sobota, 4 kwietnia 2015

Szaman Galicyjski i sprawa pewnego buractwa


     Od czasu kiedy przyjechałem do UKeju zastanawiał mnie trochę ambiwalentny stosunek autochtonów do naszej nacji. Pomijając frustratów uważających, że zabieramy im miejsca pracy (których zresztą nie chciało im się zajmować z lenistwa lub "bo się nie opłaca"), pozostała część uważała (i mam nadzieję nadal uważa), że Polacy są w porządku, bardzo dobrze i wydajnie pracują, a nawet parę razy usłyszałem, także w publicznych wystąpieniach, że przyjechaliśmy tu z naszą etyką pracy i to w pozytywnym znaczeniu i z odcieniem zazdrości. Jednak w podtekście zawsze był jakiś odcień, powiedzmy łagodnie, zniesmaczenia. Nie byłem i nie jestem jedynym, który takie odczucia posiadał.

     Jednak trzeba było kilku lat i skrzywienia optyki podług tutejszych standardów, żebym w pełni zrozumiał na czym zasadza się tłumiona przez dobre wychowanie niechęć zmieszana ze zdziwieniem, że tak można.

     Wybrałem się z Najmilszą na krótki wypad przedświąteczny do Polski. W samolocie za nami siedziało dwóch Polaków. Wiek średni zaawansowany, włos siwy, rozmowa w tonie ściszonym, ilość słów, które nie powinny być wypowiadane na salonach - śladowa. Wiem, bo siedzieli za nami.

     Idzie nowe - pomyślałem. Nareszcie jakaś przeciwwaga dla rozkrzyczanych i sączących piwo, przeklinających pasażerów z Polski.

     Samolot miękko zszedł w dół, koła dotknęły asfaltu pasa startowego w Mieście i równocześnie z tyłu usłyszeliśmy, jak jeden z nich rozpoczął rozmowę przez komórkę. I nie było to wołanie o pomoc ani komenda "połóżcie pacjenta na stole, serce wylądowało". Było to "no, wylądowalim, bede czekał jak zwykle, no, tam, jak ostatnim razem." Czterdziestoosobowa wycieczka brytyjskiej szkoły średniej wraz z opiekunami patrzyła w zdumieniu (choć nie rozumieli, co było mówione) na człowieka, który łamał przepisy o ruchu lotniczym z miną "mam to w d....". Ja wiedziałem, że mówi o głupotach, które mogą poczekać te 10-15 minut, aż znajdzie się w budynku lub choćby poza samolotem i tym większe ogarło mnię zdumienie.

     Przyszło mi jechać autobusem z Miasteczka do Miasta. Nie to, co kiedyś. Autobus wygodny, muzyczka, pełna kultura. Z tym, że nie całkiem. Całą drogę wszyscy pasażerowie słuchali, jak pan nauczyciel omawiał przez komórkę swój udział w pogrzebie ucznia, przekonywał znajomą o konieczności zakupu przez nią samochodu, dopytywał się, czy babcia była już w kościele, roztaczał przed mamą perspektywy ile to zarobi sprzedając narzędzia kowalskie po dziadku oraz tłumaczył dlaczego dokumenty z roku około 1500 są pisane po łacinie. Cały czas mówił głośno i dobitnie, bo wiadomo, autobus do cichych środków transportu nie należy.

     Wszedłem do małego sklepiku prawie w centrum Miasta. Powierzchnia wolna od lad i półek z towarami może dwa na trzy metry. Za ladą panienka blond przegląda coś w kasie. Mówię "dzień dobry". Nic, nawet nie podnosi wzroku. Wybieram, co tam mi potrzebne, udaje mi się przyciągnąć uwagę panienki. Z miną, która zdyskwalifikowała by ją z zakładu pogrzebowego za ponuractwo, wbija w kasę cenę, rzuca sumę i wydaje resztę. Kontakt wzrokowy? Zapomnijcie. Torebeczkę na zakupy? Wolne żarty.
   
     Ja wiem, że tacy ludzie są wszędzie, że to nie jest polska specjalność. Z tym, że w Ukeju są to zachowania marginalne, o charakterze legendy miejskiej, a w eRPe to podstawowe sposoby zachowań i relacji międzyludzkich. A w każdym razie przeważające.

