Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Agencja Ucho Szakala życzliwie donosi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Agencja Ucho Szakala życzliwie donosi. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 12 stycznia 2012

Szaman Galicyjski i sprawa pewnego wpisu na blogu

Zalinkowałem wczoraj blog Dorothei i "oskarżono" mnie o dwie sprawy - po pierwsze, że "zrobiłem" Jej statystykę, czemu zaprzeczam, bo niewinien jestem czegokolwiek, a zwłaszcza namawiania. Napisałem, że wpis zrobił na mnie wrażenie pozytywne, a nie coś w stylu "idźcie, poczytajcie". Po drugie zaś, że należy się komentarz, a ja, leniwiec, nie napisałem. To piszę. Nie komentarz, bo było by nieco przydługie lecz mój samodzielny wpis. A co? Jest mnie na tyle.

Czemu urzekła mnie ta notka? Bo jest taka... hmm... nie-polska? Spieszę wyjaśnić.

Wiele osób spotkałem w życiu i wiele blogów czytałem, w których przewija się mniej lub bardziej otwartym tekstem lub mniej lub bardziej na pierwszym planie temat "jak to życie kopie mnie w słabiznę, o! jaki ja biedny i nieszczęśliwy!" I mają tak osoby pojedyncze jak i mnogie, czy to grupy zawodowe, czy lokalne społeczności, czy też cały Naród, co to, jako ów Chrystus narodów czy inny Winkelrid musi cierpieć za miliony. Bo za stówkę jakoś nie łaska. I za tym narzekaniem i mamłaniem się we własnej biedzie i nieszczęściu nie idzie nic, a jeśli już zoczycie jakiś cień czegoś majaczący na krawędzi pola widzenia, to będzie to następna porcja mamłania, w tym samym tonie, choć detale mogą się lokalnie zmieniać.

A tu nagle ktoś, kto zaczyna od tego samego, jak to Świat i Fata, spersonifikowane rzecz jasna, sprzysięgły się i kopią Autorkę w siedzenie, a co cios zadadzą, to poniżej pasa. I rodzina i szkoła i kto tam się trafił. Początek typowy, do bólu przewidywalny ciąg dalszy. Ot, Polska.

I nic właśnie! (podkr. moje) Zamiast złorzeczyć i pluć na otaczający ją wredny świat, spojrzała na siebie i od siebie zaczęła zmienienie swej doli. Zamiast zamknąć się w swoim skołowanym życiu i oczekiwać, że ktoś/coś (w tym siły nadprzyrodzone, dziękujemy bardzo za wsparcie, tak trzymać) zbuduje dla Niej wyłożony czerwonym dywanem gościniec, po którym dojdzie Ona zaniosą Ją w lektyce ku oazie wszelkiej szczęśliwości, splunęła w dłonie, wzięła topór i tarczę i poszła walczyć o swoje szczęście sama. Ze sobą i swoimi demonami. I tak miast zapłakanej Ofelii dostaliśmy jednoosobowy oddział 300 Spartan, który rąbiąc i spychając do dziury kolejne ciemnoskrzydłe demony być może krzyczał This is Spartaaa! (w jakiejś lokalnej odmianie). Nie oszukujmy się - nie obyło się bez łez, krwi i potu, zajęło to pół życia, były momenty zwątpienia, lęku i błędów. Ale, na wszystkich Bogów Podziemia! zwycięstwo kosztuje! Z tym, że smakuje słodko.
Za to szacun, cool i high five! (Bogowie! Co to za język!) Za to podziw i szacunek prawdziwy. Bo krytyczne spojrzenie na siebie, przyznanie, że coś jest nie tak, chęć zmiany i dokonanie tego, jest dla mnie powodem do szacunku. To jedno z najtrudniejszych przedsięwzięć w życiu.

I to jest piękne. I takie właśnie nie-polskie. Nie wiem czemu przyszła mi na myśl pieśń kościelna, którą tak często śpiewa się w eRPe: "Słuchaj, Jezu, jak Cię woła lud / Słuchaj, słuchaj, uczyń z nami cud."
Powinno otworzyć się niebo i głos potężny zawołać "A weźcie wy się, qurna, sami do roboty!"

I tego powinniśmy się trzymać.

P.S. Pominąłem tu wątek Miłości, bo ten temat jest mi nieznany, a ja po grząskim chadzał nie będę. Tak mam.

czwartek, 27 października 2011

Szaman Galicyjski i sprawa dzisiejszej Rzeczypospolitej

Szukając danych do bloga znalazłem na stronie Rzeczypospolitej taki kwiatuszek.

Przejrzeli szyfr okulistów

Michał Kadłubowski 27-10-2011, ostatnia aktualizacja 27-10-2011 12:54 

 Metody statystyczne, znane z kryptografii i tłumacza Google Translate, posłużyły do złamania XIII-wiecznego szyfru.
Zespół amerykańskich i szwedzkich specjalistów, pod przewodnictwem Kevina Knighta, profesora Uniwersytetu Południowej Kalifornii, zdołał odszyfrować manuskrypt datowany na drugą połowę XIII w.
Przechowywany w Berlinie rękopis, zwany szyfrem Copiale, okazał się opisywać obrzędy oraz kodeks sekretnego stowarzyszenia rytualnie zainteresowanego okulistyką.
Pismo zapisane zostało za pomocą 90 różnych symboli, w tym liter alfabetu łacińskiego.  Z pomocą kryptografom przyszedł algorytm komputerowy oraz metody oparte na modelach statystycznych, podobne do tych wykorzystywanych przez komputerowe systemy automatycznego tłumaczenia.

Chyba celowo wyłączyli możliwość komentowania. Co prawda ja tych okulistów od dawna podejrzewałem o jakieś niecne sprawki, ale żeby aż tak od XIII wieku, to, qurna, nie.

Dobranoc.

P.S. Zapytam nieśmiało, czy to aby nie szło o okultystów?

piątek, 20 maja 2011

Szaman Galicyjski i sprawa starożytnych ustawek

Co jakiś czas spotykam w necie informację, że kibice jakiejś drużyny robili "ustawkę" z kibicami innej drużyny. Podejrzewam, że obecność, czy nawet istnienie którejkolwiek z tych drużyn nie stanowi warunku "ustawki", a jedynie pretekst do owijania gąb szalikiem określonego koloru.

Na marginesie - słyszałem pyszną historię o boguduchawinnym człowieku intelektu, który będąc na delegacji w Szczecinie wracał późną nocą do hotelu. Nagle zobaczył idącą mu naprzeciw grupę kiboli, bardzo rozgrzanych nie tylko walką. Zoczywszy pojedynczego, niegroźnie wyglądającego intelektualistę grupa otoczyła go, a wiodący prym zbliżywszy otoczoną kolorowym szalikiem twarz do twarzy nieszczęśnika zapytał: "No, i kto wygrał? No?" Człowieczek, który rozpaczliwie próbował sobie przypomnieć najpierw kto z kim mógł grać dziś w Szczecinie, potem w ogóle kto mógł grać, na koniec jak nazywa się jakiś, jakikolwiek, zespół ludzików kopiących piłkę, a z braku tych informacji zobaczył już siebie na OIOM, zaraz po przeniesieniu z ortopedii i traumatologii, gdy nagle myśl błysnęła mu pod czaszką, jak się okazało zbawcza. "NASI!" zawrzasnął radośnie. "Nasi!" Przyjacielski rechot i poklepywanie po plecach było wyrazem, że trafił, cokolwiek to było. Z okrzykami "swój chłop" i "nasi górą" kibole poszli dalej.

Nie sądźcie jednak, że ustawki to wymysł dzisiejszy. Są takie, o których pisano na kamieniu. Co poniżej.


Się jeden król (Assurbanipal?) wybrał na polowanie. Król na wozie - lud w nawozie. Ci z przodu pokazują palcyma (w tych czasach nie uważano tego za niegrzeczne) "o, patrzajta, król jedzie!"


Ale król poszczuł ich psami. Bo co? Miał, to poszczuł.


A potem król zobaczył zwierzę i zaczął szczelać dolwa. Czy razy go trafił.


Kumple lwa próbowali odwrócić królewską uwagę, ale ten gościu z tyłu je odpędzał, a król szczelał dalej.


Aż lew zapluł się krwią. O, tu się zapluł.


I zdech. Widzicie go, jak se leży zdechły.


Ale to nie było prawdziwe polowanie, bo one te lwy mieli w klatkach i je wypuszczali jak król jechał. Jak Pawlak z Kargulem malowaną świnię. Czyli taki starodawny pic i fotomontaż oraz w zasadzie ustawka. I co? Taki ustrój musiał upaść, po prostu musiał.

Dziękuję British Museum za udostępnienie pierwszego wydania Faktów.

czwartek, 24 lutego 2011

Szaman Galicyjski i sprawa bliskowschodnia

Oglądam TV nie tylko dla poprawienia mojego mizernego angielskiego, ale też, żeby jakie-takie rozeznanie mieć, co też to się w wielkim świecie wyprawia.

I w kilku wydaniach mam szansę pooglądać Bliski Wschód i co się tam dzieje. O ile rozumiem dość dobrze sytuację libijczyków, to już zrozumienie Egiptu jest trudniejsze. Chyba zbyt mało poświęciłem czasu na historię nowożytną tego kraju, ale w końcu nie moja działka. Podobnie z Bahrainem, o którym też dużo się mówi i nawet pokazuje obrazki. A robią wrażenie nawet na mnie, jak w TV pokazują zdjęcia rtg ran postrzałowych. Skutki działania pocisków o dużej prędkości albo rozrywających się w ciele trafionego są smakowite, zwłaszcza, że to daleko. Ale żal tych normalnych ludzi, którzy weszli w drogę pociskom wystrzelonym przez innych, równie normalnych ludzi, na rozkaz i w interesie już nieco mniej normalnych ludzi.

Proroctwa Mayów i Egipcjan mówią, że w 2012 będzie koniec świata. Że ostatnia wojna wyjdzie właśnie z Bliskiego Wschodu. Znaczy się co? Zaczynamy?

Tłum jest nieobliczalny. Ileż to razy w historii dał się sprowokować i skierować na manowce. Ile razy bunt w kraju skazany był na to, że w obronie własnej du.. skóry ktoś wskaże wroga zewnętrznego. Premier Egiptu jest skorumpowany? Tak, ale to nie jest wina Egipcjan, to wina Zachodu, może USA? Premier Bahrainu jest kuzynem króla i sprawuje władzę od 40 lat i jest skorumpowany? To wina zgnilizny przenikającej z Zachodu. To oni są winni. Tunezja. Libia. Egipt. Bahrain. Kto następny?

