sobota, 30 stycznia 2010

Szaman Galicyjski i sprawa burosuczności

Życie blogowicza zakreśla czasem koło. W zeszłym roku, z powodu Doktor Janosikowej, rozpisaliśmy się na dwa głosy - Abnegat i ja. I chyba znowu będzie podobnie, choć tym razem sadzę, że nie będziemy sobie przeciwni.


Choćby dlatego, że my oba są "z ty samy bandy". Pozwólcie jednak, że trochę temat Abnegatowy uporządkuję i ułożę w stosownej gradacji. Nie robię odnośników do poszczególnych odpowiedzi i komentarzy, kto chce, ten znajdzie.

Po pierwsze, i moim zdaniem najważniejsze: lekarze są ludźmi i wywodzą się z tego samego społeczeństwa, co i reszta obywateli. Jest wsród nich może trochę wiecej pozytywnie nawiedzonych, ale tylko trochę. Nie spadliśmy z nieba i nie jesteśmy wybrańcami bogów. Na nas tak samo działają reklamy pięknych samochodów, domów i wczasów nad ciepłym oceanem, ze wskazaniem na indyjski. Jeśli ktoś dziwi się, że ostatni rocznik Collegium Medicum rozmawia o kasie (a nawet KASIE) to proszę o szczerą odpowiedź na pytanie: o czym rozmawiają studenci ostatniego rocznika prawa, marketingu i zarządzania, architektury, ekonomii i tak dalej? Wyłącznie o prawie materialnym rzymskim, wyższości kolumny doryckiej nad jońską i notowaniach WIG? No, litości!

Większość ludzi pracuje, bo chce w ten sposób zarabiać pieniądze i za owe żyć na jak najwyższym możliwym do osiągnięcia standardzie. Dobrze jest, kiedy robi się to co się lubi, a ktoś za to płaci - patrz: pozytywnie nawiedzeni. Są jednak także tacy, którzy traktują medycynę jak zawód, rzemiosło, którego trzeba się wyuczyć, potem praktykować i na tym zarabiać. I co w tym złego? Jeżeli utrzymuje się standardy - nic. Praktykujący rzemiosło lekarskie potrafią być wysoce profesjonalni, a przy tym mili i uprzejmi. Tak, jak potrafi być profesjonalną i miłą urzedniczka w ZUS-ie, której marzeniem było zostać divą operową. To zależy od kultury, wychowania, stosunku do otoczenia i tp. I podobnie: jak chamem może - choć oczywiście nie powinien - być policjant, konduktor czy kelner, tak może być nim i lekarz. Dyplom Collegium Medicum nie wystarczy, to wynosi się z domu.

Kiedyś, dawno, dawno temu, bo jakieś sto lat, ilość studentów medycyny przypadających na mistrza czyli dzisiejszego "nauczyciela akademickiego" była 200 (słownie: dwieście!) razy mniejsza. Nauczanie odbywało się także w mniejszych grupach, profesorowie znali swoich studentów dużo lepiej, bo osobiście. Mogli, mniej lub bardziej stanowczo, zasugerować zmianę zainteresowań i pozbyć się tych, którzy nie rokowali bycia nie tylko dobrym rzemieślnikiem, ale i dobrym opiekunem chorych. A dziś? Większość egzaminów to testy, które badają tylko i wyłącznie znajomość podręczników, bo nawet nie poprawność myślenia. Każdy prostak ze słomą w butach, byle miał dobrą pamięć, może skończyć medycynę. A brak mistrza i nauczyciela będzie mu towarzyszył także w czasie robienia specjalizacji i dalej, w życiu zawodowym. Systemowi zależy jednak tylko na ilości, jakość schodzi na drugie, albo i dalsze, miejsce. Czytaliście kiedyś: "po wejściu do UE w Polsce ubyło tylu a tylu lekarzy"? Na pewno. A zdarzyło się wam przeczytać: "jakość pracy polskich lekarzy wzrosła o 3 punkty procentowe w stosunku do roku ubiegłego"? Raczej nie. Bo jakość zależy także od wyposażenia, a za to odpowiada System. Po co się więc podkładać...

