wtorek, 2 lutego 2010

Szaman Galicyjski i sprawa schizoidalnej medycyny

No i się porobiło. Tak u mnie, jak i u Abnegata dobre i złe opinie na temat lekarzy fruwają w komentarzach.

A ja powtórzę za Abim to, co najważniejsze: Uważam, że alkoholików, narkomanów, pijaków, łapowników i pozostałych kryminalistów należy z zawodu usuwać. I nie tylko z tego. I tyle w temacie.

Problem w ocenie medycyny, nie tylko w Polsce, zawsze był zależny od osobistych przeżyć, spotkań z nią czy potyczek. Co ciekawe, kiedy pacjent nie zdrowieje lub umiera zawsze winien jest lekarz, bo nie rozpoznał, bo źle leczył, bo za późno, bo...; natomiast kiedy pacjent zdrowieje całą zasługę przypisujemy bogu - Jasiu miał operację, ale dzięki bogu, już zdrowy. Bardzo częste są te boskie interwencje jak widać. 
 
Lekarz postrzegany był kiedyś, kiedyś jako ten, że zacytuję: superman w białym, rozwianym fartuchu. Tyle, że to się rozwiało, jak ten fartuch...

Opowiadał mi jeden znajomy, że zawsze czyta książki od środka. Z tego powodu, że jest dwa razy bardziej ciekawy: jak się zaczęło i jak się skończy. My zaś zastosowaliśmy tę metodę do życia. Po pierwsze: wraz z rozwojem "cywilizowanego" społeczeństwa odcięliśmy sobie, tak od jakiś stu lat, dwa najważniejsze fragmenty życia - początek i koniec. Tajemnicę narodzin poznajemy dopiero w późnym, jak na procesy poznawcze, wieku i to nie zawsze w sposób właściwy. Powstrzymam się od cytatów. A w domu?
"Mamusia pójdzie teraz do sklepu i przyniesie ci samochodzik."
"Mamusia pójdzie teraz do szpitala i przyniesie ci braciszka."
 Ot, tak. I już. Możemy sobie na filmach obejrzeć, jak to drzewiej bywało, cały zaaferowany dom, wszyscy biegają, zawsze ktoś woła o dużo ciepłej wody (do dziś nie kumam po co im ta woda była), pełne napięcie i... jest! Płacze! Albo i nie. Na przełomie XIX i XX wieku 30% noworodków nie przeżywało lub już nie żyło! To było napięcie! I loteria. Mamusie też często nie przeżywały. A dziś? "Mamusia ci przyniesie..."

Po drugie: nie ma śmierci. "Dziadziuś poszedł do szpitala. Nie, już nie wróci. A ty pojedziesz z ciocią na dwa dni do kuzynki. Przecież ją lubisz..." Jakieś ukradkiem ocierane łzy, no, bo jak z dzieckiem rozmawiać o śmierci? Może się zmartwi, a na pewno nie zrozumie.

Człowiek nie rodzi się i nie umiera. Wiem, że tylko w dzieciństwie, ale to zostaje gdzieś w podświadomości na zawsze. I nie chce z niej wyleźć. Jeśli ktoś umiera, to nie oznacza, że człowiek jest śmiertelny, o, nie! To znaczy, że ktoś coś spieprzył, jakiś konował, pewnikiem pijany był! Człowiek nie może umrzeć bo jest stary i chory*), coś takiego przecież nie istnieje.

Niestety, z drugiej, lekarskiej, strony jest podobnie. My też mamy trudności z powiedzeniem choremu czy rodzinie, że nie podejmiemy się jakiegokolwiek działania, bo nie ma takiej potrzeby lub możliwości. My musimy coś zrobić. Coś. Pamiętam nie jeden wyjazd do pacjenta, który już nie żył, albo bardzo był temu bliski i rodziny żądające: zróbcie coś! Zawsze miałem ochotę zapytać wtedy "a co konkretnie ma pani na myśli? Jakieś sugestie?" Coś. Tajemnicze coś, które jednak niektórzy próbują zrobić. Bo trzeba. Na studiach w czasie ćwiczeń padały przykłady różnych stanów chorobowych i asystenci pytali przerażonych studentów: i co pan/pani zrobi? Gdyby wtedy odpowiedzieć im "nic nie zrobię" to pała murowana i uwagi "to co pan/pani robi na tych studiach?"

Pacjent, a obok niego szaman, medicus, lekarz stali dawniej po tej samej stronie, a na przeciwko nich stały nieznane i groźne siły Natury. Teraz przesunięto administracyjnie linię graniczną - postawiono lekarza na przeciwko pacjenta. Obu wmówiono, że lekarz wie i potrafi, a także wszystko lub prawie wszystko może. Z tym, że lekarz już nie leczy tylko ordynuje, stoi na straży nie Tajemnej Wiedzy Medycznej lecz bramki wejściowej do systemu Narodowego Funduszu Zdrowia z bocznicą do ZUSowskiego wydziału pt. renty i emerytury.