Nie mam zaufania do krajów, w których prawo stanowi religia. Nie dlatego, że mam coś przeciw wierze jako takiej. Niech se tam wierzą dobrzy ludzie, jak im tego potrzeba. Ja się obawiam religii. Jak bowiem mówił jeden z kandydatów do Nagrody Nobla: "na świecie byli i są ludzie źli, którzy zawsze będą robić złe rzeczy, oraz ludzie dobrzy, którzy będą robić rzeczy dobre. Ale potrzeba religii, żeby ludzie dobrzy zaczęli robić rzeczy złe."

I trochę się niepokoję.

czwartek, 25 listopada 2010

Szaman Galicyjski i sprawa pewnej zarazy

Sie zrobiło szaro i deszczowo. Nawet jakby trochę chłodniej może. W taki czas miło jest usiąść przy kominku ze szklaneczką czegoś miłego czyli a cup of kindness, jak mówią tubylcy, zapalić ze dwie świece i posłuchać. Kiedy ogień huczy, skry latają, serce rozmiękcza się zawartością szklaneczki najlepiej wchodzą straszne opowieści z dawnych lat. Wreckers łupiący zwiedzione fałszywymi ogniami statki, przemytnicy przemykający skalistymi ścieżkami na klifach, niosący na ramionach beczułki z koniakiem i tytoń, sinoblade trupy młodych kobiet znajdowane w strumieniach w niedzielne poranki, czy wsie pełne wzdętych, pokrytych czarnymi plamami ciał mieszkańców. Zupełnie inaczej wtedy zacina deszcz po szybach, inaczej świszcze wiatr za oknem, inaczej smakuje rum.

Jest ostatni tydzień sierpnia 1665 roku. Czarna Śmierć dziesiątkuje Londyn (a nawet piątkuje, bo zmarło 20% mieszkańców miasta), południe Anglii wstrzymało oddech. Z Londynu wyrusza na północ miejscowy kurier pocztowy. Wśród paczek, które wiezie, ma też mały ładunek ubrań przeznaczony dla George'a Vicarsa, wiejskiego krawca mieszkającego w Eyam, malutkiej, zabitej dechami wsi w Derbyshire. Krawiec liczy, że pozwolą mu one rozkręcić znów podupadający interes. Czego obaj mężczyźni nie wiedzą, to tego, że niecierpliwie wyglądany ładunek zawiera oprócz ubrań także coś dużo bardziej złowrogiego - pchły. A te pchły niosą ze soba zarazę.


Eyam współcześnie

Kilka dni po otrzymaniu przesyłki z cennymi ubraniami George Vicars obudził się z przeraźliwym bólem głowy. Wkrótce potem dostał gorączki. Fale nudności, wstrząsające jego ciałem, powodowały wymioty, a wkrótce dołączyła się biegunka. Węzły chłonne na szyi, pod pachami a potem i w pachwinach przeobraziły się w twarde, bolesne kule. Na skórze pokazała się plamista wysypka, szybko zmieniająca się w wielkie, krwawe wylewy. Ból stał się nie do zniesienia, zamieniając Georgea w wyjącą kukłę, zwiniętą w kłębek na łóżku. W końcu wycie przeszło w stłumione jęki i szloch. Nie minął tydzień od otwarcia przesyłki a George Vicars był martwy. Zaraza przybyła do Eyam.


W tym domu rozpoczęła się zaraza.

Do końca miesiąca jeszcze pięciu mieszkańców wsi pożegnało się z życiem. W październiku zmarło następnych dwudziestu trzech. Tak jak rozprzestrzeniała się zaraza, tak rozchodziła się panika. Padły propozycje, aby wszyscy porzucili swe domostwa i szukali bezpiecznego schronienia w pobliskim Sheffield. Był jednak pośród mieszkańców jeden człowiek, który wiedział, że wykonanie tego planu przerodzi się w jeszcze większą katastrofę. Tym człowiekiem był William Mompesson, młody, świeżo zatrudniony rektor parafii Eyam.

Poza ogniskiem zarazy w Yorku, większa część północnej Anglii uchroniła się przed zarazą. Mompesson doskonale zdawał sobie sprawę, że jedynym rozsądnym działaniem jest zapobieżenie ucieczce mieszkańców do Sheffield. Jeśli bowiem zaraza opanuje to miasto, cała północna Anglia będzie w niebezpieczeństwie. To byłaby katastrofa.


Kościół w Eyam. Fajnie jest mieszkać gdzieś, gdzie stoi kościół sprzed ho,ho,ho ilu lat.

Eyam było małą społecznością, ale bardzo religijną i głos rektora miał kolosalne znaczenie. Dzielni mieszkańcy zgodzili się na dobrowolną kwarantannę, aby zapobiec rozszerzaniu zarazy, z pełną świadomością, że dla wielu jedyną zapłatą za to poświęcenie będzie śmierć w okropnych męczarniach.

Wioska nie została zupełnie odcięta od świata. Mieszkańcy sąsiednich miejscowości, a także William Cavendish, duke of Devonshire, mieszkający w nieodległym Chatsworth House, dostarczali darmową żywność i leki. Zostawiali je w okolicy kamieni granicznych lub przy studni ponad wsią, aby mieszkańcy mogli je zabrać po ich odejściu. Za część produktów wieśniacy z Eyam płacili, zostawiając pieniądze we wgłębieniach omywanych wodą. Monety dezynfekowano mocząc je w occie.



Zaraza trzymała Eyam w okowach przez ponad rok. W tym czasie zmarło ponad 260 osób, w tym także Catherine Mompesson, żona młodego rektora, która opiekowała się chorymi i zmarła jako jedna z ostatnich. Przeżyły tylko 83 osoby, opowiadające później wzruszające historie, jak ta o Elizabeth Hancock, która w ciągu jednego tygodnia sama pochowała męża i sześcioro dzieci na polu obok domu, sama zaś przeżyła, choc to ona przyniosła do domu zarazę - opiekowała się chorymi we wsi.

Elizabeth Hancock w wizji artysty.


Dzisiejszy widok grobów. Na murku wisi tabliczka z prośbą o szacunek dla zmarłych.

Przeżył też miejscowy grabarz, choć miał stały kontakt z ciałami zmarłych.

Co do Williama Mompessona, który przeprowadził wieś przez wszystkie te nieszczęścia mając zaledwie 28 lat, to również przeżył i zmarł w wielku 70 lat.

Dobranoc, śpijcie dzisiaj słodko.

niedziela, 8 sierpnia 2010

Szaman Galicyjski i sprawa pewnego pomnika

No, i doczekaliśmy się. Buractwo po obu stronach. Zastanawiam się, skąd bierze się w ludziach tyle chęci bezinteresownego robienia z siebie pośmiewiska.

W miejscowości Tatabanya na Węgrzech odsłonięto pierwszy(?) pomnik, poświęcony ofiarom Katynia z 1940 roku oraz prezydentowi Lechowi i pozostałym ofiarom katastrofy pod Smoleńskiem. Link tutaj.
Nikt z polskich dyplomatów na Węgrzech, "mimo wielokrotnych zaproszeń" (wg prasy), nie pojawił się.

Aż tak bali się, co powie Donald?

A pomnik wygląda tak.


P.S. Ale nie jedyny. Znalazłem też jeden w Odessie. A tablica w Odessie wygląda tak.

wtorek, 25 maja 2010

Szaman Galicyjski i sprawa pewnego Węgra

Niedawno odbyły się w Ukeju wybory. Ciekawostkę o jednym z wybranych znalazłem w gazetach. Otóż poszukujący azylu w roku 1978 Węgier, pan Gabor Bartos, został wybrany burmistrzem miejscowości Poynton w Cheshire.




W 1978 roku, nie mówiąc nic nikomu, nawet własnej matce, wyjechał z Węgier, gdzie określano go mianem dysydenta, przyłączywszy się do fanów drużyny piłkarskiej Węgier jadących na mecz do Anglii. Nie jestem fanem, może miało to jakiś związek z mistrzostwami świata w Argentynie? Tu poprosił o azyl i otrzymał go... sześć lat później. Ożenił się z księgową, pracował jako nauczyciel muzyki, ułożył sobie życie.
Mającego 59 lat naturalizowanego Brytyjczyka okoliczna społeczność wybrała na swego burmistrza. Pan Bartos opowiedział swoją historię gazetom, czując się dumnym, że jego wysiłki w integracji z nową ojczyzną przyniosły tak dobre efekty. Wyraził też zmartwienie, że tylu innych emigrantów wybiera życie w gettach, nie chce poznać i w dalszej konsekwencji stać się częścią kultury brytyjskiej.
To wydawać się może ciekawostką i po co o tym piszę? Otóż zaciekawiły mnie komentarze internetowych czytelników gazet, w których pojawiła się ta historia.

"Good man. This is what immigration is all about. You make the absolute best of the country you have adopted /.../ Those that choose to live in ghettos and not blend in, have much poorer, diminished lives because of it.
CLAIRE, nottm, 24/5/2010 12:32 Rating +590"

"Dobry gość. O to chodzi w emigracji. Wykorzystać jak najlepiej możliwości, które zaoferował nam kraj, który wybrałeś. /.../ Ci, którzy wybierają życie w gettach i nie integrują się, mają przez to dużo biedniejsze i mniej wartościowe życie."*)

"This man is a credit to England, his homeland and himself. Nothing more to add!!
- Bert, Deepest Dorset, 24/5/2010 11:50 Rating +501"

"Ten człowiek zasługuje na pochwały od Anglii, swojej ojczyzny i samego siebie. Nic dodać!!"

"This is the kind of immigrant most countries want!!!!
If only the other asylum seekers could only be like him
Karen, Sydney, 24/5/2010 11:52 Rating +483"

"Takich emigrantów życzy sobie każdy kraj!!! Gdyby tylko inni poszukiwacze azylów byli jak on."

"Brilliant ! He should have a job in the cabinet in charge of immigrants and immigration!
Lady Linda, Never never land, 24/5/2010 12:43 Rating +435"

"Wspaniale! Powinien dostać pracę w rządzie, na stanowisku do spraw imigrantów i imigracji!" (Never never land to Australia)

Ale nie wszyscy byli szczęśliwi z takiego obrotu sprawy. Oto przykłady innych komentarzy.

"This man summarises everything that is wrong with this country...
Steven Armstrong, Newcastle upon Tyne, 24/5/2010 12:46 Rating -443"

"Ten przykład jest esencją wszystkiego co jest złego z tym krajem..."

"So why didn't Bartos seek asylum in the nearest safe country.
Slovakia, Poland, Ukraine, Romania, Serbia, Croatia, Slovenia, Austria.
It seems 99.9% of so-called asylum seekers by-pass countless countries just to get to the land of the benefits. And for the last 13 years they have been welcomed here with open arms.
Gordon Bennett, Bristol UK, 24/5/2010 11:07 Rating -259"

"To czemu Bartos nie szukał azylu w najbliższym bezpiecznym państwie. Słowacja, Polska, Ukraina, Rumunia, Serbia, Chorwacja, Słowenia, Austria.
Wydaje się, że 99.9% tak zwanych azylantów omijało niezliczone kraje po to, by dostać się do kraju świadczeń społecznych. I przez ostatnie 13 lat byli tu witani z otwartymi rękoma."