Abnegatowi chodziło też o to, że każdy, i ten prostak i ów pozytywnie nawiedzony, ma wielką szansę na przekształcenie się w "burą sukę" jeśli pracuje w polskim Systemie ochrony zdrowia. Z pewnością zdarzyło się wam znaleźć w prasie lub internecie doniesienia o tym, jak to polski lekarz pracował na pięciu czy sześciu etatach. Średnio podobno jest to 2,7, nie wiem, nie dotarłem do wiarygodnych statystyk. Czy naprawdę wierzycie w to, że aż tak kochamy naszą pracę, że spędzamy 120 godzin tygodniowo poza domem oddając się ulubionemu zajęciu? A może wiemy, że umrzemy 11 lat wcześniej, więc chcemy wykorzystać po stachanowsku pozostały nam czas? No, litości!

Powiem prawdę. Wiem, że zdradzam tajemnicę lekarską, ale co mi tam. Ten raz mogę. Otóż w większości robimy to dla pieniędzy. Tak, dla kasy. System płaci tak mało, że szukamy dodatkowego zarobku. Owszem, powoduje to, że w trzecim miejscu pracy i w trzydziestej godzinie mamy wszystkiego dość i wkurza nas wszystko, albo prawie wszystko, i że odbija się to na bogu ducha winnych pacjentach. Rozumiem też waszą słuszną propozycję: jak wam tak ciężko, to dajcie sobie spokój i wróćcie do domu. Powiedzcie to też setkom, jeśli nie tysiącom, kierowców zawodowych, którzy fałszują zapisy tachografów, żeby zdążyć na czas, nie stracić pracy i zarobków. Na tym jednak polega wewnętrzna inteligencja Systemu. Gdyby bowiem w pierwszym miejscu pracy zapłacono nam tyle, że było by dość, to pomyślcie - ile poradni, przychodni i tp. zamknęłoby z dnia na dzień swoje podwoje, bo nie było by komu pracować*)? A gdyby jeszcze wprowadzić w całej rozciągłości EWTD**) to pewnie i część oddziałów szpitalnych trzeba by pozamykać. W pogotowiu zostałby się samojeden Abnegat, bo w razie kontroli przywdziałby baranicę i robił jako to jagnię niewinne***).

Kolejną cechą Systemu jest podzielenie wszystkiego na tak małe kawałeczki, że całości prawie nikt nie ogarnia. We współczesnej medycynie mało kto jest leczony przez pojedynczego człowieka. Przewijamy się przez szereg gabinetów specjalistycznych, stanowiących dla nas jakiś tam wycinek diagnostyki i leczenia, z kolei stanowiąc dla każdego z owych gabinetów wycinek pacjentów na dany dzień. Kiedy Najmilsza po urazie nogi trafiła do szpitala, pierwszej pomocy udzielił jej doktor X w Poznaniu, na operację kierował ją doktor S., przyjmował doktor W., operował doktor F., a potem nadzorował doktor K. Plus z tuzin innych osób od doktorów dyżurnych przez pielęgniarki po salowe. A rtg, usg, analityka, kuchnia, pralnia? Kiedy jest się cząstką Systemu, łatwiej o bycie chamskim czy nawet tylko nieuprzejmym. Anonimowość w tłumie. Niestety, to potem zostaje.

System. Nie demonizuję go, ani nie próbuję upiększyć. Przerażająca jest dla mnie natomiast nieznajomość przez ludzi, którzy ten System finansują, czyli tę część społeczeństwa, której nie udało się od płacenia wykręcić, jak ten System działa. Większość wiedzy na ten temat ludzie posiadają chyba z TV, która, jak wiadomo od lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku - kłamie. W każdy weekend, który spędzałem w pogotowiu, miałem pacjentów, którzy przychodzili do ambulatorium, "bo tu nie ma kolejki", po recepty bez podstawowych, wymaganych prawem, dokumentów. I mieli pretensje, że chcianej recepty nie dostaną. "Bo, co to, panie, za przepisy!?, Kto to wymyślił?! Co za bzdury!" Z tym, że mnie wiąże umowa z NFZ, czy tego chcę czy nie, i nie mam ochoty dopłacać do czyjegoś leczenia. Co w tym niezrozumiałego? Mogę to powiedzieć mile i zrozumiale z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością, że nie zostanę zrozumiany albo sucho rzucić "nie" i być uznanym za chama.

Wiem, że wypisanie recepty nie jest trudne - ot, wziąć kawałek zadrukowanego papieru, napisać w stosownych rubryczkach co trzeba i już. Przecież robią to czasem pielęgniarki. Acha, jeszcze jedno. Pieczątka. Bez niej recepta jest nieważna. Tu mały szkopuł... Żeby ją mieć i móc używać trzeba spędzić sześć lat na studiach i jednak trochę się uczyć. I być gotowym na wzięcie odpowiedzialności za to, co się napisało. A żeby pacjent w aptece nie zapłacił sześćset złotych tylko sześć trzeba podpisać umowę z NFZ. Proste, prawda?

