piątek, 23 października 2009

Szaman Galicyjski i sprawa zdziwionego anestezjologa

Życie anestezjologa, zwłaszcza na wychodźstwie, pełne jest niespodziewanych zdarzeń. Nawet kiedy myślisz, że widziałeś już wszystko, znajdzie się coś, co zada kłam temu twierdzeniu.
Przyzwyczaiłem się do tatuaży. Tu ma je połowa pacjentów. Od malutkich, kolorowych motylków, poprzez serduszka i imiona lubych aż do "dzieł sztuki" zajmujących duże połacie pacjentowego ciała.



Zranione serce z rozpaczy dynda; czemu odeszłaś, o! Rozalinda!

Jedna pani miała na lewym przedramieniu wytatuowane trzy męskie imiona. Rzuciłem krótkie spojrzenie w MQ (medical questionary), a tam stało, że jej najbliższą osobą jest mężczyzna o zupełnie innym imieniu. Zamyśliłem się króciutko nad zmiennością kobiet i podając leki rozluźniające nieco kontakt z rzeczywistością zapytałem podchwytliwie: a któż to po ciebie przyjedzie po zabiegu? Jeszcze świadoma tego co mówi, ale już wyluzowana pacjentka wymieniła to samo imię, co w MQ. Ha - myślę sobie - zwodzisz mnie, ale ja na ciebie sposób mam, miastowy. A kto to są ci wymienieni na przedramieniu twoim? A, toż to synkowie moi nieletni - odparła i zapadła w sen nieprzerwany*). I wtedy pomyślałem o mądrości kobiet. Jakież to proste, wytatuować sobie na przedramieniu imiona dzieci. Zawołać którego chcesz, a nagle ci z głowy wypadło jak mu tam? Podwijasz rękaw i jak znalazł! A że tu bardzo częstym zjawiskiem jest, że trójka dzieci ma trzech ojców, to takie notatki na mankietach całkiem się przydają. Powiadają tu o kobiecie, co miała siedmiu synów, jak w bajce. Przyszła ona, samotna matka (czy jak się ma siedmiu synów, to można być samotną?!) po zasiłek do ochronki. I tam pytają o imiona dzieci, a ona, że najstarszy ma na imię John, drugi John, trzeci też John... Czemu każdy ma na imię John? Bo mi się nie mylą. To po czym ich odróżniasz? Po nazwiskach ojców.

Jednak ja nie o tym dziś chciałem. Tylko o zdziwieniu. Otóż dzisiejsza pacjentka też miała tatuaże, ale jakie! Prawie wszystkie obrazki z A.A.Milne "Kubuś Puchatek" autorstwa E.H.Sheparda! Lubię tę książkę od dzieciństwa, najpierw mi ją czytano, potem przeczytałem ja sobie sam, w końcu czytałem ją mojemu Tygryskowi, kiedy w czas wakacji bawiliśmy nad morzem.

Niemniej jednak trzeba być wielkim fanem, żeby na lewym biodrze mieć Kubusia z Prosiaczkiem



w okolicy hmm... kości krzyżowej Mamę Kangurzycę z Maleństwem



a na prawym ramieniu Puchatka z Miodkiem. I to jeszcze zanim został profesorem.



Zdjęć nie robiłem ze zrozumiałych względów, więc tylko kopie oryginałów zamiaszczam.

Nie dane mi było obejrzeć wszystkiego, bo reszta była w miejscach mniej lub bardziej (raczej bardziej) nie przeznaczonych do oglądania przez osoby postronne.

Podejście do kwesti co u pacjenta angliczańskiego oglądać można, a czego nie, również w znaczny sposób odbiega od środkowoeuropejskich standardów. Pamiętam, na studiach będący, jak moją koleżankę asystent niemal wyrzucił z zajęć, bo osłuchiwała pacjenta przez piżamę. A tu to norma. Postępy jakie w medycynie, czy co? Odsłonięcie pacjentowego ciała podlega kontroli, wymaga obecności przynajmniej dwóch osób trzecich**), z których jedna musi być kobietą, jeśli chodzi o pacjentkę, jeszcze trochę, a będzie się wypełniać specjalne formularze i odfajkowywać co odsłonięto, a co nie, z uzasadnieniem w max 100 słowach. Podyktowane jest to oczywiście troską o godność chorego i nie widzę w tym nic złego, gdyby nie to, że... No, właśnie. Pacjentki do zabiegów ginekologicznych w naszym pre-op'ie kieruje się do najdalej położonego od stanowiska pielęgniarek zachyłka, żeby skryć je przed ciekawskimi spojrzeniami innych pacjentów. Wiadomo, ginekologia wstydliwa jest. Jakoś umknęło uwadze troskliwych pielęgniarek, że ów zachyłek znajduje się na wprost wejścia na nasz pre-op i zaledwie 2 metry odeń, więc każdy wchodzący ma niezakłócony niczym prospekt na to co się tam dzieje i kto tam siedzi lub leży. Jest co prawda firaneczka taka błękitna, którą można by zaciągnąć, ale okazało się, że nie. Bo zaciągnąć ją można tylko wtedy, kiedy ktoś jest z pacjentką w środku i to nie może być na ten przykład anestezjolog. Bo on facetem jest i nie wiadomo co takiej pacjentce w negligé może zrobić. Jak chora zostaje sama, to ze względów bezpieczeństwa też zaciągnąć nie można, bo musi być wgląd. Siedzą zatem w niebieskiej włókninowej szatce czekając na swoją kolej, wymieniając do tego czasu ukłony z wchodzacymi. Pół biedy, jeśli to do operacji katarakty, i tak nic nie widzą.