Pomijam tu znajomość geografi polityczno-historycznej, jak istnienie Ukrainy, Słowacji, Serbii, Chorwacji i Słowenii w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku, ale pewnie Gordon przespał te lekcje w podstawówce.
Zwróćcie proszę uwagę na "rating". To ilość głosów internautów popierających (plus) lub niechętnych (minus) danemu wpisowi. Wybrałem tylko najbardziej aktualne. I te pozytywnie wyrażające się o Węgrze mają bardzo wysokie poparcie. Natomiast niegatywne lub pisane przez niedouków mają dużo negatywnych ocen.

W czasie, kiedy pisałem ten post liczby zmieniły się. Pierwszy pozytywny wpis ma teraz rate +632, a pierwszy negatywny ma -467.

Po co o tym piszę? Bo chcę pokazać jak miejscowi reagują na imigrację. Kogo z emigrantów szanują, a kogo się boją. To taki mały obrazek dla lepszego zrozumienia tych, w których kraju przyszło nam żyć.

Ciekawe, jakie w Polsce miałby notowania pan Gabor Bartos? I komentarze w internecie...

_______________________
*) tłumaczenia moje, "na kolanie", chodziło mi o oddanie ducha wypowiedzi

czwartek, 15 kwietnia 2010

Szaman Galicyjski i sprawa pewnego pogrzebu

Cichutko obiacałem sobie, że tematu nie poruszę, bo wszystko co było do napisania - napisano. Ale Złe Mzimu pod postacią Abnegata*) kazało mi zajrzeć na jego blog, doczytać ostatnie komenty z blogu Green i Morfeusza i muszę się wypowiedzieć. Prosze mi nie przerywać i dać napisać wszystko do końca.

Zgadzam się z Green i Morfeuszem, że to, co w ostatnich dniach dzieje się w Polsce to Wielka Zbiorowa Histeria. Widać to począwszy od p.o. rządzących po komentatorów na blogach. Zaczyna się miło, kończy na wzajemnym opluwaniu (w tym jadem), życzeniu śmierci VII i odsądzaniu od czci i wiary.
Zamiast racjonalnych argumentów dyskusje opanowują emocje (w tym skrajne) i główny temat jakoś znika. Wahadło porusza się od skrajnej "Kaczyński wielkim człowiekiem był" do "g.... prawda, był kartoflem". Z rzadka tylko ktoś próbuje "podzielić" Zmarłego na dwie osoby: człowieka i prezydenta.
Jako człowieka go nie znałem, co najwyżej mogłem wyciągać wnioski z jego postępowania, jako prezydent nie sprawiał na mnie dobrego wrażenia. Ale to są moje prywatne oceny, które z całą pewnościa zostaną zweryfikowane przez czas. Natomiast faktem jest, że zginął będąc "w służbie Rzeczypospolitej", reprezentując mój kraj. Dywagowanie, czy to jego postawa przyczyniła się do katastrofy nic w powyższych faktach nie zmieni.

Jako zmarłemu prezydentowi Rzeczypospolitej należy mu się szacunek płynący z urzędu, na który wyniosły go głosy oddane w wolnych wyborach przez obywateli. Nie głosowałem na niego (z przyczyn technicznych) i nie głosowałbym nań będąc w Polsce, ale to nie znaczy, że nie uważałem go za prezydenta. Przyznaję, że krytykowałem głośno jego decyzje, chichotałem oglądając filmiki na youtube, ale odnosiło się to do jego decyzji i jego zachowania w danym, ujętym w filmiku momencie, a nie do człowieka, jakim był.

Natomiast wqurza mnię to, że na fali Wielkiej Zbiorowej Histerii wypłynęły decyzje tak odległe od szacunku dla zmarłych jak Kraków od Warszawy.

Pomysł z pochowaniem prezydenta na Wawelu, najpierw był plotką, potem pomysłem rodziny zmarłego, potem okazało się, że rodzina tylko się zgodziła, a dopiero od kiedy został zatwierdzony, nagle ma wielu ojców, o czym można przeczytać tu (za: Nomad_FH, dzięki). Zwróćcie uwagę, proszę, na szczerość jednej z wypowiedzi, którą tu przytoczę:

"- Panowie Markowski i Marchewczyk mogą sobie mówić, co chcą. Pomysł z Wawelem skierowano do kardynała Dziwisza wcześniej, niż obaj twierdzą. I to za sprawą działaczy PiS-u, którzy sprawę zaczęli rozgrywać znacznie wcześniej niż w niedzielne popołudnie - mówi "Gazecie" blisko związana z krakowską kurią osoba."

Otóż właśnie - "rozgrywać". Bo teraz ciała małżeństwa państwa Kaczyńskich są elementem rozgrywki. Dziwisz chce zagrać na nosie Glempowi, krakowski PiS warszawskiemu, ktoś inny komuś inniejszemu.
A gawiedź patrzy z rozdziawionemi gęby i klaszcze.

My, Polacy, uwielbiamy emocje. Na nic u nas zimne kalkulacje, chłodna ocena faktow, wszystkich "za" i "przeciw". Podobnie jak z santo subito, które jak się okazało natrafiło i w wersji non-subito na pewne przeszkody. Teraz wersji z Wawelem nikt nie odważy się odwołać, nawet jeśli by przyszło opamiętanie, bo stosunek pozytywny do tej decyzji stał się nagle miarą patriotyzmu. I trzeba dalej brnąć, wymyślać mniej lub bardziej pokrętne wyjaśnienia, szukać wielkości tam, gdzie wielu wątpi w jej obecność. Chyba najlepszym pomysłem w obecnej sytuacji jest to, co powiedział bp. Pieronek, żeby pochować w godnym miejscu, a po czasie przenieść na Wawel, jeżeli byłby taki konsensus społeczny po przeprowadzeniu dyskusji w innym czasie niż żałoba. Pewnie tego konsensusu by nie było, bo kiedy emocje opadną...
Ale czy wystarczyło by nam, Polakom, siły i daru przekonywania, żeby odkręcić to, co tak ktoś namotał?

Przykro mi, że zamiast pożegnać z godnością i dumą tragicznie zmarłego Prezydenta i wszystkie towarzyszące mu w feralnym locie Osoby gramy jego trumną w kulki. Przy okazji wzbijając tyle kurzu, że zniknęły gdzieś te wszystkie towarzyszące mu Osoby.

Mój szamański pomysł? Jeden, wspólny grobowiec na Powązkach (np.), może po czasie jakiś pomniczek nad nim (bo na chybcika nie wypada), dla wszystkich uczestników tego lotu. Bo lecieli razem, razem też zginęli. Niech na zawsze więc zostaną razem.

__________________________
*) w opracowaniu audit "Wpływ Abnegata na mój blog"

środa, 14 kwietnia 2010

Szaman Galicyjski i sprawa odcisku w betonie

Zapraszam! Zapraszam! Zapraszam!
W Bodmin, kornwalijskim mieście, przed szpitalem jest od dziś do oglądania odcisk Szamana w Betonie. Świerzy jak szczypiorek.
Jak do tego doszło? Miałem dziś tylko dwa znieczulenia, reszta szła w lokalce. Zatem musiałem siedzieć w szpitalu, ale jeno jako obstawa dla onych. I czytając blogi osób pomienionych "po lewo" na blogu Abnegata zawędrowałem na blog Morphiusza (aktualnie wespół z Green), a tamże na stronę z komentarzami, a stamtąd na stronę Fronda.pl. Konkretnie zaś na dwie strony. Jedną poświęconą katastrofie prywatnego samolotu, w której zginęło siedem kobiet i siedmioro dzieci oraz na stronę poświęcona katastrofie samolotu prezydenckiego. No i quźwa tak mnie wgniotło w beton, że aż pozostał odcisk, do oglądania, jak kto chce.

Zatem do adremu. Prywatny samolot wiozący kobiety i dzieci na wakacje spadł z nieznanych dotąd przyczyn (podejrzewane jest nagłe oblodzenie lotek) i wszyscy zginęli. Ot, katastrofa. Ale cóż niezwykłego było w tej katastrofie? Otóż wszyscy pasażerowie to była rodzina niejakiego Irvinga Moore 'Bud' Feldkampa III, który "pieniędzy na samolot dorobił się na zabijaniu. Będąc właścicielem największej sieci klinik aborcyjnych w USA Irving Moore 'Bud' Feldkamp III zarobił miliony. Firmę Family Planning Associates kupił cztery lata temu. W należących do niego siedemnastu klinikach w Kalifornii zgładzono więcej nienarodzonych dzieci, niż we wszystkich pozostałych klinikach w tym stanie, łącznie z zakładami Planned Parenthood."
Smaczku tej historii dodaje fakt, że samolot rozbił się na cmentarzu, w miejscu, gdzie "parafianie przychodzą tu często. Ktoś dawno temu zainicjował odmawianie w tym miejscu różańca za ofiary biznesu aborcyjnego: nienarodzone dzieci, ich nieszczęsne matki i wszystkich lekarzy, którzy mają krew na rękach. Obok cmentarnego kościoła postawili symboliczny nagrobek - Grób Nienarodzonego."
Oki, powie ktoś, przypadek. Może ta informacja nie jest specjalnie sensacyjna. Ciekawostka raczej. Za to lektura komentarzy, pochodzących od przepełnionych miłosierdziem i miłością bliźniego, cytujących Biblię i JP2 użytkowników forum - to jest coś.
"Bóg nie ukarał dzieci za grzechy ojca, ale ojca za jego własne grzechy, śmiercią jego dzieci! Życie wieczne w tej perspektywie należy na to patrzeć!" - tłumaczy kubajakub SZARY
Ktos uznał, że może jednak nie, że to nie tak, ale:
"Uważasz, że Bóg jego dzieci i wnuki pokarał śmiercią? Czemu odmawiasz pobytu jego dzieciom w niebie? Być może Bóg zabrał mu dzieci, aby nie uległy one dalszemu zgorszeniu. Popieram wypowiedź kubyJakuba SZAREGO. /Sodalitium Pianum/
Ana Liza szerzej tłumaczy boże zamysły: "Być może Pan Bóg zabierając do siebie całe potomstwo tego abortera właśnie w tym momencie ocalił ich od wiecznego potepienia. Kto wie, czy z czasem nie weszliby oni w świat "wartości" swojego ojca i dziadka. Przecież Bóg nie spał w chwili katastrofy - wybrał najlepszy moment na ich przejście na tamten świat. Samemu zaś aborterowi dał szansę nawrócenia poprzez bolesny wstrząs."
Najlepiej podsumował tę dyskusję Geoffrey: "Mnie się zdaje, że katastrofa samolotu nie była karą dla aborcjonisty. On będzie sądzony i karany, gdy przyjdzie jego czas. Bóg nie odbiera mu szansy na nawrócenie. Katastrofa jest raczej aktem boskiego miłosierdzia w stosunku do jego dzieci, które w przyszłości przejęłyby jego "interes" i nie miałyby szans na zbawienie duszy. Umarły, póki były niewinne. A jesli przy okazji grzesznik się nawróci - tylko się cieszyć."

