sobota, 15 czerwca 2013

Szaman Galicyjski i sprawa pewnej historii

A może Historii? Nie wiem.

Pojechaliśmy do tej pani.


Jak to mówią u nasz, w Galicji, po lewo jest podpisana. Nie rozumiem, dlaczego większość miast przedstawianych jest na pomnikach jako goła baba? Nawet te, co do których w naszym polskim języku bardziej pasuje rodzaj męski, a w zagramanicznych - nijaki?

Tamże była (m.in.) wystawa. Jak i czym pracowali moi poprzednicy, dość w czasie odlegli. Hmm?


Mieli łatwiej? Taki prosty aparat do znieczulenia wymagał niemałej odwagi (od obu, pacjenta i dochtora), ale też ogromnego doświadczenia i czujnej obserwacji chorego.

A stosowało się go tak:


A mikrometryczne skalowanie w dziesiątych częściach procenta!? A odciąg gazów?! A dziura ozonowa?! A rękawiczki latex-free?! Lub w ogóle jakieś? A BIS, TENS, ekg, rtg, TVN?! Gdzie, pytam się?!

Potem przyszedł czas na nieco bardziej skomplikowane urządzenia.


Taki mały, poręczny Draeger, po prostu boski. Poza tlenem miał też butlę z dwutlenkiem węgla, żeby stłumić  objawy hyperwentylacji chorego.



Oczywiście, do tego zestaw do utrzymywania dróg oddechowych w stanie drożnym plus (po prawej) środek znieczulająco-usypiający. To białe na środku to najprostszy model parownika. Skarpeta naciągnięta na druciany szkielet.

A żeby krnąbrny (jak Dynia) pacjent nie użarł w palec - cuś do ochrony tegoż i zestaw leków. Jaka ta anestezja prosta! I śmiertelna... tak, na marginesie.


Od lewej: przeźroczyste - tym uśpić, tym brązowym trzymać na śpiąco, tym indiańskim zwiotczyć, a tym na środku budzić. I nie dać się ugryźć.

A dziś? Noż, qurna, Stasek...


Ta sama firma, sto trzy lata później. Zestaw Perseus. Do następnej wersji, Andromeda, dodadzą czytnik Kindle-Fire, z opcją sudoku i krzyżówek z Times'a. I dziwimy się, że wymarli anestezjolodzy, którzy samoocznie i samoręcznie obserwowali pacjenta w czasie znieczulenia? I jak młódź, która uczy się na czymś takim, ma umieć samodzielnie ocenić stan chorego? Przecież tu nikt nie zna nawet skali Guedela!

Mnie zaś osobiście łza się zakręciła w oku, kiedy zobaczyłem to cacko.


Pulmomat, dostawiany do każdego aparatu do znieczulenia zestaw do wentylacji, uwalniający anestezjologa od konieczności "dymania w blazę". Potraficie sobie wyobrazić, że pracowałem na tym na klinice, sorry, Klynice Akademii Medycznej, w Mieście i marzyłem, żeby to cudo było dostępne w moim szpitalu w Miasteczku? Choćby jedno?
I taka mnię refleksja naszła - czy ja też nadaję się tylko do muzeum?

4 komentarze:

Anonimowy pisze...

Fajna jest nakładka na palec;) Czy to taka pierwotna wersja laryngoskopu? A tak swoją drogą, czy kolejne cuda Draegera nie różnią się po prostu wielkością monitorów i obecnością średnio przydatnych na co dzień bajerów?;)

Pozdrawiam:)
masia

Eugeniusz Bareja pisze...

Te gołe baby są z metalu albo kamienia więc się jeszcze za nie nikt nie zabrał. Znaczy się jeszcze nikt ich nie zgranulował.
Moim faworytem jest ten przeciwukąśnik metalowy. Wszystkie urządzenia robią wrażenie. Coś mi się wydaje, że dohtory "wtedy" robiły lepsze wrażenie - niż dziś.
pozdrawiam

Szaman Galicyjski pisze...

@masia: witam, jest to wątpliwie wersja laryngo; co do skopu nie jestem pewien, ile było widać, chyba tylko gardło ;-)
Co do reszty, będzie w którymś z następnych wpisów.

@EB: "przeciwukąśnik metalowy" - wyborne!

Lila pisze...

Od razu do muzeum.... Chciałbyś. Przecież to normalne, że postęp idzie, idzie i coraz więcej jest tych różnych cudów. Dobrze, że nadążasz uczyć się nowych, do jeden mój uczący doktór to po wiedział, że on się na kilka lat przed emeryturą uczyć USG nie bedzie. I jak był szefu na dyżurze, to był tylko RTG, USG nie było. A to było w dużym mieście....