Już słyszę: a co mnie to obchodzi! Ja płacę składki i mnie się należy miła i fachowa pomoc lekarska. Obukończynowo podpisuję się pod tym.

Ale System czuwa. Od ponad dwudziestu lat żaden rząd, sejm, senat, prezydenci wszystkich Polaków i prezydenci co poniektórych Polaków oraz każdej maści ministrowie zdrowia i wszelkiej pomyślności nie potrafią powiedzieć co tak na prawdę się należy i komu. Każdemu przeszczep serca? W 2009 roku przeszczepiono w Polsce 64 serca. Oczekuje prawie 200 osób. Każdemu leki? Problem poruszony przy okazji Doktor Janosikowej, nie będę do niego wracał. Jeżeli lekarz mówi "nie da się, nie można, nie mogę" to nie zawsze oznacza, że czeka na kopertę. Czasem naprawdę nie da się, nie może lub nie można.

Proszę też, pamiętajcie o pewnej zależności - jeśli złamiecie nogę, to złamanie w 100% dotyczy waszej osoby, dla lekarza zaś możecie być 17 przypadkiem w tym tygodniu i to, w porównaniu do innych, wcale nie takim tragicznym.

Pamiętam dyżur w moim szpitalu, co prawda lata całe temu, kiedy jeszcze pielęgniarki na nocnych dyżurach na chirurgii sypały opaski gipsowe, bo gotowe były za drogie. Kiedy przywieziono "spadnięte z wozu" złamanie podudzia dyżurny chirurg nie krył swego niezadowolenia. Spytałem go, o co się rzuca, przecież pacjent niewinien tego, że ma złamaną nogę. Odpowiedział: "nie o niego mi chodzi, tylko nie mam wolnego łóżka, nie mam opasek gipsowych i muszę odwołać pielęgniarkę do sypania, a są dwie na czterdziestu chorych." Oczywiście, nie jest to wina pacjenta, ale to on właśnie odczuł niechęć chirurga. Ile razy lekarz odczuwa złość pacjenta? Jeżeli pociąg się spóźnia mamy pretensje do zawiadowcy. A cóż on winien? Nic, poza tym, że jest w pobliżu. Czemu lekarze wysłuchiwać muszą po kilka(-naście, -dziesiąt) razy dziennie, że komuś coś się nie podoba w Systemie. I nie dziwcie się, że czasem mamy dość.

Nie bronię lekarzy. Wiem, także z własnego doświadczenia, że są wśród nich ludzie skorumpowani, łaknący tylko łatwego zarobku (choc wierzcie mi, taki łatwy to on nie jest), zachowujący się po chamsku, nie szanujący pacjentów i ich rodzin. Ale jest ich mniejszość.

Człowiek nie wie, co ma życie dla niego za zakrętem. Niekiedy także Szaman nie wie. Zwłaszcza, kiedy widzi jakie przemiany dokonują się w człowiekach, w tym w Abnegatach. W zeszłym roku Abi podrwiwał sobie z moich wynurzeń o konieczności wywierania nacisku na wybranych posłów i senatorów, o patrzeniu im na rece i temu podobnych demokratycznych działaniach społecznościowych. A tu proszę, w ostatnim swoim poscie (29 stycznia 2010) namawia do "ciśnięcia". Aż się boję co bedzie dalej...

________________
*) co nie jest równoznaczne z twierdzeniem, że ta straszliwa myśl powstrzymała by większość z lekarzy od zaprzestania pracy w takiej poradni
**) Europejska Dyrektywa Czasu Pracy
***) troche wyrośnięte może, ale ciche i łagodnego serca

12 komentarzy:

abnegat.ltd pisze...

...bo idea cisniecia bardzo mi sie spodobala...
...przypomina nieco "A ksiadz byl?" rzaproponowane odzinie ktora przechodzi od dekonstruktywnej paniki do dzialan pozorowanych...
...choc niektorzy wierza ze to dac moze efekt...