Natomiast komentarze do strony z informacją o katastrofie samolotu prezydenckiego mówią nie o boskim miłosierdziu dla załogi i pasażerów i nawracaniu sie rodzin, ale o...? Oczywiście, ta pani w czerwonym wygrała! O spisku!
Po stosownej porcji szczerych wyrazów współczucia i troski musieli odezwać się także inni.
Blu49: załatwili Sikorskiego, załatwili i Kaczyńskiego - oczywiście Rosjanie. A może Żydzi żydzi?
ArfurUnandi: Kto odważy się powiedzieć, czy aby podczas remontu samolotu ktoś nie wyświadczył drobnej przysługi Prezydentowi? Czy na pewno remont się udał na 100%, czy ktoś był życzliwy dla Kaczyńskiego tak, jak dla Sikorskiego? Rosjanom nie spieszyło się, żeby pomóc polskim dziennikarzom. Nikt nie dzwonił po służby ratunkkowe.
Beliniak: "Czy ktoś jeszcze wierzy, że to przypadkowa katastrofa? Naczelne osoby w odradzającym się polskim państwie, przeciwnicy komunizmu, przypadkiem giną w drodze do Katynia, gdzie ginęła polska elita?"
Kiedy jeden z komentatorów, Gandalf, próbował jakoś uspokoić towarzystwo: "Ta katastrofa to był bez wątpienia wypadek. Jego skutki będą na pewno bardzo poważne dla polskiego życia publicznego..."
to się dowiedział od Szansonisty, że "Gandalf - gwiazda przenikliwości i nieprzebrana skarbnica wiedzy, posiadł na razie jako jedyny absolutną pewność odnośnie przyczyn tragedii. Zaiste wielki człowiek, nie tylko gołębim sercem ale i ptasim móżdżkiem. Pozostałych proszę o wybaczenie."

Nie będę was zanudzać cytatami o zestrzeleniu prezydenckiego Tupolewa rakietą, o dobijaniu tych, którzy przeżyli, z broni krótkiej i temu podobnych głupotach (nie słyszeli o tłumikach, czy co?). Chodzi o co innego.
Dwie katastrofy, dwa samoloty, giną niewinni ludzie. Ale jakież różne i pokrętne są powody, nie te trywialne, techniczno-pogodowe, ale te głębokie, zahaczające o życie wieczne. I jak miło dyskutuje się w takim gronie.

Ja Cię, Green_Emily, rozumiem. Ja też się z tego kółka zainteresowań wypisuję.


P.S. Tutejsze służby techniczne postanowiły jednak nie czynić atrakcji turystycznej z mego odcisku w betonie i właśnie go naprawiają. Patrz zdjęcie poniżej. Ja jednak nadal czuję się wbity w beton.

piątek, 12 marca 2010

Szaman Galicyjski i sprawa medycyny światowej.

Jeden z dziennikarzy Newsweek'a, niejaki T.R.Reid, zrobił eksperyment. I to na sobie. Znaczy sie eksperyment na żywym organiźmie i to bez zgody kamisji etycznej. Z tym, że podejrzewam, iż za pieniądze gazety.
Otóż miał pan Reid stary uraz barku, który dawał znać o sobie przy większych wysiłkach i nagłych zmianach pogody. I pan postanowił sie leczyć.
Poszedł więc był do top-ortopedów w USA. Porobili badań za równowartość średniej klasy samochodu i zadecydowali, że najlepiej będzie staw wymienić na sztuczny. Za równowartość kilku samochodów z górnej półki.
Pan Reid powiedział, że do nich zadzwoni i pojechał na kontynent europejski, do Francji i Niemiec. Tu również zbadali go top-ortopedzi i dawszy receptę na środki przeciwbólowe skierowali na rehabilitację, w cenie dobrego lunchu za zabieg.
Pan Reid leki wykupił, na rehabilitacje trochę pochodził i pojechał dalej na wschód, czy raczej Wschód, bo do Indii. Tu za cenę lizaka leczono go masażami, ziołami i medytacją.
Wracając, pan Reid wstąpił do kraju szczęśliwych ludzi czyli UK. Tu specjalista go zbadał i kazał iść do domu. Niczego nie oprzepisał ani nie zaproponował. Stary uraz musi boleć, ot co.
Pan T.R.Reid wyznał, że najwięcej korzyści odniósł podczas terapii hinduskiej i nie bolał ani bark ani portfel.
Podróże kształcą.

poniedziałek, 21 grudnia 2009

Szaman Galicyjski i sprawa świątecznych życzeń

Pozostając w duchu Świąt Bożego Narodzenia, tych politycznie poprawnych, chcę przestrzec was przed błędami popełnionymi przez innych, aby Święta były okresem nieustającej radości i spokoju, a ilość skarg i spraw sądowych po nich, możliwie jak najmniejsza.

Zdaje się wam, że niepotrzebnie? Nic bardziej mylnego. W piątek rano słyszałem w BBC Radio o przypadku pewnego policjanta z północy kraju. W jego, jak to nazwać? jednostce, posterunku, zrobiono coś, co nazywa się tu "Secret Santa". Polega to na tym, że biorące w tym przedsięwzięciu osoby losują komu mają kupic prezent, zazwyczaj do określonej kwoty, a następnie prezenty są wkładane do koszyka i każdy szuka swojego, nie znając ofiarodawcy. Czasem prezenty są bez podpisu i po prostu każdy losowo wybiera jeden dla siebie.
Tak też było na rzeczonym posterunku. I pech*) chciał, że prezent autorstwa owego policjanta, zwierający butelkę wina i paczkę boczku, trafił do funkcjonariusza-muzułmanina. Rozpętała się burza, że to było rasistowskie, bezduszne, oburzające, obrażające uczucia religijne i... policjant-autor opuścił służbę. Dokładnie nie wiem, czy został zawieszony czy zupełnie zrezygnował, ale fakt pozostaje faktem.

Dlatego na początek załączam - i mam nadzieję, że nie za późno - wzór politycznie poprawnych życzeń, które można wysyłać w Ukeju.

*     *     *
Drogi .... (zwany dalej życzeniobiorcą),
proszę przyjmij ode mnie (zwanego dalej życzeniodawcą) bez jakichkolwiek zobowiązań, bezpośrednich lub pośrednich, moje najlepsze życzenia bezpiecznego dla środowiska, społecznie odpowiedzialnego, nie stresującego, nie uzależniającego, niezależnego od płci świętowania zimowego zrównania dnia z nocą, praktykowanego według najbardziej odpowiadającej Ci tradycji religijnej lub praktyk świeckich, zgodnych z Twoim wyborem, z zachowaniem należnego szacunku dla religijnych/świeckich przekonań innych osób oraz/lub ich wyboru nie praktykowania żadnej religijnej/świeckiej tradycji w ogóle.

Życzę Ci także korzystnego finansowo/podatkowo, rozwijającego osobowość i medycznie nieskomplikowanego rozpoczęcia ogólnie akceptowanego początku kalendarzowego roku 2010, ale nie bez należnego szacunku dla Nowych Roków według kalendarzy innych kultur, których przedstawiciele włożyli wielki wkład w rozwój społeczeństwa Wielkiej Brytanii (co jednak nie sugeruje, że Brytania jest większa niż jakiekolwiek inne państwo lub że jest tylko jedna "Brytania" na półkuli północnej) i to bez względu na rasę, kolor skóry, stopień sprawności fizycznej, wiarę, religię, orientację seksualną oraz wybór platformy komputerowej.

____________________________
Zastrzeżenia prawne:
Przez akceptację tych życzeń życzeniobiorca akceptuje także te warunki.
Życzenia powyższe mogą być podmiotem wyjaśnień lub mogą być w całości lub części wycofane, co zależy wyłącznie od życzeniodawcy.
Nie stanowią obietnicy ze strony życzeniodawcy, że weźmie udział w spełnianiu tych życzeń ani w stosunku do życzeniobiorcy ani osób trzecich.
Życzeniodawca nie ponosi żadnej odpowiedzialności za niezamierzony stres emocjonalny, jaki moga spowodować te życzenia u tych, którzy nie czują ducha świąt.
Życzenia możesz przekazywać innym pod warunkiem niezmienionej treści.
Życzenia tracą ważność jeżeli zawierają treści niezgodne z lokalnym prawem.
Życzenia mogą działać w sprzyjających okolicznościach przez okres jednego roku lub do czasu złożenia następnych życzeń świątecznych, którekolwiek nastąpi wcześniej, a możliwość zamiany tych życzeń lub złożenia nowych pozostaje w wyłącznej gestii życzeniodawcy.

*     *     *

Strzeżcie się! Przejrzyjcie raz jeszcze co komu dacie w prezencie! Gra komputerowa dla dziecka? A tam pani jakaś w zbroi osłaniającej tylko sutki i łechtaczkę! Toż to obraza! Bo to, że sobie obcinają różne fragmenty ciała a krew sika aż na klawiaturę to nic, ale, za przeproszeniem, cycek na ekranie? Książka dla kolegi z pracy? A przeczytaliście co w środku? Bo może tam zachęcające opisy seksu hetero, a on akurat homik? I nie ma tu ortograficznego błędu. "Chłopcy z Placu Broni" dla proboszcza-dobrodzieja? I co sobie o was pomyśli, że o nim myślicie?
Ja was czynię ostrożnymi! Bo nigdy nic nie wiadomo...

Wpadnijcie jeszcze.
_____________________________
*) im dłużej o tym myślę tym mam większe wątpliwości, czy to był pech

czwartek, 26 listopada 2009

Szaman Galicyjski i sprawa listu otwartego od Abnegata

Szaman Abnegatowi pozdrowienia.


Zaczęło się od jednej sprawy prawnej, a teraz przeszliśmy łagodnym łukiem do tematów ogólniejszej natury. Widać miał ex-minister Ziobro rację, że w medycynie sprawy są rozwojowe. Niech i ja się też rozwinę.

