środa, 19 czerwca 2013

Szaman Galicyjski i sprawa tapas

Jak się wejdzie między wrony...

Teorię taką mam, że jak się wyjedzie gdzieś daleko od domu, to trzeba jeść to, co tamtejsi (a  tym przypadku - tutejsi) jadają. Bo jeśli oni to jedzą od stuleci, to znaczy, że tam to jest dobre.

Zatem w Barcelonie poszliśmy na tapas. I miałem rację - było dobre.

Tapas bar wygląda tak:


A same tapas tak:


I są pyszne. Polecamy. I jak zawsze małe ukłucie zazdrości, a w szczegółach to dwa - jaką oni mają pogodę i jakie oni mają jedzenie!

4 komentarze:

Eugeniusz Bareja pisze...

O tak, Tapas to coś czego mi brakuje w Polskas. Przypomniałeś mi o mojej wyprawie do Hiszpanii. pozdro

zośka pisze...

Oliwki jak jabłka! mniam

Szaman Galicyjski pisze...

Zdjęcia pochodzą z tapas-bar Xampanyet, Barcelona, ul. Montcada. Ta sama, na której jest muzeum Picassa. A o może trzysta metrów dalej, na placu na przeciwko katedry Santa Maria del Mar, jest knajpka, nazwy niestety nie pamiętam, ale zaraz koło innej imieniem Bubo, którą miejscowi uznają za najlepszą. Trafiliśmy tam wiedzeni jakimś cudacznym zmysłem Najmilszej. Pyszotka!

popaprany pisze...

Byliśmy - akurart przypadkiem. Było pełno ludzi - ale ten klimat tylko powoduje że miejsce zapada w pamięć. Dopiero w środku okazało się, że to właśnie to miejsce - cava pita na szklanki i generalnie orgia kulinarna :)