środa, 3 września 2014

Szaman Galicyjski i sprawa pewnych odwiedzin

Mieliśmy odwiedziny. Z Ojczyzny przyjechał pewien młody człowiek, potocznie zwany Kwiatkiem. Zdał w tym roku celująco maturę, się dostał na studia (i to tam, gdzie chciał). Pychotka.
Przyjechał nas odwiedzić pobocznie, bo głównym jego celem była piesza wyprawa South West Coast Path.

Dawno, dawno temu, kiedy czasy były trudniejsze, nawigacja morska bardziej skomplikowana, a w dodatku jakiś mały kapral zaczął blokadę kontynentu*) w południowo-zachodniej Anglii bardzo popularnym sportem był przemyt i rabowanie wraków. Było to zajęcie z pewnością bardziej dochodowe niż rybołówstwo czy hodowla. W latach 1780 - 1783 ponad tysiąc ton herbaty i 13 tysięcy galonów brandy zostało przemycone u wybrzeży Kornwalii i Devonu. Więcej niż przeszło przez oficjalne porty, w tym Londyn. Zajęcie było tak powszechne, że nawet osoby duchowne parały się tym procederem. Rev. Thomas Withford, został zatrzymany z czterema beczkami brandy złupionej ze statku The Lady Lucy, a pewien pastor, którego niedzielne nabożeństwo zostało przerwane przez wiadomość o rozbiciu się na pobliskich skałach statku, błagał kongregację, aby poczekali, aż zdejmie sutannę, tak, "abyśmy wszyscy mieli równy start."
Zdania historyków są podzielone, czy miało miejsce celowe zapalanie latarń, aby statki zmyliły drogę. Niektórzy twierdzą, że było to bardzo rzadkie zjawisko, inni, że całkiem powszechne. Brytyjskie prawo z tego okresu zabraniało zabierania ładunku czy elementów statku, jeśli załoga, choćby w części, przeżyła. Był to jednoznaczny wyrok na ocalałych marynarzy. Z drugiej strony jednak znana jest historia Postiliona, statku, który został doszczętnie złupiony, ale nie wcześniej niż cała załoga została bezpiecznie odstawiona na ląd.
Z owymi wreckerami i szmuglerami walczyła wydzielona jednostka wojskowa - Straż Celna. Aby ułatwić sobie poruszanie się po bardzo poszarpanej linii brzegowej, wydeptali ścieżkę - South West Coast Path. Wiodła ona samym brzegiem klifów i plaż, zapewniając dobrą widoczność i możliwość szybkiego przemieszczania się. Początkowo były to tylko odcinki pomiędzy latarniami morskimi, z których pierwszą wybudował Sir John Killigrew na przylądku Lizard. Co niektórzy mogą znaleźć ciekawem, Sir John sam był niezłym szmuglerem, a większość jego majątku pochodziła właśnie z rabowania wraków. Jakieś 37 lat wcześniej Lady Killigrew napadła na hiszpański statek stojący w porcie Falmouth i zatopiła go wraz z częścią załogi po uprzednim zrabowaniu ładunku.
Jeśli zechcecie przeczytać Oberżę na pustkowiu Daphne de Mourier (lub obejrzeć film Hichcocka Jamaica Inn) będziecie mieć posmak tych czasów i ludzi.

Dzisiaj South West Coast Path jest zawiadywana przez National Trust i jest najdłuższym szlakim pieszym w Wielkiej Brytanii. Ma 630 mil (1014 km). Uważana jest za szlak trudny - wystarczy powiedzieć, że suma wszystkich podejść to 35 031 metrów czyli 4 razy więcej niż bezwzględna wysokość Mount Everest. Chociaż najwyższy punkt ma zaledwie 318 metrów (Great Hangman). Najniższy - poziom morza.

Młody człowiek wystartował z Poole:



Szedł kierując się nie tylko takimi znakami, które wskazują odległość od najbliższego pubu...


...ale też generalnym założeniem, że jeżeli morze jest po lewej, a ląd po prawej to wtedy jest dobrze.

Czasem jednak spoglądał w tył...


...bo właśnie takie zatoczki, zwane cove były przystaniami szmuglerów.
Mijał ukryte plaże..

/na zdj. Durdle Door w hrabstwie Dorset/

białe klify...


porty większe...


i mniejsze...

Sypiał w namiocie obok paśników...


i w ogrodach wspaniałych rezydencji


Przeprawiał się promami przez ujścia rzek


mijał relikty przeszłości i ślady ludzkiej działalności


lub cieszył oczy widokiem rozległych, nadmorskich wrzosowisk


i znikał w zarośniętych, leśnych przejściach i tunelach


aż w końcu, po pięciu tygodniach - doszedł! To koniec trasy, Minehead.


Gdzieś po drodze zgubił około 15 kilogramów. Najdłuższy przebyty jednego dnia odcinek - 30 mil (46km), najkrótszy - nie wiem.
Podziwiam go za fakt, że sam znalazł sponsorów wyprawy (i nie byli to rodzice), zapracował na wyjazd i samotnie przeszedł ponad 1000 kilometrów. Bo marzenia są po to, żeby je realizować.
Brawo, Kwiatek!

Wszystkie zdjęcia w tym wpisie dostałem od Kwiatka. Jakość, niestety, komórkowa.
_______________________
*) tak, kontynentu. W brytyjskiej prasie pojawił się kiedyś artykuł "Nad Kanałem Angielskim mgła. Kontynent odcięty."

10 komentarzy:

Kaczka pisze...

Brawo! A trasa rewelacyjna, choc my przeszlismy tylko mizerny kawalek. DoDorset bede juz zawsze miala slabosc :)

Pistacjowy Kosmita pisze...

Ja też: brawo!

kiciaf pisze...

Brawo Kwiatek!

Aż chce się powędrować...

Anonimowy pisze...

Trasa w dobrym stanie, porty takoż... W razie czego, przywróci się pierwotną funkcję, i już. Anglicy to mają łeb... :-)))
Iza

Kamyk pisze...

Szacun dla Kwiatka! :) Jestem pełna podziwu! :)

Moja Ameryka czyli dwa lata wakacji. pisze...

Bo marzenia sa droga do gwiazd:)

Podziw i gratulacje dla Kwiatka:)

bezsennablondynka.bloog.pl pisze...

Tak smakowicie przedstawiona wędrówka, że aż chce się rzucić przyziemną codzienność i ruszyć na szlak

thalie pisze...

jestem pełna podziwu!
i tak bardzo chcę zobaczyć to na żywo.

Anonimowy pisze...

Super!
nika

5000lib pisze...

Brawo!