sobota, 20 czerwca 2015

Szaman Galicyjski i sprawa atramentu

Poszedłem dziś "na miasto", do sklepu. Jest taki jeden, przy głównej ulicy, która tradycyjnie nazywa się Fore Street, czyli Główna.
Chciałem kupić czarny atrament do pióra. Jestem albowiem tradycjonalistą i piszę piórem. Ktoś nazwał je wiecznym, co oczywiście nie jest prawdą, bo daleko mu do wieczności, zwłaszcza, kiedy skończy się atrament.
Pierwszy raz odwiedziłem ów sklep końcem maja, kiedy w mojej buteleczce zacząłem widzieć dno. Atramentu nie było, ale miła pani po konferencji z szefem zapewniła mnie, że atrament będzie po szóstym czerwca.
Nie było.
A pani, niezmiennie miła, powiedziała, że będzie, ale końcem lipca, czyli za ponad miesiąc.
Wróciłem do szpitala i zwierzyłem się z kłopotu Kolorectalowi.
- Daj sobie spokój, kup w internecie.
- Ale ja chcę w sklepie, popieram bowiem miejscowy handel.
- Człowiecze, jak ci ktoś mówi w sklepie, że będzie za miesiąc, to w tym kraju znaczy to to samo co "odp...ol się" - skwitował Kolorectal.
No, nie wiedziałem. Nie znam, po dziesięciu latach, subtelności kornwalijskiej gwary.
A że mądrego warto posłuchać, kupiłem na Amazonie. Ma być we wtorek.

3 komentarze:

Moja Ameryka czyli dwa lata wakacji. pisze...

CZy to o atrament sympatycznt idzie? :)

Szaman Galicyjski pisze...

Dziś przyszedł. Przyjrzałem mu się. Nawet sympatyczny, choć czarny.

medicus helveticus pisze...

Dziekuje Ci,ze sie czegos nauczylem...