Musze przyznac ze ujecie kwesti janosikizmu i ogolnej koncepcji gratyfikacji za wykonanie pracy moze byc - choc nienowe - jednak nieco szokujace dla szarego obywatela postrzegajacego lekarza jako nadludzkiego herosa pracujacego non stop, zywiacego sie powietrzem a w przerwach pomiedzy kolejnymi przypadkami czytajacego fachowa prase i przeprowadzajacego staruszki przez ulice.

Pozostajac jak zawsze w glebokim szacunku dla analitycznego podejscia do tematu - ktorego nie mam i tym bardziej zazdroszcze.
abnegat

abnegat.ltd pisze...

PS. Próbuję sobie wyobrazić to jagnię niewinne i mam pytanie w kwestii formalnej - czy takowe posiadać może figurę pirelliowatą?

Anonimowy pisze...

Za słabam a i trochę leniwam, coby cisnąć na senatorów i (p)osłów, więc na system nie narzekam, na doktorów też, przez co przez większość moich znajomych uważana jestem za osobę z deficytami poznawczymi w kwestii systemu opieki zdrowotnej w Polsze. Nie zazdroszczę również "kokosów" zarabianych przez lekarzy, bo cały czas powtarzam, że powinni zarabiać tyle, żeby byli uśmiechnięci, wypoczęci i chciało im się pracować (za te słowa koleżeństwo wprost grzebie mnie żywcem).

Trudno. Za dużo widać przebywałam u wschodnich sąsiadów, żeby na polskiego doktora słowo złe rzec. Jak mnie który nieco wzruszy nerwowo, to albo rzeknę coś mu konkretnie, albo zmieniam na lepszy model, gdyż poprzedni nie rokował dobrze. Ale w karierze swej pacjenckiej bujnej źle mi się nie działo i mam nadzieję, że tak pozostanie. I dzieciom mym.

Ludziska zrzędzą czasem tak niemiłosiernie, że oj...

Z życia wzięte:
Ostatnio drugie moje dziecię przeleżało nieco na urazówce i przebyło dosyć skomplikowaną operację. Tłok na oddziale jak w mrowisku. Lekarze zwijają się jak ukropie. Na salę operacyjną to jakieś młodociane wjeżdża, to wyjeżdża, w dzień w nocy, nie było w zasadzie różnicy. Chirurgów i śpiworów dostatek (na szczęście). Matki pochlipują po kątach, jęcząc, że podpisały zgodę na zabieg, a nie wiedzą ani kto będzie operował, ani w jaki sposób. Ankiety dla aneste powypełniały, ale nie wiadomo jakie znieczulenie itd. Pytam, czego kwiczą. Ano: "bo chamstwo wśród doktorów i nikt z rodzicem nie rozmawia". Myślę sobie sprawdzę przed podpisaniem cyrografów. Zapytałam o potomka mego. Przybył chirurg, wszystko wyjaśnił. Zapytałam, czy mogę z dusicielem również porozmawiać. Przyszedł, o dziwo, młodemu zaproponował ileś tam wariantów znieczulenia, młody sam sobie wybrał, choć do pełnoletności to jeszcze mu bardzo sporo brakuje. Poczułam się objaśniona i uspokojona. Chamstwa nie odczułam, co najwyżej pośpiech, co nie jest dziwne przy mnożącej się w oczach ilości pacjentów.
Może to i chamstwo, że nikt nie gada z rodzicem. Ale czy to nie takie samo chamstwo rodzica wobec dziecka, że podpisuje papiery nie wiedząc, co czeka jego dziecko. Czy nie jest chamstwem wbijanie się na oddział jakichś tam pacjentów, żeby lekarz wypisał receptę, bo co to dla niego, a kolejki tu nie ma. Oczywiście gdy lekarz nie wypisze i odeśle do pozetu to chamem jest skończonym;)

Chciałabym czasem, żeby każdy wymagał od siebie tyle, ile wymaga od swojego lekarza. I aby NFZ w ogóle czegoś od siebie wymagał.

Wiem, że może zbyt optymistycznie jestem nastawiona, ale czasem wystarczy na ten system po ludzku (chociaż nieludzki często jest) spojrzeć i może choć trochę zyskamy - niczyim kosztem:)

Zwiórkować mnie teraz możecie, ale muszę się jakoś pocieszać, bo z urazówką to jeszcze nie koniec długiej bajki;)

PS. Jagnię niewinne z pirelliowatą figurą sobie zwizualizowałam i ... odpadłam:D

GoS

Szaman Galicyjski pisze...