Wszystko (lub prawie wszystko) o czym piszesz jest z pewnego punktu widzenia słuszne. Że trzeba pomagać, że sumienie, że system... Ja to rozumiem, nawet jeśli nie zawsze się z tym zgadzam. Nadal uważam, że łamanie prawa jest łamaniem prawa i powinno być tak nazwane głośno, nawet jeśli nie będzie ukarane lub kara będzie symboliczna. Ten sąd po prostu "uciekł" od wydania orzeczenia nazywającego rzeczy po imieniu. Sędziowie też ludzie. Jakkolwiek by czyn ten został nazwany to albo jedni albo drudzy skoczyli by im do gardeł. To nie był, jak chcą niektórzy z komentatorów na naszych blogach, wyrok salomonowy. Wyrok Króla Salomona był mądry i zmuszający podsądne kobiety do działania. Wyrok w tej sprawie jest tchórzliwą rejteradą sądu przed nieprzyjemnościami ponoszenia odpowiadzialności publicznej zań. EOT

Przyjmijmy chwilowo, wszak rozprawiamy teoretycznie, że pani doktór miała rację. Pomogła, to pewne. Ale jaka to pomoc? Co się stanie z tymi ludźmi, kiedy ona, na ten nieskomplikowany przykład, wyjedzie na urlop? Albo zachoruje? Albo umrą wszyscy kombatanci w jej rejonie? Albo skończą się recepty IB? Powie menelstwu "won"? I znajdą się w punkcie wyjścia. Nadal żadnej sensownej pomocy, żadnych widoków na przyszłość. I nadal działający bez zmian system, który będzie "produkował" następnych im podobnych. Czyli: dobre pobudki, naganne działanie, całkowity brak myślenia "na przyszłość".

Piszesz o katrupieniu żuli. Człowiek jest istotą społeczną, co jest tylko bardziej elegancką formą słowa "stadną". Życie w stadzie jest korzystniejsze dla jednostki, bo daje większą szansę przeżycia niż życie w samotności. Nie ma róży bez kolców. Kolcami w tym przypadku są (brzydkie słowa) obowiązki i odpowiedzialność. Kto tych obowiązków spełniać i odpowiedzialności ponosić nie chce - sam wyklucza się ze stada. Duża część menelstwa leczonego za nasze pieniądze przez panią doktór sama wykluczyła się ze stada lub też nie wykazała żadnych chęci powrotu, jeśli znalazła się tam nie z własnej woli. Dobra, Jolu, nie wiem, nie znam szczegółów. Zatem odwołam się do Twoich wspomnień, Abi. Ile razy jeździłeś karetką do rodzin menelowatych bomisiów i ile razy widziałeś jakiekolwiek próby poprawienia przez nich swego losu inne niż wyciągnięcie brudnej łapy po kolejną zapomogę, kolejną receptę, darmowy transport? Ile razy oni, patrząc na Twoje poorane znojem czoło, pochylone z troską nad cierpieniem ludzkiem, nie widzieli romantycznego uzdrowiciela tylko "popatrz, q..., jaki frajer, chce mu się robić, a i tak g...o ma". Bo on miał. Bez pracy, bez odpowiedzialności, bez wysiłku. Sięgał do wspólnych pieniędzy z okrutnym wrzaskiem "bo mi się..." Moim zdaniem, może bezwzględnym, dla tych, co tam żyją z własnego wyboru, sprawa powinna być prosta - chcesz tam być? Oki, ale ponosisz konsekwencje. Wszystkie. Do ukatrupienia włącznie. Chcesz się z tamtąd wyrwać? Proszę, stwórzmy jakąś drogę powrotu. Zgodną z prawem i w ramach systemu. I koniec. EOT

Dyskomfort psychiczny. Być janosikiem czy mówić "won"? Katrupić meneli przez zaniechanie czy nająć myśliwego? Straszna alternatywa - deptać ideały i olać ciepłym moczem czy kraść.

W głębinach rosyjskich pustkowi była mała, żydowska osada. Leżała daleko od głównych dróg, zupełnie zapomniana. Kiedy urodziło się dziecko zgłaszano ten fakt w urzędzie wtedy, kiedy akurat ktoś był w mieście. Czasem lata po narodzinach. W pewnej rodzinie urodził się syn. Żona mówi: zgłośmy, że urodził się rok później, będzie z nami rok dłużej, zanim wezmą go do wojska. Mąż mówi: zgłośmy, że urodził się rok wcześniej, prędzej pójdzie do szkoły, wcześniej zacznie nam pomagać. Nie mogąc uzgodnić stanowisk poszli do rabina. Rebe wysłuchał ich i zapytał: a nie możecie podać prawdziwą datę? Spojrzeli po sobie zdumieni. Jak to, prawdziwą?

No właśnie. Może by tak zacząć pracować "prawdziwie"? Dla mnie, poza wszystkim co już napisałem, działalność pani doktór wpisuje się w ogólne przyzwolenie na bylejakość i dziadowstwo. Tak ogólne jak i szczegółowe. Zarówno w konstruowaniu systemu, który robiony jest na dziś, bez pomyślenia co będzie jutro (chyba, że jutro wybory), a już na pewno nie pojutrze, jak i w codziennej pracy, gdzie właśnie obcieramy d..ę szkłem. Pisałem o tym w poprzednim wpisie, nie będę powtarzał. Rozmawiałem kiedyś z kolegą urynologiem. Narzekał, że w ciągu dwóch godzin musiał przyjąć w przyszpitalnej poradni trzydzieści osób. Bawiąc kiedyś na nartach w Malej Fatrze spotkałem panią nerwolog, która przyznała przy słowackim piwie, że zdarza jej się przyjmować stu pacjentów dziennie. W czasie letniej kanikuły bywałem nad morzem, koło Darłowa, we wiosce liczącej 200 osób zimą, gdzie pani doktor z ośrodka zdrowia w czas sezonu letniego (12 ośrodków wczasowych po kilkaset osób) mówiła, że gdyby nie pieczątka to wieczorem nie wiedziałaby jak się nazywa. To są przykłady tych, co nie potrafią powiedzieć "nie" i naprawiają sztukują system sami, na własną rękę. Trzydzieści osób w dwie godziny? Czyli 4 (słownie: cztery) minuty na specjalistyczną konsultację. Sto osób w osiem godzin? Już lepiej, 4.8 minuty, jeśli lekarka nie robi przerw na sikanie, kawę czy choćby spojrzenie za okno przez chwilę. Osiem i pół tysiąca ludzi zamiast 200? Noż qurwasz-pałasz!

A gdzie jakość? Zarówno lekarz jak i pacjent godzą się na byle-jakość, byle zaliczyć kolejnego pacjenta, odbębnić wizytę, dostać receptę. To my, lekarze, ponosimy odpowiedzialność za to, że daliśmy sobie wmówić, iż jesteśmy odpowiedzialni za organizację opieki zdrowotnej w tym kraju. I pozwoliliśmy, aby wmówiono to innym. Otóż NIE! Ja jestem odpowiedzialny za to, i wyłącznie za to, co robię. Jeżeli moja konsultacja ma trwać dwadzieścia minut, to czas pracy dzielę na dwudziestominutowe odcinki i tylu i TYLKO tylu pacjentów przyjmuję. Inaczej jestem odpowiedzialny za robienie dziadowstwa i pracę na "odp... się". I lekceważenie chorych. Pomijam ludzkie traktowanie pacjenta, humanitaryzm, wysłuchanie żalów i tp. A jeśli jest więcej pacjentów? To zatrudnijcie dodatkowego lekarza. I gó..o mnie obchodzi skąd go weźmiecie i za ile*).

Społeczeństwo w wolnych i demokratycznych wyborach wybiera swoich przedstawicieli, którzy zasiadając w Organach Ustawodawczych mają m.in. organizować opiekę zdrowotną. Jeżeli wybieramy ciuli, którym opieka nad Kowalskim czy Nowakową wisi u d..y, bo mają swoją lecznicę rządową, to czy jest to moja wina? To se wybierzcie takich, którym nie wisi. I niech oni napiszą takie ustawy, żeby było dobrze. To nie jest świetlista droga do wszechszczęśliwości. Ale jest to demokratyczna droga zgodna z prawem. Na wyborach sprawy się nie kończą. Trzeba tych, co wybrani, naciskać i sprawdzać. Muszą czuć, że patrzy się im na ręce, muszą czuć nasz, wyborców, oddech na karku. Jesteś w kraju, gdzie tak się właśnie dzieje, a więc nie jest to niemożliwe. O swoje trzeba walczyć, a nie stać na stanowisku, że ONI robią swoje sobie, a MY nasze sobie. I najlepszym przykładem jest podana przez Ciebie, Abi, sprawa meldunku. Dało się? Może da się więcej.

Poza tym czy to tak trudno zrozumieć, że lekarz w Polsce**) NIE MA umowy z pacjentem? Pacjent ma umowę z NFZ, ja mam umowę ze szpitalem. Jeżeli derechtór szpitala mówi mi, że nie ma pieniędzy, więc mam nie przyjmować chorych, to co, ja jestem wienien? Może z własnych mam płacić? Albo pracować za darmo, na wolontariacie (bo zrzec się wynagrodzenia nie mogę, tak mówi kodeks pracy)? Pacjentowi nie podoba się, że musi czekać dwa miesiące na wizytę u specjalisty? Niech zaskarży NFZ, że za mało zakontraktował, a nie wydziera się w rejestracji na lekarza czy rejestratorkę. Terapia czegoś-tam jest za droga i NFZ nie refunduje? Czy to też wina lekarza i niech coś poradzi? Najlepiej skrzyp i kwiat paproci.

Stać nas w opiece zdrowotnej na tyle-a-tyle. I koniec. Więcej nie ma***). A zabieranie komuś, bo akurat nie patrzy, nie jest quite cricket****). To tak, jakbyś oddał samochód do przeglądu, a odebrał go bez dwóch kółek, bo mechanicy z litości dali je jakiemuś biednemu, co go nie było stać.

Niech każdy robi to, co do niego należy. Lekarz ma leczyć, menago ma zarządzać. Nie mieszajmy kompetencji i odpowiedzialności, bo nic dobrego z tego nie wyjdzie.

Dziękuję za udział w dyskusji, tym co po mojej stronie i tym co po przeciwnej. Dalszych części nie przewiduję (chyba, że wynikną z innej dyskusji), bo zacząłbym się powtarzać.

Wpadnijcie jeszcze, choć laptop nadal mam zdechły, buuuu....

__________________________
*) oki, może 'za ile' mnie też obchodzi
**) poza prywatną praktyką, oczywiście
***) może gdzieś jest, ale to nie lekarz ma szukać tylko menadżer
****) /idiom ang./ nie całkiem w porządku

środa, 25 listopada 2009

Szaman Galicyjski i sprawa wpisu Abnegata

Podobnie jak Abnegat miałem dać to do komentarzy na jego blogu, ale się rozbudowało zbyt i jest tu.

UWAGA! tekst zawiera treści brutalne, osoby o wrażliwych sercach lojalnie o tem ostrzegam.