Trzecią dziwną sprawą jest wszechobecna tu needlephobia czyli paniczny strach przed igłami. Przychodza takie wytatuowane stworzenia i już od drzwi wołają, że są needlephobic i niczego wbić sobie nie pozwolą. Jeśli przy tem seplenią, to po okazaniu języka znaleźć mozna w nim piercing albo dwa. Ja rozumiem, że należy wspierać przemysł ciężki własnego kraju, w tym hutnictwo. Ale noszenie kolczyków w..., no, każdym miejscu ciała, grozi chyba kalectwem? Nawet jeśli nie noszącemu, to partnerowi/partnerce. I jak oni te tatuaże i piercingi robią skoro są fobiści? W znieczuleniu? Po użyciu i to znacznym? Fakt, że niektóre wyglądają jak wydziergane własnoręcznie po paru pintach, ale wszystkiego to nie tłumaczy.

Takie to zdziwienia dziś mnie dopadły. Wpadnijcie jeszcze.
__________________________________________
*) Tzn. nie przerwany przez chirurga, bo ja go przerwałem, ale poźniej.
**) z których jedna jest czwarta, jak dobrze policzyć, ale która?

8 komentarzy:

Anonimowy pisze...

No, wreszcie wpis :) Już myślałam, że łykendowa pauza bedzie.
Tatuaże modne są, faktycznie. U nas je widać głównie latem, oraz zimą (do ok. -5 oC) w tzw. biodrówkach. Dominuje motyw orło/motyla na lędźwiach. Może ma to mieć wydźwięk patriotyczny? :D

teta

Anonimowy pisze...

Przyszło mi ostatnio na konsultację dziewczę lat może z 17. Nie mogąc zrozumieć co mówi, mową swą bełkotliwą, pomyślałam, że inozemec może jaki. Rozpoczęłam więc próbę porozumienia się z dziewczęciem we wszelkich znanych mi językach od bardziej słowiańskich do całkiem germańskich. Porażkę zaliczyłam niestety. Dziewczę jednak po chwili rozchyliło usteczka i okazało się mieć jęzor spuchnięty na kształt ogórka średnich rozmiarów. Kolczyczek w języczku sobie 3 dni wcześniej zainstalowała. Do tego czasu nie wiedziałam, że to takim twardym do tego trzeba być. Nie na moje nerwy chyba.

A co tam, niechaj sobie młodzi dziurawią co chcą w sumie:)

GoS

Anonimowy pisze...

Heh, łomatko. Ja kiedyś widziałam na ulycy w stolycy naszej dziewczynę z wytatuowanym wielkim czerwonym rakiem na głowie. Głowę miała ostrzyżoną na rekruta.
o_O Zapuści włosy i nie bedzie wiadomo, że ma tatuaż ;-P nika

madziaro pisze...

Co do tej pani z tatuażami z Puchatka aż boję się zapytać, a nawet pomyśleć, gdzież to ona mogła mieć wytatuowanego brykającego tygryska :))))

a tatuaże jak ładne to i ładne są, gorzej jak miał być dumny orzeł a wyszło coś w stylu mewy z zacięcięm w stronę wróbla ;)

Szaman Galicyjski pisze...

Ale jakież to otwiera możliwości konwersacyjne: "Tygrysek się nudzi, darling, pobrykasz z nim chwilę?"

Joanna pisze...

Zastanawiałam się jak to działa,bo rzeczywiscie smarkule wytatuowane jak Irlandia długa i szeroka.Wygląda,ze rodzice luzacki stosunek do tego mają,jak i do kolczyków w różnych częsciach ciała.Latorośl moja nieletnia zaczyna przebąkiwać i zastanawiam się czy od razu kijem mądrość życiową do łba wbić,bo obawiam się,ze na tłumaczenia (wobec skali zjawiska) mogę być w języku za cienka.
P.S.Pierwszymój komentarz,ale blog śledzę,bo jest Ci on pierwsza klasa.Pozdrawiam

Szaman Galicyjski pisze...

Witam, Joanno, bardzo miło mi gościć Cię tutaj. A Ty w Republice?
Bo nie dziwiłbym się Szkotom, wszak to potomki Piktów. Może dałoby się opędzić jakąś przylepką? Poza tym dobry argument to, że po tatuażach się tyje. Patrz, jakie grubasy mają tatuaże (możesz pokazać parę na ulicy).

Joanna pisze...

A ja w Republice w rzeczy samej.Argument o tlustym cielsku moze byc skuteczny.Ot madrego i dobrze posluchac:))
Przepraszam za brak polskich literek ale "odsiaduje" nocke w robocie.....