Dziękuję za miłe słowa, Abi, ale albo jest zbyt późno albo coś mi droselklapka w mózgu ryksztosuje, bo nie mogę sobie zwizualizować figury pirelliowatej. Niby co, jako ta piącha z opon? Czy może (uwaga! złośliwość!) chodziło Ci o figurę michellinowatą?

Anonimowy pisze...

Ja tam jestem po stronie moich ukochanych dochtorów i już :-))) A GoS popieram. Niektórzy to naprawdę nie potrafią wyłączyć swojego egoizmu i włączyć pomyślunku, że na oddziale mogę być ciężej chorzy i lekarze się nie rozdwoją, żeby mu słodzić, jak to jest dzielny i w ogóle niezwykły począwszy od choróbska, skończywszy na przymiotach charakteru. nika

Anek pisze...

Próbowałam sobie wyobrazić to jagnię - wymiękłam ;-))))
Ktoś kiedyś powiedział, że nasze poglądy są sumą doświadczeń - coś w tym jest dlatego jestem "za" szacunkiem dla każdego kto dobrze wykonuje swój zawód - czy jest to lekarz, prawnik, sprzedawca czy sprzątacz. Każda praca jest potrzebna - a burok ...znajdzie sie wszędzie i zawsze, ten typ tak ma...
pozdrawiam serdecznie

Anonimowy pisze...

No i moja cudowna wizja lekarza-herosa, któremu fartuch (biały jak w reklamie najlepszego, jedynego słusznego proszku do prania) powiewa na wietrze niczym peleryna supermana, któremu do życia wystarczą ideały, słońce i ciepły uśmiech, odchodzącego każdego wieczora w kierunku zachodzącego słońca (do szpitala rzecz jasna, na kolejny dyżur, bo chęć niesienia pomocy jest tak silna, że nigdy nie pozwoli mu zasnąć) - legła w gruzach. ;)

Epi

Anonimowy pisze...

Abi w wydaniu jagnięcym....? Intrygujące :D

Epi

Anna pisze...

Szamanie!
Jako młody śpiworek pracujący na 1,75 etatu, do tego na 2 umowach zlecenie, spędzający pierwszy od 8 tygodni weekend w domu...podpisuję się obiema rękami pod Twymi słowami!

Kiedy czasem niefrasobliwie wdam się w dyskusję o kasie i powołaniu, lubię się porównywać do prawnika.
Wysiłek włożony w zdobycie wykształcenia porównywalny- oczekiwania społeczne diametralnie inne. Czy ktoś płacący podatki będzie wymagał od adwokata z urzędu tyle, ile wymaga od swojego lekarza? Czy rodzina się zrzuci i wynajmie prywatnie fachowca?
Czy znacie kogoś, kto wpadłby do biura notarialnego i poprosił "tylko o pieczątkę", "tylko o zaświadczonko" ?
No właśnie....

Anonimowy pisze...

Znam jednego lekarza, który miał okazję skończyć oba kierunki - prawo oraz lekarski.
Twierdzi, że prawo to nie są studia - chyba wie co mówi?? ;)

Anonimowy pisze...

A ja tylko nieśmiało dodam, że gdyby jakiś student medyczny ośmielił przyznać się, że w momencie gdy decydował na jakie studia idzie nie kierowało nim powołanie, a jakieś inne pobudki - spotka się co najmniej z niechęcią.

A swoją drogą, obserwując niektóre fora, biologiczne, biologiczno-medyczne itp itd, na których temat studiów medycznych jest poruszany dość często - mam wrażenie, że słowo powołanie jest nieco nadużywane.

Ksi

flamenco108 pisze...

Ta Anonimowa, co zaraz po Abnegacie się wpisała, mądrze rzekła: skrajnie niezadowolnionych wysyłać na leczenie na Daleki Wschód - taniej dla NFZ, a oni wkrótce zatęsknią za naszym systemem zwanym błędnie Służbą Zdrowia (Medical Service).
Do tego stopnia błędnie, że moi rodzice i ich rówieśnicy (około szóstego krzyżyka i wyżej) pokrzykiwali przy piwie "wojsko na nich posłać!", kiedy anestezjolodzy strajkowali na zmianę z pielęgniarkami. Oni naprawdę wierzą, że Medical Service znaczy Służba Zdrowia, a nie Usługi Medyczne...
A służba to służba. Kodeks pracy nie obowiązuje. Tylko czemu inne służby mają wynikające z tego faktu legalne profity (np. wcześniejsza emerytura)?