I dopokąd obie strony nie zrozumieją, że oto mają na przeciw siebie stanąć dwaj ludzie, z których jeden chce pomóc drugiemu "nie dla próżnej chwały ani brudnego zysku" dopotąd medycyna będzie brnąć w taśmowy lazaret zniechęconych lekarzy, sponiewieranych pacjentów i tłustych adwokatów od spraw odszkodowań.
_________________
*) albo młody i chory

6 komentarzy:

lavinka pisze...

"Uważam, że alkoholików, narkomanów, pijaków, łapowników i pozostałych kryminalistów należy z zawodu usuwać."

To by już nikt nie został w zawodzie, bo reszta dawno wyjechała na Wyspy :) Zastali już chyba tylko Ci, których wymieniłeś z kilkoma fantastycznymi wyjątkami. Ale i oni nie dają rady, bo nie mają nic do powiedzenia, gdy większość myśli tylko o tym, jak tu zarobić na daczę i nowy wóz. A kogo obchodzą pacjenci, nie?
Smutne, ale prawdziwe. Na wyspy odjechali Ci najzdolnieji, najlepsi, najsympatyczniejsi, reszta odeszła do prywatnych klinik. Wiem,bo leczę się prywatnie i tylko czasem zmuszona jestem kontaktowć się z państwówką.

W przeciągu ostatnich 5 lat Służba Zdrowia z możliwie złej zamieniła się w tragiczną.

Pielęgniarki z syndromem primadonny, ordynatorzy uważający się za Bogów i ich pracownicy za półbogów.
No i garstka normalnych lekarzy, do których kolejki się ustawiają na długie miesiące. Bo kilku jeszcze jest ludźmi,którzy leczą a nie "zarabiają" na dom i wakacje.

I ja nie o tym,że lekarz nie może mieć domu. Może. Jak najbardziej. Ale nie kosztem pacjentów. Niestety wielu stawia sobie ten dom ponad pacjentami. Środowisko lekarzy to najbardziej snobistyczne środowisko jakie znam. Już architekci mniej grają w golfa, grają w tenisa i kupują wozy terenowe by jeździć nimi po centrum miasta(i narzekać,że ulice za ciasne i że nie ma gdzie zaparkować). A wszystko to za łapówy od firm farmaceutycznych,żeby wypisywali te lekarstwa a nie inne na receptach. Tak, teraz nie bierze się łapów od ludzi, tylko od firm. Naprawdę myślisz,że zwykli szarzy ludzie o tym nie wiedzą? :)

Szaman Galicyjski pisze...

Myślę, że jednak wiekszość nie bierze "łapów", od kogokolwiek by pochodziły. Normalnie pracują, może bez specjalnego poświęcenia i oddania, ale normalnie i rzetelnie. Ci, którzy biorą, najbardziej bolą i ich się pamięta, a to rzuca cień na pozostałych. Natomiast bezradność lekarzy jako takich oraz Izb Lekarskich wobec tych paru(nastu) procent jest zdumiewająca i moim zdaniem nosi znamiona współudziału biernego.
Ci, którzy wyjechali, niekoniecznie byli najzdolniejsi i najlepsi. Sądzę, że jesteśmy najbardziej rzutcy i odważni, a w pewnym procencie zdeterminowani.

abnegat.ltd pisze...

Lavinka, zwroc prosze uwage ze odmawiasz ludziom prawa do wykorzystania ich wolnego czasu. Co, Twoim zdaniem, ma robic lekarz zamiast grac w golfa (mile spacery po ladnym parku w poszukiwaniu malej bialej pileczki) czy w tenisa? Siedziec w pracy? Zaszyc sie w domu z piwem i gnic na kanapie?
Jak mowi Szaman - no litosci...

flamenco108 pisze...

Cóż, jak to mówią "Mimo starań lekarzy pacjent wyzdrowiał", czy jakoś tak...

flamenco108 pisze...

I jeszcze mi się przypomniało, z Koziołka Matołka (przedwojenne): "Jak nie umrze, to żyć będzie, tak lekarze powiedzieli."

Największą wadą "Służby Zdrowia" jest to, że wmówiono ludziom, że ona ma im pomóc wyzdrowieć, że jak trwoga, to do lekarza itd. A przecież równie dobrze szlag mnie może trafić w takim np. Lesie Kabackim (duuuża kępa zarośli na południowej rubieży Warszawy, popularna wśród spacerowiczów), padnę w krzory, nikt mnie nie znajdzie i kojfnę. Takoż mogę zemrzeć, bo w nocy mi się wyłączy oddychanie, może mnie przejechać sąsiad, przelecieć zboczeniec, mogę zaniedbać serce, tak jak zaniedbałem wątrobę... A jak mnie to wszystko ominie, to i tak zemrę ze starości. Nie liczę na lekarzy, ale cieszę się, że czasem gdzieś są.

Swoją drogą: cóż za uwłaczająca nazwa - lekarz. Przecież to nie od leczenia, tylko od wydawania leków.

abnegat.ltd pisze...

...leczeniarz chyba jeszcze gorzej ;)