktory chcesz odblokowac?" pytalo dociekliwe elektroniczne dziewcze.
Numer pamietam, szybko poszlo.
"Twoj kod jest ......... " polecialo dziewiec cyfr, potem powtorka. "Pamietaj, ze mozesz uzywajac tego kodu pomylic sie tylko 10 razy. Potem bulisz za odblokowanie." Nie jest zle, w bajkach mieli tylko trzy podejscia, a czasem, jak u Sfinksa, tylko jedno. A potem zazwyczaj czapa.
Przelozenie karty jeszcze raz, kolejna proba. Bulba, to nie ten kod. Ani ten w kombinacji z pin'em.
Przekladam karte do starego, telefon do help-line. Z gracja omijam "nadus 2" i kaze sobie service-mana. Obowiazkowo odsluchuje jakies nowoczesne muzyczne klipy, pomiedzy ktorymi dowiaduje sie, jak waznym jestem klientem i jak cennym jest moj telefon do O2. Tak cenny, ze beda go nagrywac, zeby szkolic mlodziez. Kiedy gotow jestem w to uwierzyc odbiera mily i, sadzac po glosie, mlody czlowiek z wyraznie szkockim akcentem. Krotko tlumacze, ze mam nowy telefon, ze nie moge go uruchomic i czy ma jakies pomysly. Mial. Powiedzial w punktach (gdzies sie chyba nauczyl, nie?), ja w punktach powtorzylem. Pochwalil, powiedzial, ze zdalem i czy cos jeszcze? Z kronikarskiego obowiazku zapytalem, czemu, jesli nie ma instrukcji, to nikt w sklepie mi tego wszystkiego nie powiedzial? Pytanie z gatunku retorycznych, bo coz chlopina mogl mi odpowiedziec. Smyrnal jakas formulka, ze O2 zawsze frontem, ze jestem cennym klientem, ze oni mi jakby co to, i tp.
Kolejne przelozenie karty, podlaczenie do kompa, zainstalowanie 108 MB oprogramowania, proba zebrania moich danych, bo przeciez mam dostep do sklepu internetowego... no, nie! niemozliwe, zebym nie chcial!? czy aby na pewno?? Nie, no, dobra, nie chcesz, to nie, ale bedziesz zalowal. Na wszelki wypadek zostawimy ci taki aplet, ktory w przyszlosci... jak to nie chcesz apletu? Wszyscy chca aplet! Tu kolejki sa, zapisy na ten aplet, a ty nie chcesz?!? Dobra, kij ci w oko, nie bedzie apletu.
Cacuszko zaczelo dzialac. Ufff...
Teraz od dwoch dni siedze i na czuja ucze sie co mozna z nim zrobic. Czasem pytam Kolorektalnego, bo on juz ma takie cudo od jakiegos czasu. Dzis powiedzial mi na ten przyklad jak sie odpowiada na sms'y. Latwe. Jak sie wie.
A jak przeniesc wszystkie kontakty? Kilka wazniejszych przepisalem, ale tyle tego mam...

Jak sie odgrzebie z roboty, wpadnijcie znowu.

P.S. Ten tekst, jakkolwiek aktualny zainspirowany zostal wpisem Abnegata: o, tu.