Jak słusznie, Abi, powiedziałeś w swoim komentarzu, wszyscy płacimy*) "podatek na leczenie" szumnie zwany "ubezpieczeniem zdrowotnym". W ramach tego podatku mamy zagwarantowane, że w razie choroby zostaniemy przyjęci u lekarza lub do szpitala i otrzymamy należną, acz wynikającą z zasobów finansowych szpitala, pomoc. Wysokość opłacanej "składki" nie ma tu najmniejszego znaczenia. Podatek ten pobiera od nas Instytucja Państwowa, pod groźbą kar różnistych a dotkliwych. Wiem, że z racji zawodu (czyli wielu lat ciężkiej pracy na studiach i potem) stoję po tej stronie średniej, że to ja dopłacam do leczenia innych, a nie mnie dopłacają. Rozumiem pojęcie "solidarność społeczna" i wiem, że nie ma nic wspólnego ze "sprawiedliwością społeczną". Rozumiem, że gdybym zamiast płacić składki do ZUS wkładał je na konto to stać by mnie było na coroczną operację zastawek w sercu lub "balonikowanie", a i tak zostałoby mi na niezłe wakacje. Jednak jako obywatel rozumiem potrzebę wspomożenia tych, którzy są po drugiej stronie średniej. Z drugiej strony jako obywatel Państwa ściągającego ode mnie haracz mam również prawo po pierwsze wiedzieć jak ta kasa jest wydawana i po drugie dlaczego otrzymuję za nią to samo, co Menel Nicniepłacący (niezależnie z jakiego powodu nie płacący). Mam też prawo domagać się, aby moje-nasze pieniądze były wydawane według jakiejś, jasno określonej przez owo Państwo, zasady-umowy. Nie mam wpływu na treść tej zasady, ale chcę ją znać i chcę, by była przestrzegana. Jeśli zatem ktoś wydaje je niezgodnie z tą umową, domagam się od Państwa (jako powiernika pieniędzy) aby jego inne Instytucje - prokuratura i sąd - skopały temu komuś przykładnie tyłek. To jest prosta, jak futerał na cepy, zasada ogólna. Są pytania?
Tyle co do prawa.

Teraz co do emocji. Ty wyciągasz sprawy szczegółowe. Że akurat ta pani doktór to, a ktoś inny tamto. Że zaoszczędziła więcej niż ukradła. Że nie dla siebie. Skarcony przez Jolę, że trzeba więcej o sprawie wiedzieć, nie wypowiadam się. Ale nazywam złodziejem dlatego, że ktoś kradnie, niezależnie czy 500,- czy 5,- złotych i niezależnie czy dla siebie czy dla cioci.

Trochę danych z historii, młodzieńcze. ;-)

Kiedy zaczynałem pracę w moim szpitalu pracowałem na aparacie do znieczulenia wyprodukowanym w 1936 roku w Amsterdamie (firma Loos & Co.) i znieczulałem eterem. D-tubocurarynę zobaczyłem w trzecim roku pracy, przedtem była kapana skolina w kroplówce. Monitorowanie? Dwupalcowo-oczne - dwa palce na tętnie chorego i gały wlepione w co tam było widać spod szmat, czy aby nie siny. Jedyne dwa monitory (tylko ekg) były na sali R, a jedyna dyżurująca tam nocami pielęgniarka zostawiała chorych i szła na blok operacyjny, kiedy trzeba było operować, bo była tylko jedna. Widziałeś Relog w działaniu? Mieliśmy na cały szpital trzy.

Pewnego lata w latach osiemdziesiątych, konkretnie w sierpniu, w moim liczącym 625 łóżek szpitalu zostało DWOJE anestezjologów - koleżanka i ja. Przez cały miesiąc pracowaliśmy na okrągło - 32 godziny pracy, 16 godzin wolne. I od nowa. Mamy pięć sal operacyjnych, trzy zabiegowe i sześć łóżek na OIT. Zdarzało się, że znieczulałem na trzech salach jednocześnie. Byłem nawet z siebie dumny, że tak udało się zorganizować pracę, że nie było wyraźniejszych przestojów.

Polska była kiedyś odbiorcą darów z Zachodu, także sprzętu medycznego. Najgorsze były jednorazowe strzykawki z Anglii. Po dziesiątej sterylizacji tłok zupełnie się rozpadał i były do wyrzucenia.

Zgroza i Har-Magedon, tak? Rany boskie! Kto pozwolił!? Nie widzisz związku ze sprawą pani doktór? A on jest.

Wspólnym mianownikiem tych wszystkich spraw jest - passe moi le mot - obcieranie dupy szkłem.

Bo wy zawsze sobie poradzicie..., bo przecież powołanie..., bo ludzkie zdrowie i życie. I naciągaliśmy sobie dupę za dwadzieścia groszy, żeby jedną strzykawką obsłużyć pięciu chorych, żeby znieczulać na antykach i lekami z demobilu, żeby jeden pracował za dwóch lub trzech. Bo to, wicie, rozumicie, mało pieniędzy, mało ludzi, cza se radzić. Zamiast ten zas...tany system zmieniać, my sztukowaliśmy go własnym ciałem, czasem, zdrowiem psychicznym i kombinatoryką. Młody jesteś, ale może znasz z opowiadań.

Dziś już nie jestem taki pewien, czy wtedy robiłem słusznie. Bo w 1997 roku, zdawało by się nagle i niespodziewanie, wybuchł strajk anestezjologów. I co? Pan Minister Zdrowia i wszelkiej pomyślności nagle(!) znalazł w szufladzie standardy co do ludzi i sprzętu, znalazł pieniądze na realizację tych standardów, i pracowałeś, mam nadzieję, w innym świecie. Bo, qurna, trzeba czasem uderzyć pięścią w stół.

A skutkiem działań takich, jak pani doktór jest to, że nadal nikt nie zajmie się systemowo tymi menelami. Bo po co? Zawsze znajdzie się jakaś dobra dusza, co złamie prawo, wypisze receptę i będzie git. Można nawet na to przymknąć oko (z początku). W końcu co się ciskać o parę groszy? I system pozostaje bez zmian. A gdyby tak, zamiast artykułów o janosikowej dochtórce, w codziennej prasie pojawiały się artykuły o znalezionym menelskim trupie? Tak co drugi dzień, na przykład. Z porządnym dziennikarskim śledztwem, czemu do tego doszło? I z tymi wyliczeniami, które tak dziarsko przedstawiłeś, co taniej, co drożej? I z nazwiskami odpowiedzialnych za to urzędników lub posłów czy innych starostów. Nie ma czasu, kto będzie za tym chodził? Trzeba działać dziś, już. Zgadzam się, paru pacjentów pani doktór umrze zanim coś się zmieni. Ale czy w przeciwnym razie będą żyli wiecznie? Znowu mamy obetrzeć dupę szkłem? Pomagajmy w ramach istniejącego systemu, jeśli system nie działa - zmieńmy system. Może przy takim podejściu zaczniemy bardziej zwracać uwagę na to, co mówią kandydaci w czasie wyborów? Zaczniemy ich potem rozliczać? A nie będziemy stać i narzekać i ignorować system, wyrywając gdzieś tłuste kąski na własną rękę. Czas dorosnąć?

Kiedy się rodzimy nikt nie daje nam gwarancji, że nasze życie będzie radosne, a my zawsze młodzi, piękni i bogaci. Byli, są i będą wśród nas starzy, chorzy, słabi, samotni. I są też społeczeństwa, które dawno wymyśliły co z nimi robić. Są organizacje pożytku publicznego. Chcesz pomóc? Wpłać na ich konto swój**) 1%. One na pewno lepiej go wykorzystają niż Państwo. A ponadto co roku publikują wyniki i rozliczenia finansowe. Nie ma tam marmurów i limuzyn. Możesz sprawdzić, co się z tym procentem stało. I dać więcej, lub dać komu innemu. Mało? Pomóż jako wolontariusz, hospicja czekają. Nie lubisz instytucji? Pomóż komuś w okolicy, sąsiadce, znajomej. Zawsze kogoś znajdziesz.

I będzie to zarówno prawnie jak i moralnie czyste.

_________________________
*) oj, naiwny, naiwny
**) podkreślam swój

wtorek, 24 listopada 2009

Szaman Galicyjski i sprawa Janosikowej

Awaria trwa nadal. Z tym, że udało mi sie dorwać do kompa i przeczytać, co też piszą znajomi blogowicze.

W ostatnim wpisie Abnegat opisał sprawę dr Rosiek-Koniecznej.
Otóż pani doktór, jako ten Janosik, zabierała NFZ-owi pieniądze i rozdawała biednym. Wypisywała recepty pod hasłem "inwalida wojenny" dla nieuprawnionych, acz biednych pacjentów. Wyłudziła w ten sposób od NFZ ponad 100 tyś. złotych. Sąd umorzył postępowanie ze względu na... niską społeczną szkodliwość czynu.

Abnegat przytacza przykłady ze swego bogatego doświadczenia, ile kosztuje państwo, czyli tak naprawdę nas, zaniedbanie leczenia czy brak profilaktyki powikłań.

Ciekawa jest dyskusja, która wywiązała się pod tym postem. Większość uważa, że pani doktór Janosikowa postąpiła słusznie i słusznie postąpił Sąd, w odniesieniu do umorzenia.

A ja mówię NIE! I to zdecydowane NIE.

Pani doktór, powodowana litością, czy tam jakim innym uczuciem, rozdawała nasze pieniądze po uważaniu. ZUS zabrał komuś świadczenia? To okradnijmy NFZ! Bo to co ona robiła to jest kradzież*). Łatwo jest rżnąć świętego głupa, rozdając cudzą kasę. Zusy, śmusy, enefzety, jedna banda złodziei. No to dalej, złupić ich do cna, a co? Kto ma lepszą pozycję, ten większy kawał im wydrze.

Dla mnie to jest największa krzywda, jaką komunizm wyrządził Polakom. Oduczył nas, a żyje już trzecie skażone tym pokolenie, poszanowania prawa. Zostawił relatywizm. Prawem jest to, co mi się podoba, co mnie wzrusza, co mi pasuje. Co mi nie pasuje, obchodzę szerokim łukiem. Bo przecież prawo to nie my, to ONI, obcy. A obcym wstęp wzbroniony. Kim jest pani doktór, że jej wolno, w tej chwili z przyzwoleniem wysokiej instalacji, oszukiwać i kraść? Czy ja też mogę jak znajdę okazję?

Wszyscy z oburzeniem i niechęcią myślimy o lewych zwolnieniach spędzanych na nieopodatkowanej robocie, w Niemcach na ten przykład. Dreszcze mamy słuchając o rentach kupionych za pieniądze. Wkurzają nas tabuny bomisiów**) w przychodniach, sanatoriach, aptekach. O ubezpieczeniu rolników nawet nie wspomnę.

A równocześnie pochwalamy janosikowstwo i jawne oszustwo w imię... no, właśnie, w imię czego? Janosik zbój był łokrutny, mordował i gwałcił, ale przeca taki kochany był chłopczyk... Czym różni się wyłudzona recepta od wyłudzonej renty? Czy od dzisiaj zgodzimy się wspólnie płacić rentę Maciascykowej, której (za parę tysięcy) doktor Franek wypisał papiery na rentę, bo bidula przeca, stary pije, a czworo maleństwa mają w domu?