     Oczekujemy, że ludzie "stamtąd" będa nas traktować, jak równych sobie (co z założenia jest i tak obniżaniem standardów, bo każdy wie, że jesteśmy lepsi), a równocześnie nie dbamy o podstawy zachowań społecznych, przyjętych w kulturach europejskich. Wiem, że telefon komórkowy nie zakłóca łączności radiowej samolotów, ale tu chodzi o przestrzeganie przepisów. Wiem, że posiadacz komórki może (?) jej używać w każdym miejscu, gdzie ma zasięg, ale... czy na pewno powinien? Wiem, że uśmiech i uprzejmość w stosunku do klienta to jak kokardka na prezencie, ale czy nie rozświetla on dnia, choć trochę?
Każda ciemna chmura ma srebrną obwódkę. Byliśmy w nowej (dla nas) restauracji i pani kelnerka była bardzo miła, profesjonalna i user friendly.
Czyli nie wszystko stracone.
Wesołych Świąt.

5 komentarzy:

Marcin pisze...

Trwa msza, nagle rozlega sie dzwiek telefonu. Mysle sobie , ktos zapomnial wylaczyc , zdarza sie , ale nie... pani w srednim wieku wyciaga komorke i rozpoczyna konwersacje umawiajac sie z kolezanka na popoludniowa kawe. Kobieta pcha wozek z dzieckiem dociera do przejscia dla pieszych a tam zaparkowane auto uniemozliwiajace przejscie. Jestem sobie na zakupach , wychodze ze sklepu i widze moje auto zastawione innym . Spieszy mi sie ale nigdzie nie pojade bo wlasciciel owedo auta pojawia sie po 15 min na uwage ze tak nie powinno sie parkowac oznajmia ze nie bylo miejsca a on musial kupic pisnke do golenia i nie rozumie o co caman. Mozna by mnozyc przyklady. I wyobraz sobie to wszystko nie mialo miejsca w Polsce.

lavinka pisze...

"stamtąd" - popraw, bo mnie oczy bolą ;)

Wiesz, ja nie muszę wyjeżdżać, żeby wiedzieć o czym piszesz, z tym że ja to widze z poziomu codzienności. Jest o niebo lepiej niż 10 lat temu. To znaczy nadal chce mi się płakać, jak z wakacji "na zachodzie" wracam do Polski (tu trzeba zaznaczyć, że Śląsk leży na zachodzie, a nie w Polsce mentalnością), ale jak pomieszkam dłużej bez wyjazdu i przypomnę sobie jak było strasznie w czasach, gdy chodziłam do liceum, gdzie autentycznie bałam się wchodzić do sklepów z centrach handlowych, takim wzrokiem patrzyła się obsługa... dziś takie zachowania się tylko zdarzają, ale nie można nazwać tego normą. Może akurat źle trafiłeś. Polak latający to osobna kategoria, zwłaszcza latający tam i z powrotem, oni muszą trochę szpanować przed tymi, co zostali, żeby się dowartościować. Jednak na pół samolotu Polaków tylko jeden będzie pijany i robił wstyd reszcie, a nie wszyscy i to też trzeba docenić. Choć powiem Ci, że czasem ciesze się, że mam niemieckie nazwisko i "tam" nie musze od razu kojarzyć się z moją nacją ;)

Szaman Galicyjski pisze...

@Lavinka: masz rację, nie wszyscy są jednacy, więcej jest już tych lepszych, ale ciągle jest to mniejszość. Poprawiłem "stamtąd", ale było specjalnie, w cudzysłowie, z tym, że ze względów zdrowotnych poprawiam, bo przecież Święta i miłość bliźniego i okulistyka ;-)
Wesołych Świąt, Lavinko.

Marcin pisze...

Chyba jednak jestescie zbyt krytyczni wobec wspolplemiencow. Ja po kilku latach emigracji zaczynam dostrzegac coraz wiecej zalet " polskiej mentalnosci"
Smacznego jajka .

hwa pisze...

A mi wydaje się, że mimo wszystko aż tak się nie wyróżniamy na tle innych narodowości. Owszem zdarzają się przypadki ekstremalne, ale to są własnie przypadki.