Wyrok sądu jest legitymizacją kradzieży wspólnych pieniędzy na potrzeby jednostek, które arbitralnie zostały wybrane przez kogoś, kto pośrednio mógł z tych pieniędzy uszczknąć.

green_emili pisze: "A co do leku i refundacji- zobacz jak żyła Anka bez Tysabri i dlaczego bawimy się w zbiórkę."

No właśnie, dlaczego? Nie łatwiej byłoby gdzieś ukraść? Nie szło podstawić lewego kombatanta, wystawić fałszywą receptę? Jakoś bardziej Ci po drodze zorganizować zbiórkę, czyż nie?

Ja nie chcę bronić systemu, urzędasów, głupoli zza biurek. Ale prawo jest prawem tylko wtedy, kiedy jest przestrzegane. Inaczej powieśmy kodeksy w kiblu, grube są, to na długo starczą. Proponuję zacząć od kodeksu drogowego. Zielone, czerwone, żółte, jazda, jak kto chce. Tylko potem nie narzekać!

Są, coraz popularniejsze także i w Polsce, organizacje pozarządowe. Są grupy pomocy. Te trzeba wspomagać, przez nie wywierać naciski na parlamentarzystów, a przez nich na tworzenie prawa. Tak działają społeczeństwa obywatelskie. Nie poprzez lekceważenie i relatywizację prawa, ale przez jego zmienianie tak, żeby służyło temuż społeczeństwu.

Kto z was był i kiedy na spotkaniu z posłem waszego okręgu, nie ważne z jakiej partii? Kto napisał do jakiegoś posła list, zebrał podpisy pod inicjatywą obywatelską? Nie wolno sankcjonować postępowań bezprawnych. Bo jeśli ona mogła i nic, to czemu ja nie mogę? Gdybyż chociaż sąd rozpatrzył sprawę, przeprowadził rozprawę i uznał panią doktór winną, a potem pomanewrował karą, to było by co innego. Ale umorzyć? To znaczy - nie ma sprawy. Można kraść, byle publiczne pieniądze. Od prywatnych wara!

_____________________________
*)Dobra, wyłudzenie, ale dla prostoty przyjmijmy, że kradzież.
**) dla niezorientowanych, określenie pochodzące od pierwszych słów tych potworków: "bo mi się należy."

poniedziałek, 16 listopada 2009

Szaman Galicyjski i sprawa pewnego odszkodowania

Szpital zapłaci odszkodowanie za uratowanie życia dziecku.

Wiadomość z wczoraj tutaj. Dla nas szok. Wystarczy przeczytać komentarze.
Anioły i mordercy.

Lekarze stwierdzili nieprawidłowości w tętnie płodu. Kiedy dziecko urodziło się, nie oddychało, a jego serce czynnościowo znajdowało się w stanie zatrzymania krążenia*). Zabiegi reanimacyjne trwały około 40 minut. Przywrócono krążenie, pewnie oddychanie. Siedmioletni dziś Michael jest ciężko upośledzonym umysłowo i fizycznie dzieckiem.

O podobnej sytuacji nauczają na tutejszym kursie ratowania żyć ALS. Idący ulicą człowieczek nagle upadł. Akurat przechodził mimo jakiś wolny od zajęć doktór. Pchnięty niewytłumaczalnym impulsem ratowania innych rozpoczął czynności reanimacyjne, równocześnie ktoś z mobila wezwał karetkę. Karetka przyjechała, radośnie kontynuowała działalność doktora, któren pełen poczucia dobrze spełnionego obowiązku oddalił się do domu. Niestety, z pacjenta pozostało warzywo. I rodzina oskarżyła owego doktora, bo gdyby on nie rozpoczął akcji reanimacyjnej, to pacjent z godnością udałby się do przodków, a nie wegetował za ciężką kasę w ośrodku dla przetrwałych**).

Kto miał rację wtedy? A kto ma ją dziś? Czy liczy się ilość "życia"? A może ważna jest też jakość?

Dawno temu było proto. Żyje. Nie żyje. Pomiędzy tym cienka, niech będzie że czarna, kreska. Potem pojawiła się współczesna medycyna. Sztuczne oddychanie mniej lub bardziej skuteczne. Zewnętrzny masaż serca. Prąd. Leki. Intensywna terapia. Nadal skuteczność reanimacji jest niewielka, kilka-, kilkanaście procent, ale jest to przecież dla kogoś 100% żyjącego dziecka, męża, matki. Cienka czarna linia zaczęła się poszerzać. Zamieniła się w spory obszar pomiędzy życiem a śmiercią. Czerń kreski rozmyła się w szarość.

Wiemy już, że nie umieramy w całości 'na raz'. Najpierw umiera mózg. Po pół godzinie serce. Jakieś dziesięć minut po nim nerki. Chrząstka żyje jeszcze dwa dni. Stąd wzięły się przerażające legendy, że zmarłemu rosły włosy. Stąd też wzięła się transplantologia, a przynajmniej jej część.

Jeśli w czasie, kiedy umierający przebywa w "szarej strefie***)" zapewnić prawidłowe utlenowanie krwi i dostarczanie odpowiednich składników pokarmowych, narządy można utrzymać przy życiu, mimo, iż mózg przestał funkcjonować. To może trwać latami, jak wykazują doświadczenia z Włoch (np. Eluana Englaro) i USA. I liczni ludzie żyjący z przeszczepami, mimo, że ich "poprzedni właściciel" dawno już nie istnieje.

Takich szarych stref jest w medycynie więcej. Wszędzie tam, gdzie ludzkie życie spotyka się z nie-życiem. Na początku i na końcu.

Aborcja. Czy niezapłodnione jajo jest potencjalnie człowiekiem? A plemnik? Czy baca łonanizujący się do strumienia na prawdę posyła dzieci na kolonie nad morze? Kiedy zlepek komórek staje się odrębną istotą, z akcentami na odrębną i istotę? A in vitro? Wybieramy spośród sześciorga ludzi czy spośród sześciu komórek? W Ukeju uznaje się bardzo starą zasadę - jeśli "to coś" w macicy nie jest zdolne do samodzielnego życia pozałonowego, nie jest człowiekiem. Dlatego aborcję można przeprowadzać do 22 tygodnia ciąży. Co będzie, jeśli nauczymy się utrzymywać płody przy życiu poniżej 22 tygodnia?

Technika i Umiejętność, dwa rącze ogiery postępu, rwą w oszałamiającym galopie do przodu. Na bok, śledzie! Nauka jedzie. Zdysocjowały już życie (wewnątrzmaciczne) i zdysocjowały śmierć. Za nimi kuśtykają, kaszląc i posapując, zagubione w mgłach szarych stref, staruszki Etyka i Moralność. Dystans między nimi wzrasta z każdym rokiem, z każdym nowym odkryciem. Spod końskich kopyt zamiast krzesanych skier lecą pytania. O życie, śmierć, bogów, sens tego wszystkiego.

Dlatego tylu mamy wokół nawiedzonych, do których przemawiają bogowie, tych, którzy wiedzą z niezachwianą pewnością i pouczają innych. Chcą wrócić do prostej, czarnej kreski. Może dlatego ubierają się na czarno?

Nie zgubcie się. Ale też nie bójcie się szukać własnej drogi.

Wpadnijcie jeszcze.
____________
*) prawidłowe tętno noworodka to 140 ud/min. Tętno poniżej 80 ud/min uważa się za zatrzymanie krążenia.
**) to tylko potwiedza stare szamańskie przysłowie: Nie ma takiego dobrego uczynku, który nie zostałby wcześniej czy później przykładnie ukarany.
***) to nie ta "szara strefa" o której najgłośniej

piątek, 13 listopada 2009

Szaman Galicyjski i sprawa matczynego okrucieństwa

Najczęściej przytaczanym przykładem miłości bezwarunkowej jest miłość matczyna. Matki kochają swoje pociechy nawet wtedy, kiedy pociechy z nich żadnej, a często wręcz przeciwnie, same kłopoty. Ileż to razy słyszeliśmy czy czytaliśmy o wyrodnych dzieckach, co to własną matkę dla paru groszy pobiły, niekiedy i ze skutkiem śmiertelnym.

A tu, w Ukeju, całkowicie przeciwpołożnie. Mamuśka synka swego nieletniego wykorzystała. Nie słyszeliście? To posłuchajcie.

Niejaka Lisa Hayden-Johnson*), lat 35, z hrabstwa Devon, przez sześć lat zmuszała syna**) do udawania kaleki. Jeździł na wózku inwalidzkim, oddychał tlenem z butli i nawet miał założoną rurkę do żołądka celem odżywiania.

Robiła wszystkich - doktorów, celebrities***), organizacje charytatywne i pomoc społeczną - w Bola przez sześć lat. Matka i syn spotykali się z Toni Blair'em na Downing Street, a z rąk Księżnej Cornwalii, Kamilli (tej od Księcia Filipa) synek dostał nagrodę za dziecięcą odwagę w Opactwie Westminsterskim.

W tym czasie mamuśka zgarniała kasę za wywiady i zdjęcia od wszelekiej maści kolorowych pisemek. Napisała też do Simona Cowell'a z X Factor (tutejszy Idol chyba, nie wiem, nie oglądam) i dostali rodzinną wejściówkę na wszystkie programy. Od pomocy społecznej wyciągnęła 130 tysięcy funtów, co daje 20 tysięcy rocznie. Tyle wynosić może pensja pielęgniarki. Dostała też specjalny samochód i dodatek pielęgnacyjny. Od organizacji charytatywnej wyłudziła bilety na wycieczkę morską, przekonując organizatorów, że chore dziecko poczuje się lepiej w podróży.

Jak udawało się kobiecinie przez sześć lat wodzić za nos ekspertów medycznych ze szpitalal w Torbay, Szpitala Dziecięcego w Bristolu i Szpitala Great Ormond Street w Londynie i przekonać ich, że jej syn jest najbardziej chorym dzieckiem w Ukeju, tego nie wiem. Eksperci zaś wolą milczeć, lub zeznawać przy drzwiach zamkniętych. Nie jestem przekonany, że chodzi im tylko o dobro nieletniego. W końcu rozpoznali u niego porażenie mózgowe dziecięce, mukowiscydozę, zaburzenia połykania (stąd gastrostomia), alergię na gluten i cukrzycę. Dzieciak jeździł do szkoły na wózku inwalidzkim z pompą żywieniową w plecaku i butlą z tlenem. Mamuśka była tak przekonująca, że nawet rodzeństwo biedaka uważało, że nie pożyje on długo. Kiedy jeden z policjantów za bardzo zbliżył się do odkrycia prawdy, oskarżyła go o napaść seksualną, żeby się go pozbyć.

Wpadła, jak wielu, przez chciwość i zbyt dużo pomysłów. Przez chciwość, bo wreszcie któryś z doktorów (Dr John Broomhall z Torbay) zwrócił uwagę, że dziecko otrzymuje za dużo leków i w ogóle za dużo leczenia. Przez pomysły, bo chcąc dostać nowy samochód zgłosiła na policję, że seksualnie napastował ją jakiś motocyklista i boi się jeździć starym autem, żeby jej nie rozpoznał.

Po przeczytaniu artykułu naszły mnie różne myśli. Głównie smutne. Abstrahując, że to wszystko była lipa. Czy w Polsce ktokolwiek posunął by się do czegoś takiego? Chyba nie.
Z ZUS-u nic by nie dostał, albo prawie nic, bo po co w umierające dziecko pchać kasę?
Samochód do wożenia wózka, za darmo? Wolne żarty.
Takie dziecko w "normalnej" szkole? Z tlenem i pompą żywieniową?
Chyba tylko można by liczyć na parę artykułów w tabloidach, ale nic więcej.

Wniosek ogólny: to wszystko z dobrobytu. Lepiej być biednym. I mieć ZUS.

_______________________
*) Tu się podaje pełne imię i nazwisko, niech sąsiedzi wiedzą. Bo któż się domyśli o kogo chodzi w tekście: "Jarosław W., syn byłego prezydenta Polski..."?
**) A danych synka nie wolno, bo nieletni. Wiadomo tylko, że ma 9 lat. Ciekawość...
***) jakoś mi się palce połamać chciały przy pisaniu "celebrytów".

wtorek, 10 listopada 2009

Szaman Galicyjski i sprawa pewnego lorda

Szaman przeczytał dziś w gazetach poważną dyskusję na temat "chrońmy Ziemię". Zielonych wszędzie pełno, coraz to nowe mają pomysły, już nie wiadomo z czego trzeba będzie zrezygnować, żeby tę Matkę-Ziemię chronić. Najprościej byłoby zrezygnować z życia i pewnie tego kiedyś od nas to zielone plemię zarząda. Jednakże tym razem jeszcze nie, w każdym razie nie od razu.

Niemniej jednak Lord Stern of Brentford, profesor ekonomii w London School of Economics, doradca rządu Jej Królewskiej Mości, namawiał mnie do zrezygnowania z jedzenia mięsa. Przejścia na wegetarianizm. Jarzynki i owocki. Słyszałem o tym nie raz. Witaminki, błonnik, te rzeczy. Tym razem jednak profesor nie namawiał mnie do porzucenia wołowego gulaszu, jagnięciny Rogan Josh i steczyka z tak prozaicznych powodów. Otóż uczony mąż ten, przebywając pewnie w bliskości krowy lub owcy, stwierdził organoleptycznie, że w procesie przyswajania trawy produkują owe zwierzątka gazy, które wydobywają się z ich podogonia, a zawierają metan, dwudziestokrotnie bardziej skuteczny w powstawaniu efektu cieplarnianego niż osławiony morderca niewiniątek - dwutlenek węgla.
Przestańmy jeść mięso krów i owiec (świń nie ruszał; albowiem gdyby spróbował w angliczańskim kraju zaatakować bekon, sam stałby się "gatunkiem skazanym na wymarcie"). Zamieńmy pastwiska w grządki z marchewką. Będzie mniej metanu. Będziemy chronić Ziemię.

Co będzie, kiedy dowie się ten światły mąż, że 20% ludzi ma w przewodzie pokarmowym bakterie produkujące metan? Widoczny pod postacią tzw. "bengali"?

Strach się bać...

Gdybym usłyszał to od Józwy Pijaka popod sklepem w moim miasteczku, może bym się uśmiał. Józwa usłyszałby od kumpli od Starosiarkowego "co ty, Józwa, pi...". Tu natomiast powiedział o tym Lord. I zaczęła się dyskusja w mediach, odezwała się szefowa Związku Wegetarian, weganie także zarówno nie pozostali w tyle. Wszyscy traktują poważnie pomysł Jego Lordowskiej Mości.

No, żeby was chudy Mojżesz! Ratujmy Ziemię? Co za bzdury. Nie żebym był przeciwny ekologii, chociaż z kontaktów z przyrodą wybieram leżenie na gorącej plaży, kiedy w jednym ręku mam książkę, a w drugiej długi, zimny drink; lubię ptaszki, kwiatuszki i małe zwierzątka, ale ekolodzy, qurna, dajcie żyć.

Ratujmy Ziemię! Słyszeliście coś bardziej tandetnego? Coś bardziej aroganckiego? My mamy ratować Ziemię. Ziemia ma parę miliardów lat*). Przeżyła kosmiczne burze, bombardowanie meteorów, wybuchy wulkanów, ruchy kontynentów, tsunami, pożary i zlodowacenia. Nawet zmianę biegunów. A my co? Istniejemy jakieś 60 tysięcy lat, a i tak liczą się tylko ostatnie dwa stulecia. I Ziemia se bez nas nie poradzi? Jesteśmy jak pchły na końskiej d... Upierdliwi, ale niegroźni. To raczej my wyginiemy, a nie Ziemia. Strząśnie nas ze swej powierzchni jak koń odgania gzy.

Pełno wokół ludzi, którzy upierają się, żeby coś ratować. Jeśli już nie całą planetę, to chociaż wymierające gatunki. Ale uczciwie - czyż nie jest to działanie Natury, że one wymierają? Podobno 90% wszystkich żyjących kiedykolwiek gatunków wymarło. I to nie my je zabiliśmy. Same wymarły, bo nas jeszcze nie było. Ale Ratujmy ślimaki!

Zapraszam na filmik. Polskie napisy.



Wpadnijcie jeszcze.
_________________________________
*) Tu zdania uczonych są podzielone. Wiedząc, że według Biblii Adam został stworzony szóstego dnia istnienia naszej ziemi, i biorąc pod uwagę chronologię rodzaju ludzkiego, która została opisana w Księdze Rodzaju 5:11 staje się jasne, że Biblia naucza, iż ziemia ma około 6000 lat, do czego można dodać lub odjąć kilkaset lat.
A co z popularnym obliczeniem wieku ziemi na 4,6 miliarda lat, które zostało zaakceptowane przez większość naukowców, i o którym naucza się w większości naszych instytucji naukowych? Naukowcy postulujący młody wiek przyznają, iż nie są dziś w większości, ale są zdania, iż ich ilość jeszcze wzrośnie, kiedy więcej naukowców ponownie zbada dowody i przyjrzy się z bliska zaakceptowanemu ogólnie prawu.
Ostatecznie wiek ziemi nie może zostać udowodniony. Niezależnie od tego, czy ziemia ma 6000 lat, czy 4,6 miliardów, oba te poglądy (i wszystkie inne) bazują na wierze i przypuszczeniach. Jakkolwiek wyglądały sprawy, zawsze istnieje jakiś dobry powód, abyśmy ufali Słowu Bożemu bardziej, niż słowom naukowców-ateistów, którzy stworzyli ewolucyjną teorię stworzenia.

środa, 4 listopada 2009

Szaman Galicyjski i sprawa nielegalnego basenu

/Scena przedstawia typowe angielskie osiedle w typowym angielskim miasteczku. Świeci słońce, śpiewają ptaszki, jest bosko. Orkiestra gra "Marzenie" R. Schumanna/

W pewnym małym angielskim miasteczku żyła była sobie pewna pani. Mieszkała w terraced house, czyli osiedlu domków ściśle przylegających jeden do drugiego. Z tyłu za domkami były malutkie ogródki i kawałek wspólnej łączki. Pani owa miała synka, co nie jest dziwne raczej. Chcąc sprawić dziecku nieletniemu trochę radości nabyła drogą kupna dmuchany basen o średnicy czterech i pół metra i głębokości 52 cm. Kiedy lato było gorące*) nadmuchiwała basenik, napełniała wodą i wystawiała za domem, aby mały miał możliwość ochłody i mógł się trochę pochlapać. Poza jej synkiem maluczkim korzystały z owego basenu także i dzieci z sąsiedztwa, ku swojej uciesze i radości matek, że dziecko ma co robić i socjalizuje się z rówieśnikami, co w angielskim wychowaniu ma duże znaczenie.

Lata jednakowoż płyną, chłopiec z baraszkującego maluszka stał się nastolatkiem i basen tak jakby stracił był wzięcie. Pani zatem spuściła wodę, powietrze uleciało ze ścian konstrukcji i po zakonserwowaniu basen wylądował na strychu.

Nie powstrzymało to pędzącego czasu. Młodzieniec dorósł, rozpoczął życie towarzyskie na poziomie także rozrodczym i po latach wrócił do mamusi ze swoim rozkosznym maluszkiem.
Pani, teraz już babcia, kiedy nastało ostatnie upalne lato*) przypomniała sobie o basenie złożonym na strychu. Wywlokła plastikową powłokę, nadęła za pomocą pompki elektrycznej nabytej w HomeBase i nalała wody.

Cóż za radość! Dziecię mogło się pluskać w basenie, znowu w towarzystwie drugiego pokolenia sąsiadów, bo Pani, teraz Babcia, nie widziała przeszkód, aby dzieci dzieci sąsiadów, które kiedyś wraz z jej synkiem korzystali z basenu nie miały robić tego i dziś.

/Światła przygasają, jakby nadciągnęły chmury, z tyłu sceny błyskawica i słychać grzmot. Wiatr zawodzi w konarach drzew i burzy toń basenu. Orkiestra gra motyw ze "Szczęk" J. Williamsa/

Pani, teraz Babcia, trzyma w ręku list z Magistratu. W liście tym Wysoka Instalacja przesyła groźby, do dwóch lat więzienia włącznie, nie licząc kar finansowych. Pani, teraz Babcia, oskarżona jest o prowadzenie publicznego basenu bez posiadania uprawnień ratownika wodnego. I jeśli w ciągu wyznaczonego terminu nie zatrudni ratownika i nie wystąpi (oraz nie uzyska) stosownych atestów i zezwoleń zostanie przykładnie ukarana. Do tego Wysoka Instalacja czyni jej wiadomem, że poinformowała Inland Revenue, bo może Pani, teraz Babcia, uzyskuje jakieś nieopodatkowane dochody z prowadzonej działalności.

Syn Pani, teraz Babci, spuścił powietrze i wylał wodę. Koncepcja zatrudnienia ratownika na basenie dmuchanym została oceniona przez fachowców od ratowania żyć z wody jako kwalifikująca Panią do Bodmin**), natomiast zrobienie stosownych uprawnień przez Panią, teraz Babcię, nie wchodziło w grę.

Dzieci mogą radośnie chlapać się, ale w kałuży. Rano dostaną Danona, a wieczorem, to żaden kłopot, mamy przecież Ariel.

/Światła gasną zupełnie. Orkiestra gra "The Jester***)" Eric Tingstad i Nancy Rumbel, z albumu Pastorale/


_________________________
*) W Rozumieniu Tutejszego Ludu
**) patrz wpis tu

***) Błazen